Imaginacje&Inspiracje

Senna jawa, jawny sen

Źródło grafiki: http://www.cosmosportal.org/files/42001_42100/42045/file_42045.jpg
Otwierasz oczy, budzisz się, ale czujesz, że coś jest nie tak. Jakiś nieuchwytny szczegół nie pasuje do całości... Niepokój się nasila. Czy to tylko paranoja? A może wcale się nie obudziłeś? Może to jedynie złożony koszmar, przerażający tym bardziej ze względu na swoje podobieństwo do prawdziwego świata? Jak to sprawdzić? Nie masz przy sobie bączka rodem z Incepcji. Liczysz palce u rąk, próbujesz przeczytać tytuł książki leżącej tuż obok... Ale co jeśli granica między krainą nocnych mar a rzeczywistością zatarła się bądź zupełnie zniknęła? Co jeśli dawne reguły nie mają już zastosowania?...
Jakiś czas temu przeczytałem pewne króciutkie opowiadanie naszego czołowego krzewiciela absurdu – nieodżałowanego Sławomira Mrożka. Nosiło ono tytuł Sny i opowiadało o nocnych perypetiach grupy przypadkowych ludzi. Początek kłopotów nastał, gdy okazało się, że wyobraźnia każdego z nich oddziałuje na otoczenie. I tak na przykład jeden z mężczyzn w siatkę na motyle postanowił złapać żonę współpasażera, ponieważ śnił mu się pościg za wyjątkowo pięknym okazem. To dopiero początek zamieszania, lecz sama fabuła miniatury nie jest tu aż tak istotna i posłuży raczej za wprowadzenie do właściwych rozważań.

Gdy skończyłem lekturę, zacząłem się zastanawiać nad samą naturą snu, a także nad jego powiązaniami ze sferą naszej codzienności. Nie od dziś wiadomo, że często doświadczenia naszego dnia pozostawiają tak wyraźny ślad na naszym umyśle, że powracają w zmienionej formie nocą. Ludzki mózg wciąż pracuje, przetwarza zgromadzone informacje, które w niepojętym procesie transformacji przybierają cokolwiek surrealistyczne oblicze. Naukowcy dwoją się i troją, by wyjaśnić w pełni to niesamowite zjawisko, lecz ono wciąż wymyka się logicznemu pojmowaniu. Już sam Zygmunt Freud postrzegał sny jako moment, gdy wyparta zawartość tak zwanej nieświadomości dochodzi do głosu, innymi słowy – wszystko to, co najbardziej skrywamy sami przed sobą. Marzenia senne stanowiły dla niego przez to wprost idealny przedmiot wnikliwych dociekań.

Moja portalowa koleżanka Basia w swoim niedawnym tekście wspominała o „marzeniach dziennych” w rozumieniu ojca psychoanalizy. Ja mam zamiar zająć się ich nocnymi krewniakami. Pomijając już kwestię zasadności tez słynnego uczonego, śnienie jest według mnie równoznaczne z okresem niezachwianej dominacji ludzkiej fantazji, a ta – jak wiadomo – czerpie ze wszystkiego: każdej myśli, detalu, który zdawał się nie mieć wcześniej szczególnego znaczenia. Wyobraźnia, pozbawiona jakichkolwiek ograniczeń, przekracza granice sensu i porządku, konstruuje nowe – zazwyczaj fragmentaryczne oraz chaotyczne, ale z rzadka całkiem złożone oraz zaskakująco przemyślane – światy. Ich natura zależy od natury samego twórcy, podobnie jak ich trwałość.

Artystom często udaje się zachować choćby mgliste wspomnienie swoich wizji, w przeszłości zaś starali się je wywołać przy pomocy narkotyków czy absyntu. Za przykład niech posłuży wiersz Kubla Khan autorstwa Samuela Taylora Coleridge’a, który rzekomo spisał go tuż po przebudzeniu z delirium.

Literatura wielokrotnie wykorzystała analizowane zjawisko snu, ponieważ niesie ono ze sobą wprost niewyobrażalny potencjał. Przygody Alicji w Krainie Czarów, szalony zapis doznanych w jego trakcie przeżyć, stanowią chyba najbardziej klasyczny przykład. Starym motywem jest także otrzymane podczas niego proroctwo. Jednak wyjątkowo ciekawy kierunek stanowiło rozważenie sytuacji, kiedy to świat wyobrażony oraz realny zaczynają się przenikać, a nawet zderzać ze sobą. Taka sytuacja ma właśnie miejsce chociażby w wielu powieściach Jonathana Carrolla, którego z autorem wyżej wzmiankowanego dzieła łączy nie tylko nazwisko, lecz także fascynacja ludzką imaginacją. Za sztandarowy przykład, a przy tym najwłaściwszy w danym kontekście, niech posłużą Kości księżyca.

Cullen – główna bohaterka utworu – wiedzie na pozór uporządkowane życie szczęśliwej mężatki do czasu, gdy zaczyna odwiedzać we śnie magiczną krainę Rondua, gdzie zwierzęta mówią, wszystko może się zdarzyć, a magia jest wszechobecna. Dzieje się to coraz częściej, a heroiczna wyprawa w poszukiwaniu tytułowych artefaktów staje się dla niej z czasem nawet ważniejsza niż otaczająca ją codzienność. Mało tego, kobieta zaczyna objawiać ponadnaturalne zdolności, a jej percepcja obu światów ulega stopniowemu zaburzeniu. Bariera między fantazją a jej światem zaczyna pękać, dotychczasowe reguły przestają obowiązywać, logika nie ma już właściwie żadnego zastosowania. Wreszcie dochodzi do ostatecznej konfrontacji ze złem (jakżeby inaczej) na obu frontach jednocześnie, pociągającej za sobą reperkusje także dwojakiej natury. Istotne jest również to, że niemal każda składowa krainy, którą odwiedza protagonistka, stanowi owoc jej własnych wspomnień oraz ukrytych pragnień (a właściwie nie tylko jej, ale nie będę zdradzał tak ważnych dla fabuły faktów), ma swoje uzasadnienie, co idealnie koresponduje z przedłożonymi przeze mnie wcześniej teoriami.

Ciekawe, że charakterystyczną cechą dla prawie każdego dzieła Carrolla jest wspomniane przemieszanie realizmu z oniryzmem. Przeciętni ludzie doświadczają rzeczy niepojętych, odsłania się przed nimi inne oblicze rzeczywistości – oblicze jak ze snu, pełne niewyjaśnialnych zjawisk i tajemnic, z gruntu irracjonalne. Następuje wprowadzające w stupor zderzenie jawy oraz wymysłu i w pewnym momencie trudno nawet odróżnić jedno od drugiego. Jest to literatura ze wszech miar godna uwagi właśnie ze względu na unikatowość poruszanej fabuły, choć niektórzy mogliby powiedzieć, że wewnętrznie wtórna konceptualnie. Pisarz znalazł bowiem to, co można by określić „przepisem na sukces” i konsekwentnie się go trzyma, co pewni czytelnicy uznają za wadę.

W porządku, tutaj mamy do czynienia jedynie z czasową kolizją, ale co by było, gdyby jeden ze współistniejących światów posiadał przewagę nad drugim? Lub, co gorsza, miałaby ją nad nimi jakaś konkretna osoba/istota? Co prowadzi nas do zasadniczej kwestii: jakie byłyby konsekwencje kontroli nad ludzkimi snami?

Wróćmy więc do sytuacji z początku artykułu. Czyż nie wydaje się Wam ona idealna na opowieść grozy? Ta niepewność sytuacji, poczucie wszechobecnego zagrożenia, bezradność spowodowana tym, że w każdej chwili może zaatakować... Freddy Krueger! Pamiętacie go? Jeden z najsłynniejszych seryjnych morderców w historii horroru, bohater jednego z najdłuższych cykli filmowych (siedem obrazów – osiem, jeśli liczyć crossover z Piątkiem trzynastego), władca krainy nocnych mar odziany w charakterystyczny sweter i obdarzony przyczepionymi do rękawiczek śmiercionośnymi ostrzami. Siłą Koszmaru z ulicy Wiązów był fatalizm historii. Przed Freddym nie było ucieczki, atakował znienacka, tworzył wyrafinowane iluzje, aby zmylić swoją ofiarę. Przejmował kontrolę nad zapadającym w sen człowiekiem i mógł go wtedy swobodnie zabić – naprawdę, bynajmniej nie na niby. Straszliwe majaki za sprawą jego makabrycznych działań wdzierały się do rzeczywistego świata, a nocne mary łudząco przypominały bezpieczną ostoję realności. Strach spać! To historia, która zachowała swój niepokojący klimat do dziś.

Lęk przed manipulacją marzeniami sennymi pozostał, a do dzisiejszych standardów dostosował go w kinie Christopher Nolan. Mowa oczywiście o głośnej Incepcji. W tej artystycznej wizji ludzie zyskali umiejętność kontroli własnego umysłu, a niektórzy eksperci potrafili wszczepić weń fałszywe wspomnienia, informacje etc. Włamanie do wykreowanego przez fantazję świata to pomysł na miarę XXI wieku. Sęk w tym, że kiedy wejdzie się znacznie głębiej, o wiele bardziej zanurzy w wyobraźni, potem ciężko określić, czy nastąpiło przebudzenie, czy też wciąż tkwi się w którejś z warstw podświadomości. A zegar tyka... W produkcji twórcy nowej trylogii o przygodach Batmana pojawił się jeden z wymienionych przeze mnie na samym początku sposobów określenia prawdziwości danej sytuacji – zakręcenie bączkiem. Reguła jest bardzo prosta: jeśli nie przestanie się on ruszać, wiadomo, że to nadal sen. Nolan dokonał w tym widowisku czegoś niezwykłego, a mianowicie oddał samą naturę nocnych rojeń, przemieszanie elementów wymyślonych oraz rzeczywistych, rządzący tym wszystkim chaos, złożoność i wyrafinowanie mentalnych projekcji.

Ta pełna obawy fascynacja tematem nie bierze się znikąd. Brak jednoznacznej podstawy faktograficznej oraz odpowiedzi na wszelkie pytania związane ze snem powoduje niepokój. Ta sama fantazja, która produkuje wymyślne krajobrazy, gdy ciało odpoczywa, podsuwa coraz to kolejne scenariusze ukazujące potencjalne zagrożenia wynikające z tej niewiedzy. Ale przecież nie da się zrozumieć wszystkiego, a zjawiska wymykające się naszemu pojęciu sprawiają jedynie, że nie przestajemy dociekać, nie stoimy w miejscu. Można by powiedzieć, że to trochę jak z niespełnieniem, o którym pisałem poprzednio w tym cyklu. Czasem mniej faktycznie znaczy więcej.


Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.