Imaginacje&Inspiracje

Mania spełnienia

W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego. Wielu z Was zapewne zetknęło się z tym zdaniem podczas lektury „Dżumy” Alberta Camusa. Jest ono wyjątkowe, i to wcale nie ze względu na swoją oczywistą absurdalność, lecz z innego ważnego powodu – otóż jego autor wciąż zmieniał je w nieprzerwanym dążeniu do stworzenia czegoś doskonałego. Doprowadzenie do perfekcji początkowego fragmentu powieści stało się sensem istnienia i warunkiem koniecznym do odczuwania szczęścia.

Joseph Grand nie jest bynajmniej odosobnionym przypadkiem człowieka napędzanego silną potrzebą zrealizowania wyznaczonego celu (jakkolwiek idiotyczny pozornie by on nie był). Kultura upodobała sobie zwyrodniałe oblicza ambicji w równie wielkiej mierze co inne skrzywione zjawiska. Wiadomo przecież nie od dziś, że przesada, anomalie i wynaturzenia przyciągają uwagę odbiorców o wiele skuteczniej niż monotonia prawidłowości.

Klasycznym już przykładem nienasycenia tragicznego w skutkach i wręcz patologicznego może być doktor Faust – uczony, który z czasem posiadł wszelką wiedzę „ziemską”, ale nie odczuł z tego powodu satysfakcji. Utopijnym marzeniem bohatera dramatu Johanna Wolfganga von Goethego, a zarazem i snem towarzyszącym człowiekowi od zarania dziejów, jest przekroczenie granic ludzkiego pojmowania, sięgnięcie po wiedzę absolutną. To jego życiowy cel, powołanie, jedyna droga do radości. Niemożność zgłębienia tajemnic wszechświata staje się natomiast dla Fausta źródłem egzystencjalnego bólu – bólu niemalże fizycznego. Remedium na tę chorobę okazują się praktyki okultystyczne, a ostatecznie nawet pakt z samym Mefistofelesem.

W tym miejscu pozwolę sobie na dygresję. Figura szatana jako klucza do spełnienia ludzkich marzeń nie wzięła się z powietrza. Brak pewności siebie oraz wiary we własne możliwości niekiedy skutkuje dojściem do głosu zakorzenionego w naszej podświadomości przekonania, że sukces niemożliwy jest bez interwencji sił o wiele potężniejszych. Dowodami na popularność tej tezy są chociażby ludowe opowieści o układach z czartami bądź o korzyściach płynących z duchowości. To nie tylko zazdrość, lecz ten – poniekąd uroczy – zabobon objawiał się w anegdotach dotyczących sukcesów niegdysiejszych celebrytów (głównie utalentowanych muzyków), w legendzie umów na rozdrożu. Nie bez przyczyny mawia się też częstokroć, że urzeczywistnienie danej ambicji wymagałoby cudu. W takim razie jak to w końcu jest z tym spełnieniem? Powinniśmy kierować wzrok ku górze (bądź ku dołowi, czego właściwie nie radzę)? A może rozwiązanie znajduje się tuż obok, w świecie doczesnym?

Ot, taka władza i bogactwo. No bo kto nie chciałby zagrać w lotto? Z taką ilością pieniędzy można by uczynić, co tylko dusza zapragnie. Kontrola nad innymi ludźmi też by się pewnie przydała – dzięki temu nikt by nas nie wykorzystał, a na dodatek zaistniałaby możliwość dowartościowania się kosztem bliźnich. Są to jednak miecze obosieczne i tę oczywistą oczywistość uwydatniają bardzo znane historie, takie jak chociażby mit o zachłannym królu Midasie odczytywany jako przestroga przed zbytnim umiłowaniem dobrobytu. Z drugiej strony nie sposób pominąć bohaterów sztuk Szekspira, którzy w tragicznej spirali zdarzeń opętani są częstokroć przez jedną obłędną aspirację: zdobyć jak najlepszą pozycję społeczną bez względu na koszty. Los Makbeta i jego żony to chyba najbardziej sugestywne zobrazowanie tej problematyki, a także konsekwencji z niej płynących.

Jako inny przykład bardziej „ziemskich” ambicji podać można obsesyjnych kolekcjonerów – dla nich kluczem do samorealizacji stają się przedmioty różnego rodzaju. Protagoniści książek oraz filmów najczęściej poszukują starych i niezwykle rzadkich woluminów, takich jak na przykład księga „Dziewięć Wrót Królestwa Cieni”, której chorobliwie pożąda pewien bogacz z filmu Romana Polańskiego.

Kiedy indziej obiektem zaciętych poszukiwań bywają unikalne szpule filmowe. Z takiego rodzaju obsesją mamy do czynienia w całkiem niezłym horrorze Johna Carpentera pod tytułem „Cigarette Burns”, w którym główny bohater ma za zadanie spełnić życzenie zamożnego kinomaniaka – pasjonat pragnie przed śmiercią obejrzeć film o końcu świata – film tajemniczy, doprowadzający widzów do szaleństwa. Bogacz jest gotów na wszystko, byle tylko doprowadzić do spełnienia zachcianki, której poświęcił wiele lat swojego życia i która stała się poniekąd kwintesencją jego egzystencji.

Zdarzają się też kurioza. Moim zdaniem najlepsze z nich oferowane jest przez niezawodne BBC (angielskie produkcje naprawdę obfitują w świetne koncepty). Oscar Lomax, jeden z bohaterów serialu „Psychoville”, cierpi na wyjątkową manię: zbiera limitowane modele pluszowych zabawek, jedyne na świecie. Do uzupełnienia swojego najświętszego skarbu – pilnie strzeżonej kolekcji – potrzebny mu już tylko wypchany krokodyl. Ale to dopiero początek. Z czasem wychodzi na jaw, że podobny stan utrzymuje się od dawna, ponieważ Lomax nie wyobraża sobie życia po uzbieraniu wszystkich upragnionych eksponatów i za każdym razem, gdy wchodzi w posiadanie tego „ostatniego”, pozbywa się go, aby wieczny wyścig mógł rozpocząć się od nowa. Taki jest właśnie cel jego istnienia – szalony, ale też w pewnej mierze tragiczny. Egzystencjalne błędne koło to dla tej przedziwnej serialowej postaci jedyna możliwa droga spełnienia.

I my zatoczmy teraz koło: wróćmy do zdania Josepha Granda, bohatera „Dżumy”. Stworzenie idealnego dzieła to chyba najbardziej zrozumiały bzik w tej niezwykłej galerii nie do końca zdrowych dążeń. Perfekcjonizm i ambicja doskonałości mogą prowadzić do obłędu. Kultura, jak widać, lubi go nieco przerysować, posłużyć się groteską, obrócić go w śmiech, choć w gruncie rzeczy jest on smutnym zjawiskiem. Spójrzmy chociażby na Cruellę de Mon ze „101 Dalmatyńczyków”, którą zapewne wszyscy doskonale znamy. Pragnienie posiadania najcudowniejszego futra, koniecznie ze skóry konkretnej rasy psów, sprawiło, że oszalała (i to całkiem dosłownie). Ubiór stał się czymś, co ją określało, elementem jej osoby, a nie jedynie dodatkiem. Potrzebowała go, aby prawidłowo funkcjonować, aby w ogóle istnieć. Taka fiksacja wydaje się chyba nawet bardziej charakterystyczna dla czasów, w których teraz żyjemy, kiedy strój nie zdobi człowieka, lecz świadczy o nim samym, odgrywając tym samym rolę jednego z kluczowych kryteriów oceny (niekiedy jakże niesprawiedliwej). Nic dziwnego, że takie traktowanie prowokować może rozmaite obsesje.

Nieopisane przeze mnie pozostało jeszcze najgroźniejsze i najbardziej destruktywne pragnienie spośród wszystkich podniet – głód zemsty. Stając się podstawą wszelkich działań i życiowym imperatywem, stopniowo wyniszcza on człowieka od środka, wydobywa na wierzch wszelką brzydotę, a na dodatek w chwili zaspokojenia nie przynosi niczego poza dojmującym brakiem satysfakcji. Dawniej mieliśmy uromantycznionego nieco „Hrabiego Monte Christo”, teraz śledzić możemy interesujący serial, którego tytuł brzmi, nomen omen, „Zemsta”. Zapewne czytelnikowi przyjdą do głowy również inne pozycje filmowe bądź beletrystyczne. Najbardziej bolesne w tej zgubnej namiętności jest to, że w gruncie rzeczy można zrozumieć jej przyczyny, a nawet w pewnej mierze z nimi sympatyzować. To chyba najbardziej ambiwalentna z dróg samorealizacji.

Doszliśmy chyba do wniosku, że szczęścia nie zapewnią nam ani cudowne diabelskie czy też anielskie interwencje (nie wchodzę tu w żadne dyskusje teologiczne), ani tym bardziej dobra materialne, a już na pewno nie czyny zemsty (choćby nawet były one słuszne). Wszystkie te rozwiązania w dalszej perspektywie mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Pora zatem rozważyć rzecz następującą: czy cel, pochłaniający cały nasz czas i całą naszą uwagę, to rzecz niezbędna w życiu? Oczywiście, jakaś swego rodzaju ambicja, którą podsycamy, jest potrzebna, ale warto nie zapominać o rzeczach mniejszych. Wszelkie przyjemności, sukcesy i radości każdego dnia łatwo przeoczyć w zapaleńczym pędzie samorealizacji, a byłaby to wielka szkoda. Życie ma wiele aspektów, oferując multum możliwości osiągnięcia szczęścia – może takiego na mniejszą skalę, ale zawsze szczęście. Ciekawe, że tuż po urzeczywistnieniu marzeń przychodzi pustka, rozgoryczenie oraz apatia, za to gdy dążenie trwa dłużej, wciąż dostarcza ono impulsu do aktywności. Rozwój trwa. Oto cudny paradoks niespełnienia.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.