Imaginacje&Inspiracje

Moralność czasów apokalipsy

Źródło grafiki: http://walkingdeadbr.com/wp-content/uploads/2012/09/Carl-Grimes-Season-3.jpg
„W dzisiejszym świecie zabijasz albo giniesz” – te słowa Gubernatora, czarnego charakteru z serialu The Walking Dead zdają się w pełni oddawać nową logikę człowieka w czasach, kiedy znany mu świat dobiegł końca. Takie właśnie podejście  do zmian w naszej moralności zauważyć można w rozmaitych opowieściach o zagładzie: we wspomnianej wyżej adaptacji komiksu, znanego w Polsce szerzej jako Żywe trupy, w filmowej trylogii Mad Max, w Bastionie Stephena Kinga (i jego telewizyjnej realizacji) czy w serialu Falling Skies, za który odpowiada Steven Spielberg (ostatni odcinek trzeciego sezonu zostanie wyemitowany w Stanach w tę niedzielę). Dzieje się tak, ponieważ armagedon wymaga od ludzkiej cywilizacji radykalnej zmiany dotychczasowego systemu wartości.
Jak zazwyczaj przedstawiana jest postapokaliptyczna rzeczywistość? To często jałowe połacie ziemi, na których ostały się nieliczne drogi. Okazjonalnie jakiś potencjalny wędrowiec natknie się na jakieś ruiny. Czasem dla zwiększenia (i tak ogromnej) powagi sytuacji ziemia usłana jest gnijącymi ciałami lub stosami kości (wizja przyszłości z Terminatora). Jednak zazwyczaj do zbudowania napięcia wystarczy jedynie pustka, grobowa cisza, która panuje pośród niegdyś gwarnych miast. No i oczywiście to wszechobecne zagrożenie…

Bywa ono diametralnie różne. Najczęściej spotykane są żywe trupy – uboczne skutki ryzykownych, często nieetycznych eksperymentów i działań tajemniczego wirusa. Zwłoki, na poły dotknięte rozkładem, snują się po okolicy w poszukiwaniu ocalałych istot. Taka wizja jest więcej niż wystarczająca, by wzbudzić w widzu strach, wytworzyć atmosferę nieustannego zagrożenia. Inną klęską jest, nie dziwota, inwazja pozaziemskiej cywilizacji. Czasem zaś główny problem dla ostatnich ludzi żyjących na ziemi stanowią oni sami.

Co się dzieje z resztkami dumnej rasy rządzącej błękitną planetą, gdy jej szeregi tak mocno przetrzebiło wiele straszliwych kataklizmów? W większości przypadków dochodzi do natychmiastowego rozłamu, podziału na pomniejsze grupki lub gangi, dodatkowo wewnętrznie rozdarte. Gdzieś tam co prawda wędrują zbuntowane jednostki ludzkie (na przykład ojciec z synem, jak w Drodze Cormacka McCarthy’ego i w filmowej wersji z Viggiem Mortensenem), ale i one kiedyś będą musiały wybrać którąś ze stron, aby mieć szanse na przetrwanie. No, chyba że są walecznymi, nieulękłymi, samotnymi jeźdźcami jak tytułowy Max z cyklu George’a Millera.

Jak pokazuje casus miniserii Bastion czy trzeciego sezonu The Walking Dead, dobrym pomysłem dla filmowca jest skontrastowanie dwóch grup. Jedna musi być – przynajmniej częściowo – moralnie „dobra”, kierować się „dawnym” systemem wartości. Drugą dowodzić powinien charyzmatyczny lider (taki jak wzmiankowany już Gubernator czy demoniczny Randall Flagg z książki Stephena Kinga), który reprezentuje „zło”, będąc przy tym – dosłownie i w przenośni – diabłem wcielonym. Na skutek intryg i matactw antagonisty dochodzi do konieczności podjęcia trudnej decyzji. No bo jak wyeliminować zagrożenie bez uciekania się do metod przeciwnika? Wygląda na to, że należałoby wkroczyć na ścieżkę, którą wybrała większość – ścieżkę przemocy.

To wszystko służy pokazaniu, że w obliczu krytycznej sytuacji na zewnątrz wyłażą wszelkie atawistyczne mechanizmy i instynkty, wytłumione w ludziach przez współczesność i wszelkie jej „dobrodziejstwa”. Koniec świata oznacza zarazem początek stopniowej degrengolady człowieczeństwa. W ostatecznym rozrachunku nie liczy się nic poza przetrwaniem, a jedyną drogą do niego jest bezwzględność, nieufność, wyrachowanie. Egoizm to postawa korzystna, oportunizm okazuje się absolutnie niezbędny, nie ma miejsca na rozgraniczenie wiekowe – nawet najmłodsi (tacy jak chociażby Carl z The Walking Dead) uczą się zabijać, a potem nawet zaczynają czerpać z tego przyjemność i świadomie wykorzystują akty mordu w celu ulżenia własnym emocjom (jeśli oglądacie na bieżąco produkcję AMC, to wiecie, którą scenę mam w tym momencie na myśli).

Za jeden z przejawów dewaluacji natury ludzkiej uznać można metody rozrywki. Podstawowa z nich (nadal pozostajemy w świecie zamieszkanym przez żywe trupy) to szlachtowanie chodzących nieboszczyków  i wyżywanie się na nich, mimo że i tak nie są oni w stanie niczego poczuć. Popularnością cieszą się też turnieje oraz walki na śmierć i życie. Dla przykładu: w Mad Max pod Kopułą Gromu protagonista trafia do kolonii zarządzanej przez niejaką Entity (ciekawa rola Tiny Turner) i zostaje zmuszony do pojedynku na arenie tytułowego odpowiednika rzymskiego koloseum.

W Falling Skies poza wieloma schematami przytoczonymi wcześniej dostrzec można nieco inną tendencję, dzięki której opowieść staje się bardziej „amerykańska” i wojskowa. Według tego scenariusza ludzkość podzieliła się na Kompanie, a każdego osobnika zdolnego do niesienia broni zobowiązano do wzięcia udziału w wojnie. Przed żołnierzami niezwykle ciężkie zadanie – do czarnej roboty wróg wykorzystuje ludzkie dzieci, noszące tak zwaną Uprząż, dlatego też bojownicy (także nieletni) są niekiedy zmuszeni do walki z rówieśnikami. Ba! Do do walki z rówieśnikami, których niegdyś znali. Główną wadą tej produkcji jak do tej pory jest to, że twórcy nie do końca wykorzystują jej potencjał. Brak im odwagi, którą widać w przedstawianiu świata z The Walking Dead.

Co odróżnia ludzi z Uprzeżą od zombi i co czyni ich zabójstwo trudniejszym? Kluczowy jest tutaj wygląd. Ożywieńcy często wydają się niezwykle groteskowi i zachowują się raczej jak zwierzęta, podczas gdy słudzy najeźdźców z kosmosu pozostają sobą, ulegają jedynie wpływom obcej technologii, funkcjonując niczym roboty – mechanicznie i bezrefleksyjnie.

Apokalipsa wyzwala w ocalonych mroczne instynkty, często odbiera zdrowe zmysły i doprowadza do eliminacji słabszych jednostek. Ewolucja wsteczna sprzyja ponownej selekcji naturalnej. Wizja takiego świata jest tak straszliwa i wstrząsająca, ponieważ nie wygląda wcale na nieprawdopodobną. Ekstremalne warunki już niejeden raz wywoływały w realnym świecie równie ekstremalne środki zaradcze. W roku 1972 miało miejsce awaryjne lądowanie samolotu w Andach. Po pewnym czasie z braku jakiegokolwiek pożywienia jego pasażerowie byli zmuszeni do aktów ludożerstwa. Kiedy sytuacja wydaje się bez wyjścia, łatwiej przekroczyć bariery zwykłej moralności.

W obliczu tak mocnego skumulowania zła nikogo nie dziwi, że religia traci na znaczeniu. Oczywiście, zazwyczaj znajdą się ludzie wierzący mimo wszystko, ale o wiele częściej religijna ufność zmierza w drugą stronę – w stronę fanatyzmu. Weźmy tu za przykład swego rodzaju apokalipsę w mikroskali miasta. Fani gier komputerowych i filmów spod znaku kina grozy na pewno znają Silent Hill: miejsce, gdzie nie dochodzi słońce, z nieba spadają popioły, a nocami spośród cieni wyłaniają się kreatury z piekielnych otchłani – twory klątwy, które mają karać całą społeczność za zabójstwo niewinnego dziecka. Władza nad tą zapomnianą i odizolowaną od świata zewnętrznego krainą spoczywa w rękach obłąkanej grupki zdolnej do absolutnie wszystkiego, co poprawi jej położenie. Faktyczne oddalanie się od wiary i od Boga skutkuje w tym wypadku jedynie eskalacją koszmaru.

Na półkach sklepowych i w kinach pojawia się mnóstwo opowieści o końcu świata – wymienić warto chociażby pozycje z rozrastającego się uniwersum Metra 2033 Dimitry’ego Glukhovsky’ego. Tematyka armagedonu powraca od czasu do czasu, ostatnio w związku z domniemaną przepowiednią Majów. Pewnym jest, że wszystko musi w pewnym momencie dobiec końca, tego nie sposób uniknąć. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że będzie to koniec ostateczny i nie dane nam będzie się przekonać, czy którakolwiek z artystycznych wizji stała się rzeczywistością i czy faktycznie doszło do zasmucającego upadku wszelkich wartości.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.