Przepis na:

Szołbiznes z domieszką dramy

Źródło grafiki: topntp26 / Freepik
Na ogół programy z gatunku reality show stanowią ekstremalny przykład kulturowej papki niosącej ze sobą niewiele poza bezmyślną rozrywką. Odgrzewane raz po raz dania z McDonalda rodem, pełne „losowo” wybranych uczestników, „uczciwych” eliminacji, nagród, które budzą w ludziach najgorsze instynkty, pseudoosobistych komentarzy, sztucznie kreowanego napięcia. Pomysł rozpoczęty przez luźno inspirowanego Orwellem Big Brothera lata temu rozprzestrzenił się na wszelkie obszary ludzkiej egzystencji, z czasem uległ groteskowym przepoczwarzeniom, aż wreszcie dał początek niestrawnym tworom pokroju naszego rodzimego Warsaw Shore, istnej apoteozy młodzieńczego hedonizmu. Wszystko dlatego, że w każdym z nas jest w gruncie rzeczy coś z wojerysty – lubimy obserwować życia innych ludzi, ba! nawet na nie wpływać (choćby poprzez rzucenie marnego głosu), czerpiemy przyjemność z sukcesów oraz upadków ludzi, którzy nie są nami, ale są jednak prawdziwsi od bohaterów popkultury (abstrahując od tego, na ile ich wizerunek jest rzeczą autentyczną, a na ile produktem wygenerowanym na potrzeby komercyjne).
Ale z rzadka zdarza się pośród tych telewizyjnych masówek chociaż jedna mająca do zaoferowania coś więcej niż wyreżyserowane sytuacje. Osobiście udało mi się natrafić na jedną szczególnie wartą uwagi. Niemal za każdym razem, kiedy oglądam jakiś film albo serial, myślę sobie, jak bardzo niedoceniani przez przeciętnych widzów są charakteryzatorzy. Oczywiście w niektórych przypadkach wprost nie sposób nie dostrzec ogromnego nakładu pracy włożonej w wykreowanie fikcyjnej rzeczywistości, mimo to oscarowa kategoria nagradzająca ich wysiłki nie należy do tych, którymi szczególnie się emocjonujemy. Wszystko dlatego, że nie mamy w gruncie rzeczy pojęcia, jak katorżnicza to praca i jakiego doświadczenia, wiedzy oraz umiejętności faktycznie wymaga. W próbie uświadomienia zwykłemu odbiorcy tej, zdałoby się, oczywistej prawdy leży siła programu Face Off stacji SyFy, obecnie będącego w trakcie już dwunastego (!) sezonu.

Formuła jest tutaj bardzo prosta, niemal identyczna z gros innych produkcji tego rodzaju. Zgromadzeni zostają liczni ochotnicy z różnych części Stanów, mniej lub bardziej zorientowani w temacie, którym następnie wyznacza się zadania oceniane przez grupę ekspertów z branży. Co jakiś czas jeden z uczestników zostaje wyeliminowany, na zwycięzcę czeka zaś pula atrakcyjnych nagród. Lecz różnica jest znacząca: w centrum znajdują się nie dramaty osobiste czy specyficzna otoczka – to zaledwie tło i swoisty wypełniacz czasu. Tutaj liczy się ludzka kreatywność, a także umiejętność sprawnego przekucia idei w rzeczywistość. Każdy odcinek to inne wyzwanie tematyczne, wymagające stworzenia albo częściowego makijażu, albo pełnego stroju, innymi słowy – stworzenia wiarygodnej bądź odpowiadającej wymogom sytuacji postaci. Przekrój zagadnień jest olbrzymi: od inspiracji literackich (i nie tylko) tudzież bohaterów baśniowych albo komicznych przez stwory rodem z najgorszych koszmarów czy egzotycznych mitologii aż po szeroki wachlarz mieszkańców innych planet. Z czasem poziom trudności oczywiście rośnie, projekty robią się coraz bardziej eksperymentalne (postarzanie, zamiana płci, wykorzystanie farby luminescencyjnej, green screenu, drukarek 3D), szczególnie finały są coraz bardziej widowiskowe (układy taneczne, akrobacje wodne, sceny walki, autorskie filmy krótkometrażowe). A dzięki temu wszystkiemu widz nie tylko poznaje różne ciekawe techniki, jakich używają eksperci z dziedziny (niekiedy zaskakująco niewiele dzieli tutaj sukces od druzgocącej porażki), lecz także poznaje z pierwszej ręki tajniki działania przemysłu filmowego czy dowiaduje się, jak wygląda praca na planie filmowym/serialowym. Tym sposobem twórcom udaje się przekuć tematykę pozornie szalenie branżową w coś naprawdę fascynującego i emocjonującego, zwłaszcza że pomysły nierzadko są nad wyraz twórcze.

Kolejną istotną kwestią jest to, że ich jakość oceniają nie popularne gwiazdeczki czy z rzadka prawdziwi celebryci, ale zawodowcy, których pracę nie raz mogliśmy podziwiać na małym lub dużym ekranie, a półki zdobi niekiedy i figurka złotego rycerza. Często można nie zgadzać się z ich decyzjami, ale nie da się zaprzeczyć, że są to właściwi ludzie na właściwym miejscu, a ich uwagi oraz komentarze – zdecydowanie merytoryczne. Co więcej, do – w miarę – stałej ekipy sędziów dołączają od czasu do czasu znani i lubiani twórcy, eksperci w ramach danego gatunku czy aktorzy mający doświadczenie z charakteryzacją oraz rzucający nieco więcej światła na to, jak rzecz wygląda z ich perspektywy.

Wszystko to nie oznacza, że w Face Off nie znajdziemy grzeszków innych przedstawicieli gatunku. Nie unikniemy sterowanych konfliktów w grupie, wychodzących na jaw problemów osobistych, powrotów pretendentów czy nużącej rutyny w postaci udramatyzowanego ceremoniału towarzyszącego ostatecznej ocenie prac. Od czasu do czasu zdarzają się odcinki „sponsorowane”, to jest poświęcone jakiemuś aktualnie popularnemu filmowi, grze albo nowemu serialowi macierzystej stacji (chociaż mój ulubiony przypadek to promocja marki Monster High). Wszystko to jednak w gruncie rzeczy drobne mankamenty, do których łatwo przywyknąć. A obserwowanie zmagań grupy utalentowanych ludzi to przyjemność dwojakiego rodzaju: spełnia się nasz wewnętrzny podglądacz, ale i człowiek, który lubi popatrzeć na niezwykłe istoty lub docenia nietuzinkowych wymyślonych bohaterów, ma na czym zawiesić oko.

To doprawdy zdumiewające, że pośród wszechobecnych kulturalnych fast foodów ostał się tak długo kotlet, który nie stracił do reszty smaku, a na dodatek nikt go na siłę nie przyprawia. Rzecz poświęcona tak przecież niszowej tematyce. Warto przy tym zauważyć, że charakteryzatorskie rozgrywki nie tylko przypadły do gustu pożeraczom burgerów, ale też są uważnie obserwowane przez ludzi z branży, a szczególnie wyróżniający się uczestnicy mają sporą szansę zaistnieć w środowisku. To przykład reality show, który naprawdę zmienia życie i wciąż potrafi pokazać coś nowego, świeżego. Fani fantastyki (ale nie tylko) będą się tu czuć jak w domu, widzowie już wcześniej zaciekawieni tematem dowiedzą się wielu nowych rzeczy, a niemal wszyscy będą zazdrościć swoim faworytom talentu i będą skrycie marzyć o tym, żeby kiedyś samemu spróbować, nawet pomimo braku predyspozycji.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.