Żywe słowa

W piekle relatywizmu. Wystawa Michała Piotrkowicza

Źródło grafiki: od organizatorów
Sztukę współczesną wielu kojarzy z prowokującymi instalacjami, performansami i obrazami abstrakcyjnymi, niezrozumiałymi bez komentarza autora. Najpopularniejsze media zwykle zwracają uwagę na prace, które mogą wywołać skandal. Nieco w ich cieniu pozostaje stare dobre malarstwo figuralne, w tym obrazy inspirowane kulturą – literaturą, mitologią, chrześcijaństwem – które przez wieki interesowały publiczność, mniej lub bardziej wykształconą. Do ich stworzenia potrzeba erudycji i wrażliwości artysty – zarazem twórcy i odbiorcy kultury. Odczytuje on na nowo stare wzory, dostrzega ich obecność wokół siebie, dokonuje ich aktualizacji. Pyta, czy i jak nasze dziedzictwo żyje w nas, zwłaszcza – czy żyją w nas wartości związane z tym dziedzictwem. Czerpie zarówno z przeszłości, jak i współczesności. Tak maluje Michał Piotrkowicz, którego dzieła można oglądać na wystawie Piekło-Niebo.

Jak mówi autor, „Piekło-Niebo” to subiektywny wybór prac z różnych okresów mojej dotychczasowej twórczości. Z lepszych i gorszych momentów życia, następujących po sobie jak w dziecięcej wyliczance: „Piekło. Niebo. Czyściec. Raj. Swoją duszę tu mi daj”[1]. Ten subiektywny wybór jednostki został uporządkowany według zasady obiektywnej, uniwersalnej. Pomieszczenia klubokawiarni Towarzyskiej (ul. Zwycięzców 49), ozdobione pracami młodego artysty, stają się bowiem mikrokosmosem. Niższa kondygnacja to piekło, środkowa to czyściec, wyższa – niebo. Rzeczywistość artysty – jednostki została wpisana w rzeczywistość metafizyczną, a zarazem w codzienność osób odwiedzających klubokawiarnię. Każdy gość niczym Dante może odbyć podróż do zaświatów, wartą nieco intelektualnego wysiłku.

/i>

Piekło, czyściec i niebo na obrazach Piotrkowicza to – bardziej niż doświadczenie Boga lub Jego oddalenia – stany ludzkiej duszy wynikające z posiadania lub braku świadomości moralnej. By przynależeć do rzeczywistości niebiańskiej, wystarczy do niej dążyć. Bohaterowie obrazów nie znajdują się w symbolizującym nią złoto-srebrnym kole (a może Dantejskim kręgu?), ale pomiędzy nim a czernią i szarością kręgu piekła czy czyśćca. Na jednym z dzieł człowiek wspina się po drabinie – zapewne Jakubowej – tak jak anioły z widzenia patriarchy. Choć umieszczony bliżej ciemnej kuli i sam ciemny, wyciąga rękę w górę. Również na sąsiednim obrazie ciemna sylwetka dziewczyny, zaplątana w sznury między dwoma sferami, ciągnięta ku obu przez ptaki, zwraca się całym ciałem ku niebu. Jego znak od swego przeciwieństwa różni się jedynie ciepłym, metalicznym kolorem oraz fakturą. Świeci natomiast tym blaskiem podobnym do piekła lub ma tak samo ostre krawędzie. Trudno nawet powiedzieć, czy bohaterka w sznurach znajduje się pomiędzy niebem i piekłem, czy w materialnym, „ziemskim”, „astronomicznym” niebie, między Słońcem i Księżycem[2].

Ta subtelna niejednoznaczność przypomina teksty Zbigniewa Herberta, nieufnego wobec tajemniczej i niepojętej rajskiej doskonałości. Poeta najlepiej czuje się na mniej abstrakcyjnej ziemi. To ona staje się rajem, trudnym, pełnym niegodziwości, ale bliskim, własnym, dobrze znanym. Poeta czuje sympatię nie do aniołów bladych, złocisto-srebrnych, ale do bardzo ludzkiego „siódmego anioła”, tytułowego bohatera jednego z wierszy, który jest czarny i nerwowy / i był wielokrotnie karany / za przemyt grzeszników[3] oraz nieustannie przebywa między otchłanią / a niebem[4]. Również Piotrkowicz nadaje mieszkańcom niebios barwę czarną lub czerwoną – kolor krwi, życia i męczeństwa (por. Siedmiu aniołów i Przesłuchanie anioła Herberta).

/a>

To „ziemskie niebo” wkracza w rzeczywistość czyśćca, kiedy zagubiony człowiek odnajduje dobro. W ciemności można spotkać na swej drodze anioła (w tym po prostu osobę uczciwą), który roztacza wokół siebie złocisty blask i dzieli się nim. Jak przystało na pośrednika między niebem i ziemią, pojawia się na tle Słońca, świecącego w mroku. Sam ciemny, częściowo zasłania je jakby podczas zaćmienia. Przypomina Księżyc, ciało pośrednie między gwiazdą dzienną a gwiazdami nocnymi. Jego rozpostarte ramiona przywodzą na myśl również innego Pośrednika: Chrystusa. Właśnie anioły dają oparcie jednostce, zatracającej godność w totalitaryzmie konsumpcjonistycznych mediów, stworzonej z gazet (na jednym z obrazów – dosłownie) i osaczonej nimi. Pomagają jej kruszyć ich mur i dostrzec piękno samodzielnego myślenia, wolnego, pięknego, ciekawego, lekkiego (a może też rzadkiego?) jak rajski ptak. Nosimy w sobie niebo. Wystarczy je w sobie odkryć: słuchać głosu sumienia, uwierzyć w trwałość pewnych praw i strzec ich, żyć godnie na ziemi, podjąć się trudu realizowania swego człowieczeństwa wbrew fałszywym prorokom, którzy za świętość przyjęli brak świętości. Wbrew wielu oficjalnym opiniom nie respektuje się norm – mówi artysta – ucieka od odpowiedzialności i relatywizuje wartości. Premiuje się oportunizm i konformizm. Standardy moralne inne niż te, które po cichu dyktuje nam współczesność, wydają się być anachroniczne i bezsensowne[5].

Gdy człowiek pozwala się porwać fali współczesnych ludożerców – relatywizmu i kultu wygody, wkracza do piekła. Daje im na pożarcie symbole swej godności: serce i mózg, a więc sferę uczuć, wrażliwości, empatii i sferę rozumu. Czci szatana, fałszywego boga: mamonę. Piotrkowicz maluje monety o jednostce złoty, którą zmienia w słowo zły, synonim diabła. Do nich modli się mieszkaniec piekła. One wypadają z dłoni Judasza, o którym Ewangelia mówi wprost, że był opętany (J 13, 27). Ich złocistość okazuje się zdradliwa, udaje tylko niebiańskie światło. Prowadzą do cofnięcia ewolucji, powrotu do punktu wyjścia: w Ostatnim stadium człowiek przypomina embrion lub wodnego stwora sprzed ery dinozaurów. Jest osaczony. Żyje w ciemności. Towarzyszą mu okaleczone anioły bez nóg lub skrzydeł, pod zaćmionym całkowicie słońcem, pozbawione złotego światła, ofiary nihilistycznego totalitaryzmu. W Protezie sumienia i Pasożytach sumienia człowieka prześladują symboliczne owady z latarkami niczym z przesłuchania NKWD i człekokształtne stwory (dawni ludzie!) o strasznych czerwonych oczach. Następuje degradacja jego organizmu. Staje się on szkieletem, blaszkami, kamieniem. Dusza opuściła umarłe moralnie ciało. Sumienie oddzieliło się od martwej tkanki. Jednak, mimo uporczywych prób zabicia go w sobie, zastąpienia go zewnętrzną protezą, ono trwa. Trzepoce jak uwięziony ptak, kiełkuje niczym życiodajna roślina. Sprawia, że pęka skorupa znieczulenia, człowiek płacze krwawymi łzami, ma jeszcze cierpiące, lecz jasne oczy.

/a>

Prace Piotrkowicza w formie pełnej klasycznej prostoty przekazują bogatą treść i jasne przesłanie moralne. Dają wytchnienie w świecie intelektualistów tak chętnie odwracających na opak wartości uświęcone przez wieki i męczeństwo i – przynajmniej według niektórych – niezmienne. Artysta jednak nie pragnie za wszelką cenę nawrócić swych odbiorców na określone poglądy. Zachęca do pójścia za głosem sumienia, do zastanowienia się nad własną hierarchią wartości i szacunku dla cudzej, do poszukiwania. To poszukiwanie może połączyć ludzi różnych kultur i epok oraz osoby o odmiennych podglądach. Nadaje egzystencji sens, staje się niełatwym, ale –  rajem na ziemi. Największą klęskę bowiem człowiek odnosi, gdy nie szuka celu lub (jak śpiewał Kaczmarski) kiedy celem jest brak celu.




[1] http://www.mmwarszawa.pl/459966/2013/9/21/wystawa-malarstwa-michala-piotrkowicza-w-towarzyskiej?category=kultura (2 X 2013).
[2] Może nawet jest w piekle? Taki tytuł nosi tekst Herberta, który zapewne zainspirował autora.
[3] Z. Herbert, Siódmy anioł, w: tenże, Wiersze zebrane, Kraków 2008.
[4] Tamże.
[5] http://www.scek.pl/galerie/galeria-stara-prochownia/poprzednie-wystawy/wystawa-malarstwa-michala-piotrkowicza-anioly (2 X 2013).

Agata Zuzanna Starownik

Studiuje polonistykę i historię sztuki w ramach MISHu w Warszawie. Stara się wierzyć w Prawdę, Dobro, Piękno. Kocha fiołki, koty i zachody słońca.