Kundera raz!

Miłosna groteska Kundery

Źródło grafiki: Paulina Piziorska
Każda kolejna miłość jest śmiesznością w oczach wieczności, chichotem złośliwego losu. Jest, nie ma. Znika, wraca. Rodzi się na nowo i dogorywa chwilę potem. Miłość do siebie, do rodziców, przyjaciół, kochanków. Wszystko to groteska, zabawka. A my jak marionetki tego theatrum mundi liczymy wciąż na jakieś nowe rozwiązania, nie wiedząc, że wszystko już jest z góry dla nas wymyślone. Wszystko jest tylko marnym spektaklem stworzonym ku uciesze czegoś większego od nas.
Śmieszne miłości to książka wydana po raz pierwszy w Polsce w roku 1970. To książka, na którą składa się siedem opowiadań podobnej objętości, dorównujących sobie także pod względem poziomu – niezmiennie bardzo wysokiego. I na koniec: to kolejny doskonały twór Kundery, którego lektura raz wiąże się z dyskomfortem w zetknięciu z okrutną groteską codziennego życia, a raz przypomina oglądanie komedii romantycznej z dwuznacznym, ale jednak happy endem… Czyżby theatrum mundi miało być ulubionym motywem Kundery? O tym przekonam się zapewne dopiero, kiedy pochłonę jego twórczość już w całości, ale ten zbiór, będący moim drugim w życiu spotkaniem z autorem, napełnił mnie przekonaniem, że człowiek to tylko marionetka w rękach sadysty. Ciekawe, czy Milan Kundera myśli tak samo. A może tylko po raz kolejny żartuje sobie z czytelnika?

Książkę otwiera opowiadanie o nauczycielu akademickim. Z zamiłowania do zasad, idei i etyki pracy traci on wszystko, łącznie z miłością kobiety. Egzekutorem jego fatum staje się kolega po fachu, który stara się wymusić pozytywną recenzję swojego płaskiego i odtwórczego artykułu. Tak skromny początek doprowadza do mocnego i zadziwiającego finału. Całość jest więc również naturalistycznym ujęciem konsekwencji miłości własnej.

Opowiadanie drugie to malutki pamflecik o dwóch młodych mężczyznach, z których każdy wykazuje nieco odmienne umiejętności w zakresie oczarowywania kobiet, jednakże trzymają się razem i wspólnie „napadają” płeć piękną, im więcej, tym lepiej. I bynajmniej nie zależy im na stosunkach płciowych. Liczy się sama świadomość, że do czegoś mogło dojść. Ewidentna kpina z męskiego instynktu łowieckiego, tym zabawniejsza, że pochodząca z ust innego mężczyzny!

Następne opowiadanie to historia pary, która, prawdopodobnie nieco już znużona codziennością, postanawia zabawić się w tytułowy fałszywy autostop. Tu Kundera serwuje nam już nieco poważniejszą treść pod bardzo cieniutkim płaszczykiem komedii, bo daje do zrozumienia coś, co polski odbiorca wie już od kilku dekad za sprawą Gombrowicza. Nie ma w nas jednego tylko „ja”. Jesteśmy istotami eklektycznymi, z natury cierpiącymi na osobowość mnogą. W zależności od sytuacji przywdziewamy nową maskę, dopasowujemy się do aktualnego przedstawienia. Chichotem losu w tym przypadku jest fakt, iż kochanek, nie poznając swojej kochanki w nowej roli, nagle zaczyna nią gardzić. Dramat w komediowej otoczce. Tragikomedia w wykonaniu Kundery?

Opowiadanie czwarte to istne wspólne picie w stylu (staro)greckim w wykonaniu zespołu medycznego w porze nocnej na nieco opuszczonym, bliżej niezidentyfikowanym oddziale. Czy umiejscowienie akcji w szpitalu było zabiegiem celowym, czy też wynikającym z przypadku, pewnie się nie dowiemy. Jest to natomiast sytuacja bizarna, zakrawająca wręcz na fantastyczną dziwność, kiedy uświadomimy sobie podobieństwo do Uczty Platona i greckich filozoficznych sympozjonów, i o tyle wiarygodna, że nie wyidealizowana, ale taka, jaka spokojnie mogłaby mieć miejsce w prawdziwym życiu. Filozof prowadzący główny wątek rozmowy jest człowiekiem ułomnym, kurtyzany nie zawsze są dobrze ułożone i gotowe do świadczenia usług seksualnych bez włączenia w to czynnika emocjonalnego, a pozostali uczestnicy sympozjonu są raczej dalecy od nastrojów godnych sytuacji. Jednakże całość, podzielona na pięć aktów, jest tragedią, rozprawą filozoficzną i groteską na cześć starożytności w jednym.

Piąta opowieść, przyznaję bez oporów, trafiła do mnie w stopniu większym niż pozostałe. Poznajemy w niej kobietę, która kilka lat po oddaniu ostatniej posługi swojemu mężowi w dalszym ciągu żyje przeszłością i potrafi już jedynie być wdową i matką, nawet jeżeli wmawia sobie, że jest inaczej. Spotyka na swojej drodze mężczyznę, który budzi w niej dawno zapomniane uczucia i uświadamia aksjomat, o którym w dzisiejszym pędzie łatwo zapomnieć: że należy celebrować przede wszystkim cud życia, a nie nieodwołalność śmierci. Historia niezwykle inspirująca, traktująca o przemijaniu i niepotrzebnych wyrzeczeniach wobec życia w imię… no właśnie, czego? Wstydu, konwencji, obowiązku?

Opowiadanie szóste jest kontynuacją losów jednego z tych jurniejszych uczestników sympozjonu. Doktor Havel jest już starym człowiekiem. Na co dzień zmaga się ze swoim wizerunkiem, który zestarzał się ze znacznie większym wdziękiem niż on sam. Przebywając na turnusie w uzdrowisku, cierpi głównie z powodu samotności i braku zainteresowania ze strony kobiet oraz próbuje odbudować pozycję naczelnego donżuana. Całość stanowi jedną z najbardziej prześmiewczych historii w tym zbiorze. Po raz kolejny Kundera na warsztat bierze męskie kryzysy, kobiety raczej oszczędzając, ale też nie do końca, ponieważ daje nam do zrozumienia między innymi, że ważniejsze niż męska sylwetka, jej ponętność i sprawność jest to, jak postrzegają ją inne kobiety. Istny festyn zwierzęcych instynktów prostego człowieka, godnych pogardy w oczach inteligentów.

Opowiadanie siódme i ostatnie (bez uczucia śmieszności powiem, że tworzące klamrę dla całej boskiej siódemki) to klasyczna historia o fanatyzmie religijnym, wyrosłym z absolutnego braku wiary, nacechowanym znacznie silniejszą miłością do siebie niż do drugiego człowieka i Boga. Śmieszność całości wzmaga się, gdy uświadomimy sobie, że wiara głównego bohatera to maska, za którą chowa się on przed resztą świata, która stała się elementem gry, nieodłączną częścią egzystencji i zdominowała ją, pozbawiając innych sensów.

Być może powyższe zarysowanie tych opowiadań pod względem tematycznym uznacie za nieistotne, ale dla mnie to doskonały sposób na ukazanie wszystkim mistrzostwa Milana Kundery, który zbierając w jednej książce wątki na pozór wcale ze sobą niezwiązane, jest w stanie stworzyć z nich spójną całość i opowiedzieć nam o zakrętach w życiu, (nie)szczęśliwych miłościach, śmieszności, w jaką popadamy, udając ludzi, którymi nie jesteśmy, a jednocześnie dać nam nadzieję, ukazując wąski snop światła w całym tragikomizmie naszego życia.

Nieczęsto zdarza mi się zetknąć ze zbiorem opowiadań i odczuć zachwyt dzięki ich mistrzowskiej budowie i doborowi oraz przedstawieniu treści. Niemniej właśnie mi się to zdarzyło i po raz kolejny z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem podsuwam Wam książkę moim zdaniem wybitną, która jednocześnie porusza tematy bliskie każdemu człowiekowi.

Po lekturze dwóch dzieł Kundery (nie boję się użyć w stosunku do niego tego mocnego słowa) mój zachwyt osiągnął poziom niebezpieczny i już drżę na myśl o kolejnej przygodzie. Tym razem będzie to przygoda z Kunderą i Diderotem. Prawdziwa uczta dla ducha!


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.