Poezje nieoczywiste

Wieczną mantrę morze nuci

Źródło grafiki: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/79/Seglare_(August_Strindberg,_1873).j pg/1280px-Seglare_(August_Strindberg,_1873).jpg
Rozstania i powroty. „Przypływ, odpływ, fala za falą. Wieczną mantrę morze nuci. Przypływ, odpływ, oddech czasu. Co odeszło, kiedyś wróci”. Tak śpiewa Anna Maria Jopek na płycie Upojenie, perfekcyjnie łącząc nową odsłonę „Poezji nieoczywistych” z sierpniowym tematem miesiąca. Oraz z sierpniem i jego ogólną charakterystyką.
Okres wakacyjny bowiem dojrzewa, szukamy więc na różne sposoby wytchnienia od fali upałów i marzymy leniwie o błogich chwilach ochłody w przeklinanym zazwyczaj rześkim Morzu Bałtyckim. Ja natomiast chciałam poszukać reprezentacji polskiego wybrzeża w poezji. Okazuje się jednak, że liryka marynistyczna nie ma u nas mocnej reprezentacji. Pewnie, każdy mógłby wymienić parę tytułów skupiających się na motywie morza, ale są to pojedyncze utwory poetów wcale niekoniecznie kojarzonych z tym wodnym żywiołem. W szkole nawet omawialiśmy chociażby sonety Mickiewicza Cisza morska, Żegluga i Burza, zapewne przytrafiły się także podobne wiersze Słowackiego czy innych autorów, ale nie klasyfikowaliśmy ich jako poezji morskiej, a raczej zawsze jako coś innego (np. poezję podróżniczą). Istnieją, rzecz jasna, współcześni poeci, którzy w mniejszym lub większym stopniu opiewają morza szum, ptaków śpiew i piasku błysk, ale albo są to średnio utalentowani twórcy lokalni, albo autorzy nieznani szerszej publiczności (tacy jak na przykład Marek Krystian Emanuel Baczewski, autor tomu Morze i inne morza). Skoro zatem przeciętny student polonistyki nie kojarzy typowo morskiego wieszcza, można chyba bez ryzyka wysunąć tezę, że poezja marynistyczna jest w Polsce zjawiskiem marginesowym (nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do polskich gór, które doczekały się wielu piewców). 
Ale że postanowiłam napisać i o poezji, i o polskim morzu, musiałam zmienić taktykę i zadowolić się wierszem pojedynczym, byle wpisującym się w tematykę. Wykorzystałam wolny, wakacyjny czas na przegrzebanie własnej skromnej kolekcji tomików poetyckich i ostatecznie zdecydowałam się na posunięcie przewrotne. Wybrałam utwór poety na wskroś warszawskiego, urodzonego w Warszawie, wykładającego na Uniwersytecie Warszawskim, mającego na koncie tomiki o tytułach takich jak Okęcie oraz Wola i Ochota. A jednak w zbiorze Tadeusza Pióry Pieśni miłosne z 2004 roku znalazłam wiersz dla mnie, dla Was, dla „Poezji nieoczywistych” i tematu miesiąca. 
Przed bezpośrednim kontaktem z rzeczonym utworem wrzucę jeszcze cytat z notki biograficznej poety zamieszczonej na portalu Culture.pl: „Pióro stanowi dla krytyków twardy orzech do zgryzienia – cenią go, lecz nie potrafią analizować. Jeden z nich stwierdził wręcz, iż »omawianie wierszy Pióry kończy się dostosowywaniem ich do własnych gustów, do własnego smaku«”. Ja przede wszystkim nie widzę w tym nic złego. Nawet jeśli nie jesteśmy profesjonalnymi krytykami, a trafi nam się wiersz, z którym na pierwszy rzut oka nie wiemy, co zrobić, to nie jest to jeszcze powód, żeby poezji w ogóle nie czytać albo żeby w skrytości ducha nazwać się analfabetą i bezmózgiem. Bo poezja zawsze coś znaczy, ale nigdy nie jest tym samym dla każdego. Lepiej jeszcze – nie ma znaczenia właściwszego lub gorszego. Oto właśnie piękno liryki – samo z nią obcowanie rozwija naszą wrażliwość, otwiera umysł na nowe wartości, zostawia nas zmienionych, pełniejszych. A wysiłek, wbrew częstym zarzutom, jest minimalny. W przypadku większości wierszy nawet jedna szybka lektura jest w stanie dostarczyć wysokiej jakości wrażeń, wcale nie pośledniejszego gatunku. Pozostała część, do której należy utwór Połać i szum Pióry, po pobieżnym przeczytaniu zostawia nas z miną typu „WTF” czy „co ja pacze”, bez odpowiedzi na szkolne pytanie „o czym jest ten wiersz”. Ale i na to jest sposób: wystarczy utwór przeczytać raz jeszcze, a najlepiej każde zdanie osobno z dodatkowym czasem na namysł nad znaczeniem, na krótką interpretację czy po prostu grę skojarzeń. I jeszcze dla wyjaśnienia – jeśli brzmię jak fanatyczka z wielką misją krzewienia poezji wśród narodu, to tylko dlatego, że sztuka ta tak wiele wniosła do mojego życia – i każdemu życzę podobnych doświadczeń. Wybaczcie mi to. 
Przechodząc do sedna sprawy – proponuję garść własnych odczuć i doznań wydobytych na światło dzienne dzięki wierszowi Tadeusza Pióry. Nie są to interpretacje zobowiązujące, a raczej tymczasowe i relatywne impresje – bo poezję można czytać i tak, bardziej czując niż rozumiejąc (to zresztą mój ulubiony sposób na lirykę i sztukę w ogóle). Chcę pokazać, że w odczytaniu wiersza jest miejsce na chwilowe zachcianki, osobiste doświadczenia i przemijające humorki. Gdybym przeczytała Połać i szum innego dnia, w innych okolicznościach i z innym samopoczuciem, napisałabym pewnie zupełnie inny tekst. Ale czas jest ten właśnie, z odrobiną wakacyjnej beztroski i optymizmu. Bo choć odnajduję w wierszu ślady świadczące o doświadczeniu urlopowym, wolnych chwilach spędzanych nad morzem (wspomnienie pocztówek, stołowania się w barze, corocznych powrotów, noclegu w hotelu), to jednak odczuwam niepokój, bliżej mi do melancholii niż sielankowości. Na plaży nie mamy przecież typowych wczasowiczów, ale jednostki strzaskane, niepełne, nie do końca będące sobą, wykrzywione. Znajdują się jednak w pewnych schematycznych sytuacjach, „w znajomych pozach lekkiego uniesienia”. Dotyka ich zatem piętno ambiwalencji, cechujące także samo morze, które równocześnie zaskakuje i nie dziwi. Takie okoliczności współgrają przecież z atmosferą urlopu w nadmorskim kurorcie, gdzie jednocześnie odnosimy wrażenie tymczasowości i prowizoryczności oraz stykamy się z odwiecznym, niezmiennym żywiołem nieczułym na ludzką stronę historii. 
[img=363]
I tutaj wchodzi na scenę mój życiowy nihilizm. W dalszej części wiersza widzę bowiem rozrysowaną sytuację człowieczeństwa na tle wszechświata, która nie napawa optymizmem, a na pewno nie współgra z takimi słowami jak „potęga” i „istotność”. W następujących wersach widzę ludzi próbujących zatrzymać czas, chociaż oczywiste jest, że morza, odwiecznej reguły, nie da się oszukać. Widzę ludzi „zajadłych w bycie”, przywiązanych do istnienia, starających się je zatrzymać, chociaż nie oferuje ono nic więcej ponad „zmrużone oko” i „zadymione szkło” – coś wypaczającego prawdę (o ile prawda w ogóle istnieje), narzucającego filtr w odbiorze rzeczywistości. Padają słowa o doświadczeniu, które jest spustoszeniem – czy to dlatego, że przyzwyczaja do życia, które jest ułudą? Bo czemu niewystarczający okazuje się dzień, kiedy ludzie mogą brać z życia pełnymi garściami, cieszyć się dostępną rozrywką? Czemu „wyczekujemy zmierzchu i głębszych ciemności”? Może właśnie dlatego, że w ciemnościach łatwiej wyobrazić sobie własne realia i łatwiej w nie potem uwierzyć, jako że nie widać szwów i niedociągnięć. Ostatecznie pewność siebie, ludzka wiedza i edukacja są oparte na fikcji, odległych skojarzeniach. Potrzebujemy więc orzeźwiającego, nieprzejednanego morza, które obedrze nas ze złudzeń. 
A może nie. Może te złudzenia to jedyny dostępny nam świat. Może potrzebujemy ich, by przetrwać jako gatunek i by radzić sobie z codziennością jako jednostki. Może jutro przeczytam Połać i szum i namaluję wesoły obraz kolorowymi flamastrami. A może ominę ten wiersz i będę kontemplować utwór z kolejnej strony, zatytułowany Taxi Hel i zamykający się w ciągu cyfr „0 601 070 075”. Może nawet spakuję walizkę i sprawdzę, czy numer ten wciąż funkcjonuje i pomoże mi znaleźć się na plaży, naprzeciw łagodnych, chłodnych, uspokajających fal. 

Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.