Klasyka do herbaty

Chory de Sade

Źródło grafiki: Paulina Piziorska
Jako że człowiek jest tylko „odrobiną rozkwitłej spermy”, zwierzęciem mającym służyć kaprysom libertyna, tedy jego życie nie jest warte więcej niż życie psa, kota czy muchy*
Wyobraźcie sobie najgorsze świństwo, jakie można wyrządzić drugiej istocie. Zamknijcie oczy i dokładnie przeanalizujcie krok po kroku, jak by to dokładnie wyglądało. Pomyślcie, jakich narzędzi potrzebujecie, by to zrobić i co byście czynili, by Wasza ofiara cierpiała niewysłowione męki z powodu podłych rzeczy, które jej wyrządzacie. Czy na waszych ustach już widnieje grymas obrzydzenia i pogardy do samego siebie z powodu samego myślenia o tym? Jeśli nie, to wiedzcie, że jesteście niczym ludzie, o których mówił Bataille, a głosił on mianowicie, że istoty ludzkie, które po przeczytaniu 120 dni Sodomy pozostają tymi samymi osobami, są już ze swojej natury zdeprawowane i niebezpieczne… Jeśli natomiast myślicie, że rzeczy, które sobie przed chwilą wyobraziliście, to ekstremum waszych i ogólnie ludzkich możliwości, to mylicie się, niestety…

Daleko poza granicami Francji, w odciętym od reszty świata zamku Silling ukryło się czterech zdemoralizowanych i od lat wyjętych spod prawa libertynów. Każdy z nich posiada gusta nieco odmienne od reszty społeczeństwa. Skrywają się we wspomnianej posiadłości, by bez skrępowania móc pielęgnować perwersyjne i zbrodnicze skłonności. W tym celu, po dokonaniu skrupulatnej selekcji, panowie porywają grupę nastoletnich dziewcząt i chłopców, by przez kolejne cztery miesiące dzieci zaspokajały ich żądze. To, co przez pierwszych kilka stron wydaje się zapowiadać „jedynie” molestowanie, przeistacza się w twór do gruntu zły, występny i niewybaczalny. Czyny, których dopuszczają się libertyni de Sade’a, oscylują pomiędzy okrucieństwem, plugastwem i niemoralnością stosowaną wymiennie ze świętokradztwem. Sceny przez niego przytaczane wymykają się wyobraźni nawet najbardziej doświadczonych i obytych ze współczesnym światem umysłów. Nic zatem dziwnego, że Markiz Donatien Alphonse François de Sade był człowiekiem wyklętym przez społeczeństwo jeszcze za swoich czasów. Wielokrotne pobyty w więzieniu, gdzie był zsyłany za libertynizm właśnie, i wywoływane tym skandale oraz zgorszenie publiczne nie wywarły na nim na tyle dużego wrażenia, by zaprzestał swojego haniebnego stylu życia.

120 dni Sodomy to książka inspirowana własnymi doświadczeniami de Sade’a w zakresie przyjemności ciała i ducha. Mówi się, że głównym jej źródłem są czyny, których dopuścił się na pewnej żebraczce wywiezionej do rodzinnej willi Arcueil. Prawda jest jednak taka, że cała egzystencja i co więcej – filozofia życiowa de Sade’a nacechowane były rozpustą, a wspomnianą książkę uważał za dzieło swojego życia. Przekonanie to spotężniało w nim zapewne tym bardziej, gdy utracił rękopis, kiedy opuszczał więzienie. Przekonany o tym, że tekst zaginął bezpowrotnie, przez resztę życia próbował odtworzyć zawartą w nim ideę w kolejnych powieściach, gdyż uznał odtworzenie utraconego dzieła za niemożliwe. Rękopis jednak przetrwał. Przez lata przechowywany w Bastylii, dostał się w końcu w ręce jednego z paryżan, a następnie znalazł się w Niemczech, gdzie przechodził z rąk do rąk przez kilka pokoleń, by w 1904 roku w końcu ujrzeć światło dzienne i od razu trafić na listę książek zakazanych, o których nie wypada mówić głośno. Jak jednak wiemy, to, co wypada, a to, czego ludzie są ciekawi i żądni, to dwie różne rzeczy. W związku z tym 120 dni Sodomy de Sade’a doczekało się w ciągu następnych lat wielu wydań i wzbudzało kontrowersje wszędzie, gdzie się pojawiło.

Problem z de Sade’em zawsze polegał na tym, żeby zdecydować, w którym miejscu kończy się oryginalność i „filozofowanie”, a zaczyna odczłowieczenie i sprytne posłużenie się sztuką w celu wyrażenia instynktów, które w innej formie nie mogłyby spotkać się z szerszym gronem odbiorców. Z problemem tym spotykamy się obecnie już na co dzień, a dylemat, przed którym staje obecnie społeczeństwo, muszące wybierać, czy chce uczestniczyć w powstawaniu i popularyzowaniu sztuki wysokiej czy niskiej stał się już naszym chlebem powszednim.

Lektura 120 dni Sodomy wydawała mi się bardzo nęcąca aż do momentu, w którym do niej usiadłam. Już od pierwszej strony czułam, że nie będzie to „nowa” i „bardziej postępowa” wersja starożytnej kamasutry, której się spodziewałam. Książka okazała się nie tylko ostrą pornografią, lecz także okrutnym studium najgorszych ludzkich żądz, instynktów, zboczeń, perwersji i zepsucia; prawdziwy zbiór opowieści o najbardziej plugawych czynach w dziejach ludzkości mieszczący się na kilkuset stronach i w stu dwudziestu dniach.

Osią powieści są wspomnienia snute przez cztery narratorki, starsze kobiety, stręczycielki i prostytutki sprowadzone przez libertynów do zamku, by swoimi słowami podniecać starych zwyrodnialców. Każda historia jest przerywana lub kończona obrazami orgii i okrucieństw rozgrywających się niejako na oczach zszokowanych czytelników. Dni płyną spokojnie, a de Sade – mimo otwartego nazywania rzeczy, które opisuje, obrzydliwymi – raczej posługuje się ironią, niż mówi całkiem poważnie. Widać, że opisywane bezeceństwa jego samego pobudzają. Mamy tu do czynienia między innymi z kazirodztwem, pedofilią, nekrofilią, zoofilią, świętokradztwem oraz ogólnie pojętymi sodomią i sadyzmem. Nie ma chyba ani jednego akapitu w 120 dniach Sodomy, który nie wywołałby na mojej twarzy grymasu obrzydzenia. Samo czytanie zająć może kilka tygodni, ponieważ każdą najmniejszą część tej książki się odchorowuje; trzeba też czasem wyjść do ludzi, by choć przez chwilę poprzebywać w „zdrowym” środowisku. Wulgarność de Sade’a sprawia, że czujemy, jak z naszych ciał znika delikatność; pisarz narusza wszelkie istniejące granice, każdemu aspektowi ludzkiej seksualności odbiera subtelność i ostatnią cząsteczkę niewinności. Czytelnik jest po lekturze tej książki zdewastowany moralnie, uświadomiony w sposób, bez którego mógłby się spokojnie obyć, wątpi w obecność na świecie jakiegokolwiek dobra i normalności, a przede wszystkim czuje się rozbity emocjonalnie i niepewny.

120 dni Sodomy, mimo że w oczywisty sposób próbuje zniszczyć wszelkie wartości, posiada pewne zalety, których nie mogłabym pominąć w rzetelnym opracowaniu tematu. Jedną z nich jest narracja. Mam tu na myśli zastosowany przez de Sade’a zabieg fabularny dość już popularny w osiemnastym wieku i powszechnie znany, mianowicie stylizowanie i upodabnianie pewnych niuansów powieści do Baśni tysiąca i jednej nocy. Podobieństwo zasadza się na osobach narratorek, które możliwość dalszego życia zyskują dzięki snuciu opowieści – zupełnie jak Szeherezada. Intertekstualność ta sprawia, że podchodzimy do książki nieco poważniej, bo traktujemy ją jako świadectwo wysokiej świadomości literackiej de Sade’a. Kolejną niepodważalną zaletą jest odczłowieczenie postaci i nie mam tu na myśli libertynów, co jest oczywiste, ale dzieci i dorosłych przez nich porwanych. Zabieg ten sprawia, że mimo oczywistego wzburzenia i mdłości, wywołanych w nas przez szczegółowo opisywane zbereźności, nie jesteśmy w stanie zbyt mocno współczuć bohaterom drugoplanowym. To, co pozbawia narrację 120 dni Sodomy subtelności i zdolności do wywoływania ludzkich odruchów, sprawia, że czytelnik potrafi zmusić się do kontynuowania lektury każdego kolejnego okropieństwa i nie zalewa się łzami współczucia dla mąk znoszonych przez niewinne istoty ludzkie. Trudno Wam uwierzyć w to, że czytelnik jest w stanie tak bardzo samego siebie wyzuć z uczuć w trakcie czytania? Niech poparciem dla moich słów będzie jedna z niewątpliwie najobrzydliwszych pod względem moralnym myśli de Sade’a:

„Och, jakąż zagadką jest człowiek! […] I dlatego właśnie pewien myślący jegomość powiedział, że lepiej go jebać niż usiłować zrozumieć”.

Teraz rozumiecie?

Za każdym razem, gdy pomyślę, co obecnie nazywa się literaturą erotyczną, odczuwam potrzebę parsknięcia bardzo wulgarnym śmiechem. Zastanawiam się, czy wszyscy ludzie tak bardzo zachwyceni wyuzdaniem Greya zdają sobie sprawę, że ekscesy opisane przez E.L. James nie mają dużo wspólnego z praktykami BDSM – to, co mogłoby najbardziej przerazić czytelnika, pozostało ukryte. A to właśnie można znaleźć u de Sade’a, do którego polecam zajrzeć wszystkim ludziom przekonanym, że pan Grey jest sprośny. Przekonajcie się, czym są prawdziwie sadystyczne zachowania i ekscesy libertynizmu w czystej postaci, którą przedstawia się bez skrępowania w 120 dniach Sodomy, i zdecydujcie, czy w dalszym ciągu Wam się to podoba.


120 dni Sodomy, D.A.F. de Sade 

Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.