Imaginacje&Inspiracje

Człowiek kontra śmierć

Źródło grafiki: http://0.tqn.com/d/chemistry/1/0/h/U/1/mad-scientist-lightning.jpg
Ludzie od niepamiętnych czasów nie mogli pogodzić się ze swoją śmiertelnością. Dla ukojenia duszy tworzyli własne wierzenia, zgodne z dziedzictwem kulturowym przodków oraz z indywidualnymi potrzebami, zapowiadające, że coś rzeczywiście czeka ich po śmierci: Walhalla, Pola Elizejskie, Eden. Z czasem jednak przestało to wystarczać: homo sapiens przyzwyczaił się do wygód i dóbr, z których mógł korzystać tylko na Ziemi. W związku z tym nie tylko wzrosła popularność odłamów religii obiecujących reinkarnację, lecz także rozpętał się bunt przeciwko samej niezbywalności śmierci, której nie są w stanie przełamać nawet kolejne wcielenia przyjmowane przez ludzkie dusze. Szukano sposobu na osiągnięcie nieśmiertelności.

Tematyka walki ze śmiercią znalazła swoje stałe miejsce w literaturze. Wszystko zaczęło się od Frankensteina Mary Shelley (o podtytule Współczesny Prometeusz). Powieść ta powstała w burzliwych okolicznościach w duchu epoki romantyzmu. Podobno była ona pokłosiem konkursu, w którym udział wzięły takie osobistości jak: lord George Gordon Byron, Percy Bysshe Shelley (znany poeta, mąż Mary) i doktor Polidori – autor prekursorskiego Wampira. Frankenstein zrodził się ponoć w atmosferze narkotycznego delirium i szalonej, na poły orgiastycznej zabawy w posiadłości pierwszego z wymienionych autorów (w sposób czysto fikcyjny wydarzenia te rekonstruuje film Gotyk  w reżyserii Kena Russella).

Główną problematyką powieści stał się prometejski bunt przeciw prawom natury, za który główny bohater – tytułowy Victor Frankenstein – zapłacił najwyższą cenę. Monstrum wykreowane w powieści pełni w uniwersalnym kodzie kulturowym funkcję swego rodzaju „straszaka”, ale również przestrzega przed przekraczaniem granic, których szargać się nie powinno.

Ta słynna opowieść (boleśnie archaiczna dla współczesnego czytelnika) stanowiła jednak dopiero początek długiej tradycji ukazywania naukowego pojedynku pomiędzy śmiertelnikami a bezwzględną kostuchą. Na potrzeby tego tekstu przyjrzę się zaledwie kilku z rozlicznych przykładów.

Najwięcej wspólnego Frankenstein ma z opowiadaniem Howarda Phillipsa Lovecrafta Reanimator. Kluczowa dla tej historii w odcinkach, pisanej na zlecenie magazynu „Weird Tales”, jest postać śmiałego naukowca, skonstruowana na podobnej zasadzie co bohater Mary Shelley. Niepozorny z wyglądu Herbert West na przekór ustalonym kanonom rzucił wyzwanie śmierci. Przekonany o swojej wyjątkowości i ufny we własne siły intelektualne zastosował rewolucyjne metody i osiągnął „sukces”: przechytrzył kostuchę. Dokonał tego w młodym wieku, podobnie jak Frankenstein. Te wydarzenia ciążyły na dalszym życiu kreatora, nieuchronnie prowadząc go ku przerażającemu i makabrycznemu przeznaczeniu.

Herbert West, w przeciwieństwie do postaci Victora, został o wiele mocniej odczłowieczony – cechy czyniące z niego znakomitego badacza znacznie wyolbrzymiono. Bohater Lovecrafta ma również nieubłagany, chłodny intelekt, który całkowicie zaciera jakiekolwiek przejawy empatii. Całą etyczną brzydotę ukryto w jego wnętrzu. Wraz z rozwojem akcji West coraz bardziej pogrąża się w szale ambicji, zatraca faktyczny kontakt ze światem go otaczającym, daje się pochłonąć dziełu swojego życia. Dokonuje kolejnych rabunków na miejscowych cmentarzach, aby pozyskać materiał do badań nad cudownym specyfikiem, który jest w stanie spełnić wspomniane wcześniej marzenia człowieka o nieśmiertelności.

Warto dodatkowo zauważyć, że informacje tyczące się technik ożywiania zwłok, przekazywane nam przez Lovecrafta w jego opowiadaniu, wydają się bardziej klarowne niż tajemniczość procesu animizacji monstrum Frankensteina, spowodowana częściową niewiedzą autorki. Nigdzie w tekście nie ma mowy o wykorzystaniu energii elektrycznej piorunów – to jedynie sposób, który wybrali filmowcy dla ułatwienia oglądania ekranizacji powieści. Moim zdaniem pomysł ten jest związany z rolą odegraną przez piorun w życiu młodego Frankensteina podczas pobytu naukowca w zacisznym domu nieopodal Belrive. Widok drzewa rozszczepionego w wyniku działania potężnego żywiołu wywarł na nim niezwykle silne wrażenie.

Wątek paranaukowego charakteru prób przezwyciężenia klątwy śmiertelności uległ pominięciu w literaturze dzisiejszych czasów. Dlaczego? Ponieważ obserwujemy narodziny idei, które wciąż pozostają dyskusyjne – idei klonowania czy zamrażania ciała po śmierci. Spoglądamy na te dokonania sceptycznie i trudno już nam uwierzyć w powstanie specyfiku podobnego do wynalazku Herberta Westa. Biorąc pod uwagę rezultaty działań tego bohatera, chyba nawet lepiej żyć w przeświadczeniu, że jego uzyskanie jest niemożliwe.

Carlos Ruiz Zafón w swojej Marinie inspirowanej Frankensteinem (o czym świadczy chociażby nadanie kilku postaciom znaczącego nazwiska Shelley) sięga po motyw niemal magicznego serum, którego skład czerpie mocno z dorobku współczesnej inżynierii. Tragiczna postać szalonego naukowca Michala Kolvenika wzorem Westa i Frankensteina tworzy swoje potwory, dzieląc przy tym ich los.

Co ciekawe, Kolvenik pada ofiarą własnych eksperymentów: staje się identyczny jak jego „dzieci”, zatraca człowieczeństwo. To pełna realizacja koncepcji obecnej już w dziele Mary Shelley. Naukowiec-demiurg, podejmując bezbożną próbę stwarzania życia na nowo, sam staje się potworem. To dlatego często utożsamia się monstrum Frankensteina z nim samym. „Zrobiony przez Frankensteina potwór jest raczej katastrofą tożsamości. Ucieleśnia grzech pychy, winę naukowców, którzy niezgodnie z planem boskim i naturalnym eksperymentują na granicy życia i śmierci. W tym kontekście nie dziwi częste utożsamianie potwora z jego stwórcą (...) Wina doktora jest nie mniejsza niż wina potwora”[1] – pisze w swojej pracy Magdalena Radkowska-Walkowicz.

Teraz może kilka słów o samych tworach, stanowiących „uwieńczenie” pracy nader ambitnych geniuszy. Co je łączy? To bardzo proste – odrażająca niedoskonałość. Są kalekie, zniszczone w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Monstrum Frankensteina na przykład nosiło na całym ciele ślady szycia fragmentów ciała odebranych zmarłym. Czyniło je to istotą ohydną i skazaną na brak akceptacji społeczeństwa. Ludzie wypchnęli ją poza nawias i upokorzyli, co zainicjowało falę morderstw. W identyczny sposób kończyły się diaboliczne reanimacje Herberta Westa. Pierwszy częściowo ożywiony mężczyzna uciekł swoim stwórcom, podpalając przy tym farmę. Z czasem skutki eksperymentów stawały się coraz bardziej katastrofalne. Na dodatek ożywieni w opowiadaniu Lovecrafta czy w Marinie niejako cofali się w ewolucji – osiągnęli poziom prymitywnych istot niezdolnych do logicznego myślenia i kierujących się podstawowymi instynktami, stając się niczym więcej, jak tylko perfekcyjnymi maszynami do zabijania. W powieści Zafóna następuje ich zwielokrotnione odczłowieczenie: jako że są oni swego rodzaju hybrydami człowieka i marionetki, ich ciała uzupełnione zostały mechanicznymi (i nie tylko) elementami. Ostateczny efekt wygląda doprawdy przerażająco.

Wszystkie analizowane przeze mnie teksty mają charakter cokolwiek moralizatorski, kończą się bowiem zagładą tych, którzy wystąpili przeciwko śmierci. Za zbytnią śmiałość spotyka ich najwyższa możliwa kara. Frankenstein umiera, wycieńczony ucieczką przed własnym dziełem, Herbert West zostaje rozszarpany na strzępy przez legion umarłych, których na nowo powołał do życia, a Kolvenik płonie razem ze swymi makabrycznymi dziećmi. Sprawiedliwości stało się zadość, a naturalny stan rzeczy ocalał niezachwiany.

Kryje się tu przestroga dla ludzi nauki oraz sugestia, że być może ze śmiercią należy się pogodzić. Pewnych granic nie należy przekraczać, pewnych rzeczy się po prostu nie robi. Po to funkcjonują zasady moralne, aby uniknąć podobnych ekscesów. Potencjał naukowy w niewłaściwych rękach to rzecz niesamowicie niebezpieczna, należy z niej korzystać rozważnie i umieć zatrzymać się w odpowiednim momencie. Właśnie takie podejście powinno charakteryzować prawdziwych mistrzów i wizjonerów, jednak granica między geniuszem a szaleństwem jest zatrważająco cienka.


 

[1] Magdalena Radkowska–Walkowicz, Od Golema do Terminatora. Wizerunki sztucznego człowieka w kulturze, Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2008, s. 45.

Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.