Winne the book

I wszystko gra

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Frank Zappa powiedział kiedyś, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze. Zmieniłby zdanie, gdyby znał felietony Piotra Wierzbickiego. Publikowała je przed laty „Gazeta Wyborcza”, a w 2010 roku ukazały się zebrane w książce Muzykalny kosmos. I chociaż autor w jednym z wywiadów wyraził pogląd, że nie sposób powiedzieć, co kompozytor miał na myśli, bo piszący operuje innym środkiem wyrazu niż muzyka, to jednak uważam, że Wierzbicki znalazł sposób. I to wspaniały. 
W jednym z felietonów kryguje się nawet, pisząc:

„Nie tak łatwo dobrać się do muzyki. […] Pozostaje zachodzić ją opłotkami, salwować się metaforą bądź uczonym terminem, budować paralele, ferować wyroki” (Muzykalny kosmos, s. 103).

I on to robi fenomenalnie, kiedy pisze o Kwartecie Es-dur Beethovena:

„Pierwsza część to jest ta właśnie harfowa orgia pizzicato. Harfa nie pasuje do uniesień, furii, rozdarć. Harfa to instrument pastelowy. I w pierwszej części tego kwartetu, mimo paru chwil czajenia się na samym wstępie i później kilku głośnych pohukiwań, nic naprawdę groźnego się nie dzieje, żadne uczucie, żadna myśl przewodnia formy dzieła nie rozsadza, odwrotnie: czuje się troskę – u Beethovena nie tak częstą – o piękno brzmienia, bezinteresowne, niesłużące już niczemu” (Muzykalny kosmos, s. 95).

Piotr Wierzbicki nie jest krytykiem muzycznym, ale bez wątpienia możemy go nazwać gorącym pasjonatem muzyki klasycznej i jazzu. Do tego to nadzwyczajny erudyta, który dzięki tysiącom godzin przesłuchanych koncertów wyławia dla siebie – a potem ujawnia je nam, czytelnikom – fascynacje nutami. Nutami właśnie, bo Wierzbicki potrafi dostrzec znaczenie każdej ćwierćnuty zawartej w sonacie czy polonezie. Chyba to nawet lepiej, że nie jest muzykologiem, który używa fachowej terminologii. A może nawet dzięki temu „brakowi” potrafi sięgnąć głębiej, usłyszeć więcej? Wierzbicki powtarza, że każdemu utworowi muzyki klasycznej trzeba dać pięć szans, bo dopiero wtedy z przekonaniem możemy stwierdzić, czy nam się podoba, czy jednak nie. Mówi jeszcze, że trzeba pamiętać to, co usłyszeliśmy wcześniej, żeby zrozumieć całość. Z muzyką jest przecież jak z książką – musimy znać początek opowieści, żeby pojąć ją w pełni.

Z tekstów Wierzbickiego można odczytać jego muzyczne miłości (Bach, Haydn, Beethoven) i wykonawcze fascynacje (Paderewski, Richter). Autor pisze także o krytykach muzycznych i dyrygentach. Ze szczególną atencją traktuje jednak Fryderyka Chopina, poświęcając mu sporo miejsca:

„Preludia nie opowiadają (tak jak to czynią nokturny i ballady), nie brylują (tak jak mają w zwyczaju etiudy): reprezentują muzykę chwili, wyrażają czy też wręcz przedrzeźniają (w czasie teraźniejszym!) stany ciała i duszy: płacz (czwarte), furię (szesnaste), wołanie (dwudzieste pierwsze)” (Muzykalny kosmos, s. 23).

Muzykalny kosmos został skomponowany idealnie. I myślę, że słowa Zappy można odłożyć do lamusa – tym bardziej, że od jakiegoś czasu już nie tylko pisze się o muzyce, lecz także gra się literaturę (co z powodzeniem robi zespól Klancyk). Wygląda zatem na to, że baletowym krokiem zmierzamy w kierunku tańczenia architektury.

Już niedługo, pierwszego dnia nowego roku, włączę telewizor i z całą rodziną zasiądę przed nim, żeby wysłuchać Koncertu Noworocznego transmitowanego z Wiednia. To nasza tradycja, którą kultywujemy od wielu lat. Podczas świąt karmimy ciało tradycyjnymi potrawami, a duszę sycimy właśnie 1 stycznia. Wtedy najlepiej rozumiem, o czym pisze Wierzbicki, bo dostrzegam różnice w interpretacji tych samych utworów, w większości granych przy tej okazji od lat. I wprowadza mnie to w doskonały nastrój.

Jedne tradycje za nami, inne – przed nami. Przykładem takiej, która wróciła do polskiego kalendarza, jest dzień świętego Marcina i jedzenie z tej okazji gęsiny popijanej młodym winem. To nasze Beaujolais Nouveau, ale z bogatszą historią. Francuzi swoje święto młodego wina wymyślili jako regionalny produkt marketingowy – my odnosimy się do zwyczaju, który ma swoje początki w XVIII wieku. Już wtedy 11 listopada winiarze prezentowali swoje młode wina z nadzieją na przedłużenie umów z odbiorcami. Z czasem urosło to do rangi święta i na stołach pojawiła się gęsina. Patron winiarzy, św. Marcin, po tym, gdy gęsi przeszkadzały mu w głoszeniu kazania, polecił upiec je w brytfannie. Zwyczaj się przyjął, a rekord ilości pobito 11 listopada 1865 roku – w samej Warszawie zjedzono wtedy 20 tysięcy gęsi. Jednak nie tylko w Polsce tego dnia pije się wino i zajada gęsinę. Dzieje się tak także w Czechach, na Węgrzech (gdzie funkcjonuje nawet przysłowie „Wesele Marcina: gęś i dzban wina”), w Słowenii, Austrii i Szwecji.

Tradycja picia wina świętomarcińskiego to obyczaj, który się odradza. Za sprawą coraz lepszych krajowych winnic możemy skosztować trunków zdecydowanie lepszych od francuskich „młodziaków”. Najdłuższą tradycję produkcji win z bieżących zbiorów ma Winnica Srebrna Góra z Krakowa. Ich Świętomarcińskie pojawiło się w tym roku już po raz piąty i kolejny raz było lepsze od ubiegłorocznego. Bia z łe okazało się mocniej zbudowane, pełniejsze i odrobinę słodsze. Wino złożono z winogron dwóch szczepów: solaris i siegerrebe. Aromaty owoców południowych ustąpiły zapachom polskich jabłek i gruszek dojrzewających w słońcu. A jeśli o aromatach mowa, to w Świętomarcińskim poczujemy także mirabelki, nieco miodu, trochę mandarynek i nuty kwiatowe.

Wersja czerwona to kupaż z winogron rondo, acolon i frühburgunder. W porównaniu z poprzednim rocznikiem jest bogatsza i pełniejsza. Znajdziemy w tym winie aromaty dojrzałych wiśni, czereśni i czarnych jagód z nutami żurawinowymi. W smaku jest ono świeże z delikatnym zaznaczeniem tanin.

W produkcji win świętomarcińskich debiutuje Winnica Turnau. W tym roku po raz pierwszy można było skosztować młodego wina z Baniewic. Białe wytworzono z odmiany solaris, a czerwone – ze szczepu rondo. W pierwszym wyczujemy aromaty pomarańczy, gruszek i agrestu oraz smak cytrusów i jabłek, natomiast drugie przynosi skojarzenia z truskawkami, malinami i bananami, w smaku zaś – z soczystą wiśnią.

Młode wina należy wypić w ciągu kilku miesięcy od ich pojawienia się na rynku. Nie nadają się do długiego przechowywania. Są stworzone do celebrowania jesiennych smaków, ale mówią co nieco o potencjale win z danego rocznika. Stanowią zapowiedź zawartości butelek, które będziemy smakować wiosną przyszłego roku. Czy wina z rocznika 2017 zachwycą nas czy rozczarują? Mogę uchylić rąbka tajemnicy – będzie nieźle.


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.