Klasyka do herbaty

Sienkiewicz - mistrz opery mydlanej

Źródło grafiki: Paulina Piziorska
W dzieciństwie zawsze wyobrażałam sobie treść poważnych dzieł autorstwa poważnych pisarzy jako patetycznie napisane traktaty w sposób metafizyczny bądź całkowicie abstrakcyjny traktujące o sprawach wzniosłych i ważnych, ewentualnie o życiu, ale omawiające je w sposób, którego zwykły, szary człowiek nie mógłby zrozumieć. 
Pierwszy szok przeżyłam już w gimnazjum, kiedy z polecenia nauczyciela przebrnęłam przez Pana Tadeusza. Początek zajazdu na Litwie rzeczywiście wskazywał na to, że będzie to lektura niedostępna dla moich proletariackich uszu, gustu czy czego tam jeszcze. Z zaskoczeniem przyjęłam więc całkiem przyziemne kłótnie Domeyki z Doweyką oraz poczynania Tadeusza, który rycerskim gestem usuwał z drżącego dekoltu Telimeny mrówki, by w ten sposób udowodnić, że mimo zmieniających się realiów i czasów, etos rycerski obowiązuje nadal...

Jaki wyciągnęłam z tego doświadczenia wniosek? Skoro wieszcz narodowy w swoim, najważniejszym poniekąd, dziele raczy nas taką dozą przyziemności, by dopiero w ostatniej księdze ukazać nam ukryty sens opakowany sprytnie w sielankę, to niepotrzebnie obawiałam się innych „wieszczów” i ich dzieł. Wtedy właśnie zaczęła się moja miłość do literatury określanej bardzo sztywnym i budzącym strach w ludziach mianem   

KLASYKI

Wy też poczuliście zgrozę po samym przeczytaniu tego słowa? No cóż, postarajmy się zatem to zmienić. Dziś zapraszam Was do krainy Sienkiewicza i jego „telenoweli”… Tak, dobrze słyszeliście. Zatem usiądźcie wygodnie z kubkiem herbaty, kawy lub czegoś mocniejszego, jeśli boicie się to wziąć na trzeźwo, i zaczynajmy…


Widzicie tego poważnego pana na zdjęciu? To właśnie jest Henryk Sienkiewicz. Dalibyście wiarę, że ten brodato-wąsaty pan miał bardzo burzliwe i, śmiem twierdzić również, bardzo nieszczęśliwe życie miłosne? Mnie też nie przyszło to do głowy. Nie widziałam go po prostu w roli kochanka. Pierwszą żonę stracił tragicznie, kilka drobniejszych miłostek przeżył dość dotkliwie, mimo to kobiety w jego powieściach były zazwyczaj wzorem cnót niewieścich. Do czasu. W roku 1895 światło dziennie ujrzała jego powieść Rodzina Połanieckich, która mimo zapewnień autora, zarówno oficjalnych jak i tych zawartych w listach do przyjaciół, stała się gorzkim rozliczeniem z przeszłością i swego rodzaju odreagowaniem naprawdę nieprzyjemnych okoliczności, do których doprowadziła jego druga żona, od samego początku bardzo skrzętnie prowokowana przez teściową. Nie można powiedzieć, by cała powieść była wyrazem przeżytego zawodu, ponieważ Sienkiewicz zaczął ją pisać, zanim do niego doszło, jednak nie pozostało to bez wpływu na kształt dzieła.

Historia zaczyna się od sielankowego opisu polskiej wsi o nazwie Krzemień, gdzie zastajemy głównego bohatera Stanisława Połanieckiego w drodze do państwa Pławickich, dokąd jedzie, by upomnieć się o spłatę zaciągniętego dwadzieścia lat wcześniej długu. Na miejscu oczywiście spotykamy pierwszą barwną postać, która stanie się również pierwszym w całej powieści wrzodem na tyłku Połanieckiego, mianowicie pana Pławickiego. Wujek Stasia ucieka się do różnych sztuczek, od podsunięcia bratankowi własnej córki jako przynęty poczynając, a na wspominaniu (zbyt tkliwym zresztą) jego zmarłej matki kończąc, wszystko byle tylko odwlec w czasie rozmowę na temat pieniędzy. Udaje mu się to zresztą i można powiedzieć, że w końcowym rozrachunku jego starania przynoszą oczekiwane rezultaty, Połaniecki zauroczony Marynią robi bowiem wszystko, by rodzina zachowała wiejski majątek. Mamy tu zatem sprytną intrygę w wykonaniu starszego pana. Co jeszcze? Jeśli będziemy trzymać się chronologii zdarzeń, dojdziemy do niezwykle wzruszających momentów, spowodowanych ciężką chorobą małej Litki, uwielbianej zarówno przez Stasia, jak i Marynię. Razem z bohaterami doświadczymy rozpaczy, radości i poważnych zmian na poziomie uczuciowym, następujących z dnia na dzień. Później nie ominą nas rozstania, powroty, wesela i pogrzeby. Mamy również klasztor jako rozwiązanie dla wszelkich bólów serca, próby samobójcze, zdrady oraz czyste pożądanie (tak jest! bezpruderyjne opisy erotycznych ciągot bohaterów do niewłaściwych osób) w swej najbardziej nieprzyzwoitej postaci. W trakcie lektury natkniemy się również na pewnego morfinistę, parę przekrętów biznesowych oraz kilka bardzo głupiutkich i płytkich kobiet, które w iście współczesny sposób potrafią owinąć sobie wokół palca romantycznych i nieco naiwnych mężczyzn. Brzmi jak przepis na pasjonującą zabawę? Poczekajcie, to jeszcze nie wszystko! Jeśli wytrwacie dostatecznie długo, będziecie również świadkami pojedynków na śmierć i życie, podróży i eskalacji uczuć, które nie powinny być wypowiadane, bo nie są tym, co przystoi kobiecie zamężnej i żonatemu mężczyźnie. Będziecie również mogli znienawidzić bohaterów za ich niewierność czy też okrucieństwo po to, by zaraz potem, po zrehabilitowaniu ich przez Sienkiewicza, odzyskać do nich sentyment. Nieobce są nam przecież takie zabiegi w wykonaniu tego pisarza: główna postać, hulaka i libertyn (to jasne, że mam tu na myśli Kmicica, katowanego do upadłego w liceum), pod wpływem kobiety lub miłości do ojczyzny staje się wzorem cnót męskich i obywatelskich. A to jeszcze nie koniec! Całość powieści jawi się jako istna mieszanka wybuchowa, w której skład wchodzą nietuzinkowe postaci, nieco schizofreniczne rozwiązania pewnych sytuacji oraz, jak to w życiu, nie zawsze logiczne reakcje kobiet i mężczyzn (sic!) na to, co zsyła im los.

Z czym mamy zatem do czynienia w Rodzinie Połanieckich? Z czymś, co ja odbieram jako satyrę na życie i co we współczesnej kulturze doskonale funkcjonuje przyobleczone w podobną treść w formie telenowel. Może niekoniecznie mam tu na myśli polskie, bo te są jednak zbyt długie i wlekące się, ale na pewno powieść ta przypomina coś na kształt seriali argentyńskich z fabułą niewychodzącą poza trzysta odcinków, pełną niewiarygodnych zwrotów akcji, dziwacznych nieporozumień, i czasem nawet mało przekonujących, ale ciekawych w swej oryginalności rozwiązań. Jak sam Sienkiewicz twierdził, pisał tę powieść „dla panienek”, czego nie powinniśmy poczytywać sobie za złe, bo określenie to 120 lat temu niekoniecznie oznaczało lekceważący stosunek do przedstawicielek płci pięknej. Oznaczało to tyle, że jest to utwór, który spodoba się każdemu ze względu na treść, czasem wzruszającą, a czasem wywołującą oburzenie, oraz dzięki prostemu przekazowi połączonemu z wartką akcją.

Dlaczego zatem w świetle wszystkich powyższych superlatywów Rodzina Połanieckich nie jest pierwszą książką polecaną na luźny jesienny wieczór? Ano dlatego, że nieodwołalnie jej autorem jest Sienkiewicz, którego wszyscy się boją, jako tego, który pisał „ku pokrzepieniu serc”. Słyszę „Sienkiewicz!” i widzę poważnego starszego pana ze zdjęcia powyżej, który chce mnie katować kolejnym opisem obrony Jasnej Góry (nawiasem mówiąc, Trylogia jest rewelacyjna!), a nie równego faceta, który znał życie i umiał o nim pisać nie gorzej (a nawet lepiej) od niektórych współczesnych autorów prozy popularnej. Różni się od nich tylko kilkoma drobiazgami takimi jak na przykład (bagatela!) umiejętność pisania.

Macie jeszcze wątpliwości? A co, jeśli Wam powiem, że poważnym i nudnym krytykom 120 lat temu ta książka się nie spodobała, a normalnym ludziom zaparła dech w piersiach? Tak myślałam. Miłego czytania!  

Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.