Żywe słowa

Czy kultura „wysoka” gryzie? Julian Tuwim, „Wspomnienie”

Źródło grafiki: Agata Starownik
Dawno, dawno temu, za górami Karpatami wędrował tu i tam człowiek, który bawił okoliczną ludność śpiewem po trosze pomysłu własnego, po trosze zakorzenionym w rodzimej tradycji. Nazywał się Homer, a w jego kraju przez całe wieki utrzymał się zwyczaj improwizowania poematów ku uciesze całkiem zwyczajnych, bynajmniej nie wykształconych ludzi. Jakiś czas po Homerze w okolicach Alp działał muzyk, którego utwory miały opinię sztuki popularnej i których nie kochał Chopin, za to tańczyła do nich cała Europa. Nazywał się Johann Strauss, a jego walce pełniły funkcję rock’n’rolla – oczywiście na miarę XIX wieku.
A teraz? Teraz powinno rozpocząć się narzekanie na obniżenie ambicji kulturalnych, które – jak pokazują powyższe przykłady – są pojęciem względnym. Owszem, nie rozumiem osoby zamierzającej uczyć dzieci, która bez większego zażenowania stwierdza, że nie wytrzymałaby lektury klasyki. Ku mojej radości jednak od tej klasyki nie ucieknie, ponieważ w serialu Ranczo ogląda kolejną realizację mitu Kresów Wschodnich (którego początki sięgają renesansu), w kościele śpiewa starożytną poezję hebrajską, czyli psalmy, a w radiu czasami słyszy jeszcze teksty Tuwima.

Temu ostatniemu polska muzyka zawdzięcza kilka dość słynnych tekstów, od dramatycznej modlitwy Jeszcze się kiedyś rozsmucę… przez utwory dla dzieci po skierowany zdecydowanie do dorosłych Wiersz, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w d*** [cenzura – A.S.] pocałowali. O ile więc poezja w tomikach wygląda groźnie, o tyle ta śpiewana ma pewne szanse dotarcia pod współczesne strzechy – tak jak w czasach aojdów czy średniowiecznych minstreli. Jeszcze przed wojną Hanka Ordonówna wyznawała, że Miłość ci wszystko wybaczy, potem interesowali się Tuwimem Marek Grechuta (Pomarańcze i mandarynki / Sen złotowłosej dziewczynki), Ewa Demarczyk (Tomaszów / Przy okrągłym stole, Grande valse brillante) czy Czesław Niemen (Wspomnienie). Oczywiście trudno ich zaliczyć do ulubieńców gimnazjalistów, ale w swoim czasie cieszyli się dużą popularnością.

Co ciekawe, większość wymienionych wierszy jedynie częściowo wpisuje się w szkolny stereotyp Tuwima – beztroskiego skamandryty schodzącego do tłumów. Oczywiście mówi się w nich o miłości (naczelnym temacie wszelkich piosenek), widzianej przede wszystkim przez pryzmat codziennych drobiazgów. Odbywa się to w sposób lekki, melodyjny, wdzięczny. Wiele tu subtelnego, zmysłowego uroku świata, brak za to typowych refleksji metafizycznych. Trudno jednak nazwać te utwory pogodnymi, ponieważ przedstawione sytuacje są przeniknięte melancholią, łagodnym smutkiem, poczuciem ulotności piękna.

Tak dzieje się również we Wspomnieniu, chyba najbardziej znanej piosence do słów Tuwima[1]. Niemen, który nieprzypadkowo zasłynął jako wykonawca tak-trudnego-i-niezrozumiałego Norwida, także tutaj interpretuje tekst nieoczywisty. Zagadkę stanowi sam główny motyw: mimoza. Artysta śpiewa na tyle przekonująco, że wyobraźni odbiorcy wystarczy sam złotawy/żółty/złoty kolor. Dokładna identyfikacja rośliny jednak nie jest oczywista, gdyż mimozą nazywa się kilka gatunków ze sobą niespokrewnionych. Słynna tropikalna mimoza wstydliwa, składająca listki po dotknięciu (zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Mimosa_Pudica.gif), źródło określenia mimoza (‘osoba przesadnie delikatna’), kwitnie różowofioletowo. Z kolei nazywana mimozą akacja srebrzysta co prawda pięknie pachnie i ma żółte kwiaty, lecz pojawiają się one wiosną. Najpospolitszą mimozą w Polsce jest natomiast nawłoć pospolita (nomen omen), odpowiedzialna za żółty kolor wszelkich zarośli pod koniec sierpnia i we wrześniu. Jesień naprawdę zaczyna się mimozami, czyli nawłociami.

Tytułowe wspomnienie snuje się nieśpiesznym, malowniczo zakłócanym rytmem pięciu strof. Liczba sylab w wersie nieznacznie się waha, dzięki czemu poeta uzyskuje efekt urozmaicenia przy jednoczesnym zachowaniu spokojnej melodii wiersza – nie ma w niej dramatycznych skoków, czemu sprzyja też niemal całkowity brak przerzutni.

Tekst spajają liczne powtórzenia i paralelizmy, z których na pierwszy plan wysuwa się podobieństwo pierwszej i trzeciej strofy, podkreślone również w wersji śpiewanej: zwrotki te mają nieco inną melodię niż pozostałe. A zaczynają się – jak jesień – mimozami. Logika rytmu nakazuje, by podobnie stało się na początku strofy piątej, ale po raz trzeci złocisty kwiat pojawia się wers wcześniej, w zwieńczeniu strofy czwartej. Poeta znów nieznacznie zakłóca regularność wiersza – tak jak we wspomnieniach, ważniejsze od konsekwencji jest piękno tego, co przeminęło.

W utworze panuje przemieszanie planów czasowych stosowne do sytuacji, co widać już na poziomie gramatyki. Dominuje czas przeszły, który służy opisowi minionej miłości, czas teraźniejszy zaś pojawia się w punktach węzłowych: wraz z mimozami oraz w ich pobliżu, w utrzymującym aktualność stwierdzeniu: To ty, to ty jesteś ta dziewczyna[2]. W miejscach tych łączą się teraźniejszość wspominającego i świat wspomnień. W obu rzeczywistościach panuje jesień, która posłużyła jako pretekst do podróży w dawne dni.

Mimozy, pełne życia w pierwszej strofie, powracają w trzeciej już odmienione, zwiędłe – stają się znakiem przemijania, następuje przejście od września do października. Śmierć nawłoci jednak paradoksalnie przypomina mówiącemu o trwaniu. Dlatego ostatni miesiąc złotej jesieni nazywa on imieniem kwiatu, któremu niestraszne obumieranie przyrody i upływ czasu. Nieśmiertelnik, czyli kocanka ogrodowa, kwitnie aż do mrozów, a zasuszony, zachowuje żywy kolor przez długi czas.

Złocista, zwiewna, czarująca jesień ze szkolnych lat okazuje się mieć wiele wspólnego z wiosną – zwłaszcza wiosną życia. Dlatego mimoza, złota jak jesienne liście, potrafi nadać księżycowi blask maja. Może poeta odwołuje się tu do wiosennej mimozy – akacji? Co więcej, nawet srebrny glob okazuje się młodzikiem, co można odnieść do jego fazy: księżyc jest młody na początku cyklu, między nowiem a pierwszą kwadrą. Wiekiem przypomina więc  zakochanego i towarzyszy mu w przeżywaniu miłości: Zasypiałem z nim gasnącym o poranku[3].

W ostatniej strofie sytuacja wspominania i świat wspominany jednoczą się: młodzieniec zasypia wraz z zachodzącym księżycem, ale śnią mu sią dawne wiosny – jakby wszystko działo się po latach. Zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości zdaje się panować najradośniejsza pora roku, uobecniona w złotej jesieni, a zarazem zespolona z nią. W poetyckim niedookreśleniu nie sposób przecież wydzielić plany czasowe i miesiące.

***

Zapewne piosenka Niemena zachowa wiele uroku bez analizy tekstu, stworzonego zresztą do podziwiania, a nie do laboratoryjnych badań. Ale aby podziwiać, nie trzeba znać nazw środków poetyckich. Trzeba natomiast wykazać dobrą wolę: zatrzymać się, przyjrzeć, zastanowić, uruchomić wyobraźnię. A tych procesów myślowych wymaga – być może zbyt rygorystycznie rozgraniczana – nie tylko klasyka tudzież kultura „wysoka”, lecz także dobrze skonstruowana kultura popularna i lżejsza muza, która ma przytępione ząbki, ale również może pokąsać leniwych.




Wspomnienie  

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła.
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła.  

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły.  

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty – październik.
To ty, to ty, moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni.  

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy,
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej – majowy.  

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką…  

Tekst za: J. Tuwim, Julian Tuwim, Warszawa 1980.


[1] Rok 1921, tomik Siódma jesień.
[2] J. Tuwim, Wspomnienie, [w:] tenże, Julian Tuwim, Warszawa 1980, s. 27.
[3] Tamże.

Agata Zuzanna Starownik

Studiuje polonistykę i historię sztuki w ramach MISHu w Warszawie. Stara się wierzyć w Prawdę, Dobro, Piękno. Kocha fiołki, koty i zachody słońca.