Fantastyczny problem

Anime - porażki ambitnych filmowców

Źródło grafiki: pixabay
Pomysł na ten tekst przyszedł mi do głowy w momencie, gdy usłyszałem o zbliżającej się premierze aktorskiego remake’u słynnego anime Mamoru Oshii Ghost in the Shell. Nie widziałem tego dzieła; zapewne obejrzę go choćby z ciekawości, gdy tylko pojawi się w kinach – lecz już teraz mam przeczucie, że będzie z tego spektakularna porażka. Przeniesienie anime na film aktorski to trudne zadanie, gdyż animacje – zwłaszcza japońskie – rządzą się nieco innymi prawami i to, co sprawdza się w nich, może zupełnie nie zdać egzaminu w obrazie aktorskim.
Oczywiście mogę się mylić, ale mniejsza o to. Ów wstęp o kinowej wersji starego przeboju stanowi tylko pretekst do drobnej refleksji nad ambicjami – często niespełnionymi – japońskich twórców animacji. Pierwsza część Ghost in the Shell uchodzi (chyba słusznie) za jedno z najbardziej ambitnych i filozoficznych przykładów gatunku. Drugiej części nie oceniano już tak jednoznacznie pozytywnie. Ghost in the Shell 2 okazał się dla wielu osób niezrozumiały, bełkotliwy, przeintelektualizowany i po prostu źle skonstruowany. I jakkolwiek cenię ten film za kilka elementów, muszę przyznać, że z większością z tych zarzutów muszę się zgodzić.

Znam wiele anime, których autorzy, starając się opowiedzieć coś niezwykle głębokiego, intrygującego i refleksyjnego, sięgali po zabiegi tak przesadne i pretensjonalne, że ciężko nie przewracać oczami ze znużenia. Jeżeli twórcy (i mówię tutaj chociażby o drugiej części GITS czy też skądinąd bardzo fajnym serialu Ergo Proxy) próbują nawiązać do konkretnych problemów filozoficznych poprzez wpychanie fragmentów dzieł stosownych myślicieli (dodajmy – europejskich) w dialogi bohaterów, to znaczy, że czegoś tutaj zabrakło. Rzucanie cytatami świadczy oczywiście o erudycji, ale jednocześnie ukazuje brak umiejętności artystycznego przetwarzania pewnych treści, bądź też w skrajnym przypadku może sugerować, że autor nie do końca rozumiał filozofię, do której się odnosi. A oprócz tego to zabieg dość naiwny i pretensjonalny, tak jakby ważny i skomplikowany komunikat dało się przekazywać jedynie równie skomplikowanymi słowami (właśnie, koniecznie słowami, a nie obrazami).

W tym kontekście warto przywołać inne dzieło Mamoru Oshii, czyli Tenshi no tamago (Jajo anioła), o którym jakiś czas temu pisałem w innym tekście dotyczącym anime. Film ma to do siebie, że pada w nim niewiele słów, a być może lepiej stałoby się, gdyby nie padło ani jedno. Ogromną część treści – naprawdę intrygującej, wieloznacznej i głębokiej – przekazano za pomocą obrazów, symboli, scen, kadrów i tym podobnych zabiegów wizualnych. Dialogi natomiast – wiele tłumaczyły, to fakt – lecz jednocześnie były sztuczne, drętwe i nazbyt jawnie intelektualne. W tym jednak wypadku niewielki ich ilość sprawiła, że stanowiły niewielki i nieistotny problem.

Ghost in the Shell ma bardziej konkretną fabułę (Jajo anioła to pod względem formy poetycki surrealizm, zaś w kwestii treści – jedna wielka metafora), tak więc duża ilość dialogów jest uzasadniona. Cytaty nie przeszkadzają, gdyż nie ma ich tak dużo, zaś historia opowiada o czymś konkretnym, i twórcy robią to dobrze. Podobnie dzieje się w przypadku Ergo Proxy, choć tam znacznie bardziej ciekawią wątk i psychologiczny i społeczny niż ten czysto metafizyczny.

Druga część Ghost in the Shell niestety odleciała, podobnie jak odleciały Neon Genesis Evangelion, Brama piekieł, Terra E, Rahxephon i parę innych bardzo fajnych pozycji, w których faktycznie starano się opowiedzieć ambitną, filozoficzną historię, choć nie za bardzo wiedziano, jak to ugryźć, przez co ostatecznie filmy popadły w niezrozumiały mistycyzm, nieuzasadnione przeintelektualizowanie czy też odjechaną psychodelę. I to problem, który naprawdę da się zauważyć w momencie, gdy obejrzało się już trochę seriali anime.

Z czego ten problem wynika? Może z samej istoty medium. Seriale anime są często krótkie i rynek wymaga od nich sporej dawki akcji, walki, wielkich robotów oraz lekkiego erotyzmu, co zabiera i tak szczupły czas antenowy (na szczęście istnieją twórcy, który nie dają się wymogom japońskiego przemysłu filmowego). Druga rzecz: serial, animacja oraz film w ogóle to nie książka, dlatego trudno przekazać tu tak rozbudowaną koncepcję filozoficzną czy przekaz intelektualny, jak np. w traktacie bądź powieści. Da się to rzecz jasna osiągnąć, na co przykładów nie brakuje, wymaga to jednak ogromnych umiejętności, wyczucia i niezależności myślowej, a często również finansowej (oraz dobrych współpracowników), co oczywiście jest rzadkością. Może trudność polega także na tym, że wielu scenarzystów desperacko pragnie wcisnąć do fabuły wątki filozoficzne, czyli epistemologiczne bądź ontologiczne, siłą rzeczy ulegające spłyceniu, natomiast nie do końca docenia swoich umiejętności w tworzeniu intrygujących konstrukcji i relacji psychologicznych (w mojej opinii anime świetnie sobie radzi z tworzeniem wyrazistych i niejednoznacznych postaci).

I dlatego w moim odczuciu znacznie lepiej wypadają takie seriale, które albo opierają się na dobrze przemyślanym scenariuszu i związkach pomiędzy ciekawymi bohaterami (fajny, mimo że oparty na przerobionym schemacie serial Steins;Gate) lub na spójnym i umiejętnie wykorzystanym pomyśle oraz – również –intersujących relacjach międzyludzkich (Katanagari, bardzo polecam, choć trzeba się przyzwyczaić do specyficznego stylu graficznego – co akurat dotyczy anime niemal w całości). Oprócz tego nie zawadzi duża dawka humoru, ekstrawagancji, pastiszu czy groteski, połączonych ze świetnie wykreowanymi postaciami (w prawdziwie epickiej ilości), niezwykłą wyobraźnią oraz niejednokrotnie świetnie i bezpretensjonalnie ukazanymi problemami społecznymi oraz moralnymi (One Piece – rekordowy tasiemiec z paroma słabościami, ale w ogólnym rozrachunku fantastyczny i niejednoznaczny serial).

Ta ostatnia pozycja to zresztą świetny przykład na to, jak opowiadać o istotnych sprawach w sposób naturalny, trochę śmieszny, trochę straszny, chwilami dramatyczny, ale jednocześnie komiczny i absurdalny. Słowem – można opowiadać o nierównościach społecznych, patologiach świata, totalitaryzmie oraz złu i dobru, nie idąc w totalny banał ani pseudointelektualną gadkę. 


Witold Dąbrowski

Absolwent kulturoznawstwa, student grafiki na warszawskiej ASP, pisarz amator. Pasjonat sztuk wizualnych i literatury (którymi stara się zajmować zarówno teoretycznie, jak i praktycznie), uwielbia fantastykę, muzykę elektroniczną, mistykę i surrealizm.