Fantastyczny problem

Czy trudno być bogiem?

Źródło grafiki: Witold Dąbrowski
Rogera Zelaznego uznaje się za jednego z ważniejszych twórców amerykańskiej fantastyki lat 60., 70. i 80. XX wieku. Cieszy się dużą popularnością, a jego dorobek cenią zwłaszcza miłośnicy tak zwanej Nowej Fali w amerykańskiej literaturze s.f. Mimo to mój pierwszy kontakt z twórczością tego pisarza okazał się dość dużym rozczarowaniem: zacząłem od pierwszej części kilkutomowego cyklu Kroniki Amberu i szczerze mówiąc, po zakończeniu lektury nie miałem najmniejszej ochoty na resztę serii; nie czułem też potrzeby, by sięgnąć po inne dzieła tego autora.
Był to tym większy zawód, że o powieści i jej kontynuacjach słyszałem mnóstwo pozytywnych opinii, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że książkę warto przeczytać. Wszystkich części oczywiście oceniać nie będę, gdyż po zapoznaniu się z tylko jedną nie mogę sobie na to pozwolić, jednakże z całą pewnością wolno mi stwierdzić, że Dziewięciu Książąt Amberu mi się nie spodobało i zwyczajnie nie mam ochoty dawać serii kolejnej szansy. W czym tkwi problem? Mianowicie uważam, że Książęta… są marnie napisani, fabularnie miałcy i nudni, a także kompletnie wyzuci z emocji i dramatyzmu. I może to ostatnie nie stanowi wielkiego problemu, ale staje się nim, gdy człowiek uświadomi sobie, że w warstwie intelektualnej czy refleksyjnej również niewiele się dzieje. Postacie – płaskie i bezbarwne, akcja zaś leci na łeb na szyję, przez co brakuje przestrzeni do ukazania charakterów czy też zbudowania dramatyzmu – a przecież fabuła ma potencjał, bo opiera się w dużej mierze na intrygach związanych ze zdobyciem tronu tytułowej krainy Amber. Przyznaję, że owszem, koncepcja świata intryguje (Amber to jedyne miejsce istniejące naprawdę, natomiast wszystkie inne światy – w tym i nasza Ziemia – to jedynie cienie tego prawdziwego, które mieszkańcy Amberu mogą swobodnie kształtować i wykorzystywać), ale w pierwszym tomie niewiele z tego wynika, tym bardziej, że otrzymujemy naraz wiele informacji bez zbytniego pogłębienia tematu.

Dlatego też ze sporą rezerwą podchodziłem do kolejnych książek Zelaznego. Pan Światła to druga i jak do tej pory ostatnia jego powieść, po którą sięgnąłem, i bez dwóch zdań wywarła na mnie znacznie większe wrażenie niż pierwsza. Być może nie dałbym Zelaznemu tej szansy, gdyby nie fakt, że sam opis fabuły zdawał się niezwykle interesujący. Otóż rzecz dzieje się w nieokreślonych czasie i miejscu, na planecie, która może być Ziemią dalekiej przyszłości, choć równie dobrze może chodzić o świat z zupełnie innego obszaru kosmosu. To zresztą nieistotne, gdyż cała fabuła kręci się wokół świata bóstw i legend indyjskich, istniejących nieco poza czasem. Ze strzępów informacji możemy się domyślać, że przed setkami lub tysiącami lat ludzie dysponujący zaawansowaną technologią, pozwalającą – między innymi – na przedłużanie życia za pomocą metody zbliżonej do reinkarnacji (transfer umysłu z jednego ciała do drugiego), zaczęli kreować się na bogów, aby zachować kontrolę nad niższymi warstwami społeczeństwa. Ich wzorem stał się panteon hinduistyczny, co oczywiście można uzasadnić specyfiką technologii, na której opierali swoją władzę i siłę.

Dzięki rozmaitym wynalazkom i broniom „bogowie” cieszą się siłą swych mitycznych pierwowzorów. Co więcej, ich zachowanie nie ma w sobie ani krzty sztuczności, gdyż udawanie istot niebiańskich po niezliczonej ilości wieków przestało być już grą czy teatrem. To pierwszy ciekawy aspekt książki: bogowie u Zelaznego okazują się ludźmi strojącymi się w cudze piórka, ich boskości jednak nie sposób zaprzeczyć, gdyż myślą i zachowują się jak bogowie, mają boską potęgę oraz rzesze wyznawców. Motyw ten skłania do refleksji nad tym, co różni człowieka od bóstwa w religii politeistycznej.

Jako drugi interesujący element należy wymienić głównego bohatera, o którym dotąd nie wspomniałem, czyli tytułowego Pana Światła, określanego także takimi imionami jak Sam (skrót od miana Mahasamatman), Kalkin oraz Budda. To intrygant, który odtwarzając czyny oraz powtarzając filozofię Buddy – podobnie jak inne bóstwa– jedynie go udaje lub też, jeśli spojrzeć z innej perspektywy, staje się poniekąd jego awatarem. To także wywrotowiec i rewolucjonista: próbuje przeprowadzić rewolucję społeczno-kulturowo-religijną, aby obalić rządy bogów. Trzeba przy tym dodać, że Sam jest postacią wyjątkowo niejednoznaczną i śledzenie podobieństw między nim a jego pierwowzorem z całą pewnością pogłębia wymowę powieści.

W utworze ciekawi więc przede wszystkim motyw odtwarzania czynów i charakteru bogów, które epigoni znają dzięki dostępowi do starożytnej wiedzy. Mamy do czynienia z nawarstwiającą się ułudą, wydającą się jednak bardziej namacalną i prawdziwą niż pierwowzór – bogowie w świecie książki są całkowicie realni i materialni, podobnie jak ich potęga i niebo, ich mieszkanie.

Pan Światła to powieść, w której wyraźnie wyczuwa się ducha hinduizmu i buddyzmu, zarówno w sferze fabularnej, jak i stylistycznej oraz narracyjnej. Zelazny okazał się całkiem kompetentnym znawcą Wschodu (na tyle, na ile potrafię to ocenić), a przy tym udała mu się także trudna sztuka stworzenia stylu łączącego cechy współczesnej powieści oraz klimat dawnych eposów i mitów. Ciekawiej jest czytać tę książkę, gdy wie się choć trochę na temat kultury i religii Indii czy Chin. Ja kojarzyłem wiele nazw i postaci, jednak nie miałem wystarczająco dużo wiadomości, by wyłapać wszystkie nawiązania.

Ostatecznie jednak zabrakło czegoś istotnego, bym mógł się zachwycić tą książką naprawdę. Nie chcę pisać tutaj, na czym polegał problem, aby broń Boże nie sugerować nic nikomu. Powieść warto przeczytać, zwłaszcza jeżeli ktoś lubi fantastykę w stylu Ursuli K. Le Guin lub Gene’a Wolfe’a, czyli taką, która lubi bawić się w antropologiczne i religioznawcze eksperymenty myślowe.


Witold Dąbrowski

Absolwent kulturoznawstwa, student grafiki na warszawskiej ASP, pisarz amator. Pasjonat sztuk wizualnych i literatury (którymi stara się zajmować zarówno teoretycznie, jak i praktycznie), uwielbia fantastykę, muzykę elektroniczną, mistykę i surrealizm.