Klasyka do herbaty

W mroku zepsucia

Źródło grafiki: Paulina Piziorska
W tej chwili w jakiś nieokreślony sposób poczuła, że przeznaczenie jest siłą, której nie można się oprzeć. Już nie miała woli, pozwoliła się prowadzić…[1]
Zamknijcie na chwilę oczy. Wyobraźcie sobie katedrę Notre Dame w Paryżu. Widzicie majestatyczną fasadę i osadzone na niej dwie wieże? Dostrzegacie „spojrzenie oczu” Notre Dame? Jakie to budzi w was uczucia? Lęk? Niepewność?

A teraz wejdźcie do środka, wciągnijcie powietrze głęboko przez nos. Czujecie zapach kurzu, kadzideł i charakterystyczną tylko dla kościołów „woń świętości”? Idźcie przed siebie i wkroczcie do ciemnego zakątka jednej z wież. Na ścianie dostrzeżecie słowo wyryte w kamieniu: ANANKE.

Wyraz ten, pochodzący z języka starogreckiego, oznacza nieuchronność. Bogini Ananke była uosobieniem konieczności podporządkowania się przeznaczeniu, wcieleniem siły, która ciągnie istotę ludzką niezależnie od jej woli ku wcześniej ustalonej przyszłości. To pojedyncze słowo wyryte na murze wewnątrz katedry Notre Dame zainspirowało Wiktora Hugo do spisania historii kalekiego dzwonnika skrzywdzonego przez los. Dziecka porzuconego przez matkę i wychowanego przez księdza. Chłopca, który w całej swej bezradności wobec świata obdarzył najczystszą możliwą miłością istotę przeklętą z powodu samego tylko pochodzenia – cygankę bez rodziny i nazwiska.

W mrokach gotyckiej katedry w Paryżu ukrywa się zatem potwór. Zniekształcony, człekopodobny stwór, który nie doświadczył nigdy czułości i ciepła od drugiego człowieka. Stwora tego, jeszcze jako chłopca, adoptował ksiądz Klaudiusz Frollo – mężczyzna oddany bardziej nauce niż Bogu, miłośnik alchemii, asceta, który ukrywszy namiętności pod osłoną ksiąg i pergaminów, karmi swoje demony strawą złożoną z pracy i dyscypliny. Owe demony wychodzą z ukrycia, gdy archidiakon po raz pierwszy spotyka cygankę, Esmeraldę. Instynkty powstrzymywane przez wiele lat popychają go do czynów haniebnych, niegodnych ani osoby duchownej, ani żadnego innego człowieka. Zagubiony w namiętności, którą odczuwa tak silnie po raz pierwszy w życiu, niemal odrzuca Boga w imię zaspokojenia swych żądz. Jego postać Wiktor Hugo wykreował jednak w taki sposób, że jesteśmy w stanie odczuwać wobec niej współczucie. Autor daje nam do zrozumienia, że niezależnie od naszych starań pewnego dnia zostaniemy porwani przez nieuchronność, która kieruje naszym życiem i która w taki czy inny sposób zawsze kiedyś ujawni światu naszą prawdziwą naturę.

Z największego mroku moralnego zepsucia wyłania się ku nam jeszcze jeden człowiek. To postać zepsuta do szpiku kości. Istota, której czynów nie umiemy usprawiedliwić na żadnej z kilkuset kart powieści Hugo. Jest nią kapitan Febus de Châteaupers. Mężczyzna, znudzony monotonną egzystencją, swoją narzeczoną i wizją spędzenia z nią reszty życia, odzyskuje zapał natychmiast po poznaniu ślicznej cyganki. Esmeralda staje się zatem osią całej powieści, wokół której budowane są pozostałe wątki,  swego rodzaju przyczyną i skutkiem wszystkiego, co ma miejsce w książce Hugo. Nie pierwszy raz spotykamy w literaturze obraz niewiasty, na której ciąży odpowiedzialność za upadek moralny mężczyzny, ale chyba po raz pierwszy tak wyraźnie zarysowany został wizerunek kobiety niczemu niewinnej, bo też zupełnie niezdającej sobie sprawy ze swej zmysłowości. Esmeralda od samego początku jest ofiarą tłumu, pojedynczego mężczyzny i własnej naiwności. Los, który zawsze najbardziej krzywdzi najsłabszych, tutaj okazuje się czymś na miarę greckiego Fatum, prześladującego nie tylko cygankę, lecz także Klaudiusza Frollo i niepozorną, choć bardzo ważną postać, jaką jest w dziele Hugo pustelnica Gudula.

Choć zarzuca się Wiktorowi Hugo niedokładność i powierzchowność w budowie portretów psychologicznych, ja dostrzegam w jego bohaterach głębię targających nimi namiętności, emocji oraz – dominujących jednak u wszystkich – niskich żądz i instynktów. Wrażenie trywialności psychologicznej może wynikać z tego, że wielość postaci wyklucza potraktowanie każdej z nich tak indywidualnie, jak byśmy chcieli. Jednak dla wrażliwego i uważnego czytelnika portrety te pozostają aż nadto wyraziste, pozostawiają dużą przestrzeń dla wyobraźni. Naturalizm, którym posługuje się Hugo, sprawia, że traktujemy jego bohaterów jako postaci realne. Autor przez chwilę prowadzi czytelników za rękę po mrocznych zakamarkach duszy ludzkiej, a potem nagle rozluźnia uścisk. Zostawia nas osamotnionych, przerażonych wśród ludzkiej obojętności, chłodu uczuć oraz okrucieństwa, które czai się gdzieś na dnie serca właściwie każdej postaci przedstawionej w jego książce. Odbiorca zbyt emocjonalny odczuwa przerażenie, obrzydzenie, współczucie i rozbawienie, następujące po sobie tak szybko i łączące się w tak dowolne pary, że w pewnym momencie zanurza się bez opamiętania w mroczny, niebezpieczny świat katedr, szubienic oraz pokutników, zapominając całkowicie o współczesnym, cyfrowym, czasem strywializowanym świecie.

Katedra Marii Panny w Paryżu to dzieło ponadczasowe. Stanowi studium ludzkich namiętności, wad i wstydliwych emocji, ale także niewinności, miłości oraz zdolności do poświęceń. Hugo głównym motywem swojej powieści uczynił więzi międzyludzkie. Razem z nim obserwujemy, jak dużo i jak mało jednocześnie może znaczyć człowiek dla człowieka. Gdy czytamy o emocjach targających archidiakonem, stajemy się wespół z nim uczonym ascetą, próbującym zwalczyć własne namiętności. Razem z Esmeraldą tańczymy na placu Grève, razem z Quasimodo przeżywamy rozpacz samotności i odrzucenia. Stajemy się też częścią tłumu, lubieżnego motłochu, którego głównym pragnieniem jest prymitywna rozrywka, a cechą charakterystyczną – dążenie do zamieszania i siania destrukcji.

Wiktor Hugo raczy nas również wspaniałym, bardzo obrazowym i dokładnym opisem średniowiecznego Paryża. Dzieli się z nami przemyśleniami na temat zmieniającej się wciąż cywilizacji oraz wpływu tych przemian na ludzkość, naukę, sztukę, a przede wszystkim – na architekturę. Studium duszy ludzkiej łączy z traktatem na temat katedry Notre Dame oraz Paryża, którego już nie ma i nigdy nie będzie. Dzieło Hugo możemy czytać jako pieśń pochwalną na cześć gotyku i jego mistrzów, hołd złożony tym artystom, którzy od podstaw stworzyli to, co dziś nazywamy sztuką średniowiecza.

Katedra Marii Panny w Paryżu jest dziełem mrocznym, przerażającym i rozdzierającym jednocześnie. Bezwzględność autora w doprowadzeniu akcji powieści i losów jej bohaterów ku nieuchronnemu przeznaczeniu łamie serce czytelnikowi i zostawia go z uczuciem rozpaczy. Wzruszające zakończenie natomiast pełni funkcję katalizatora wielu bardzo defetystycznych refleksji. Wiktor Hugo napisał jedną z tych powieści, które zmieniają nasze pojmowanie rzeczywistości i pozbawiają nas złudzeń co do moralności ludzkiej, ale przy tym ubogacają duchowo i wywołują coś na kształt starożytnego katharsis, które współcześnie przyjęło dość prostackie, ale jakże dosadne miano „kaca książkowego”.

[1] Wiktor Hugo, Katedra Marii Panny w Paryżu, tłum. Hanna Szumańska-Gross, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2005, s. 472.

Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.