Przeczytaliśmy

Książka o nicnierobieniu

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
 Każdy, kto choć raz pomyślał, by rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, będzie tą książką zachwycony. Nie chcę jednak, by moja recenzja stała się dla każdego zachętą do pójścia w ślady bohatera. Pracownicy korporacji opuściliby biura. Holdingi i spółki przestałyby działać. To z kolei szybko odbiłoby się na gospodarce. Świat pogrążyłby się w chaosie, który ostatecznie dotarłby do pustelni zamieszkałych przez osoby świeżo przedzierzgnięte w eremitów. Skupię się więc na tym, co bezpieczniejsze. Co zainteresuje wygaszających świadomość przy krojeniu chleba buddystów dnia powszedniego. Ale po kolei.
Historię pustelnika z North Pound, spisaną przez Michaela Finkela, jednym zdaniem można streścić tak: Christopher Knight przez 27 lat mieszkał sam w lesie, a jego jedyny kontakt ze społeczeństwem polegał na okradaniu domków letniskowych. Taki temat to musi być marzenie każdego reportażysty (przynajmniej ja bym o nim marzył, gdybym był reportażystą). Daje wszystko, co w reportażu znaleźć się powinno. Jest wyjątkowy bohater z zerową potrzebą kontaktów społecznych; jest waląca po łbie, odurzająca symbolika lasu; jest problem – wątpliwość moralna jego zachowania i konflikt z prawem; są jaskrawe opozycje: człowiek – przyroda, cywilizacja – natura, samotność – grupa. Krótko mówiąc, to temat samograj, który zdarza się pewnie jednemu na tysiąc autorów.

I tym jednym na tysiąc był Finkel, który o Knighcie dowiedział się z gazety. Szczęśliwy traf wylosował odpowiednią osobę do przedstawienia tej historii. Finkel pisze/pisał dla „New York Times”, „The Atlantic”, „Esquier”, „Rolling Stone”, „GQ” i „National Gegraphic”. Jego książka Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa została sfilmowana. Człek to z potencjałem do wyciskania z tematów ich powieściowo-sensacyjnych soków. A przy tym nieunikający refleksji i szerszego spojrzenia na sprawę. W Ostatnim pustelniku wychodzi mu to znakomicie. Choć głównie dlatego, że bohatera książki ciężko opisać bez rzeczonej refleksji i szerszego namysłu. Gdyż Christopher Knight to człowiek enigma. Jakiś kamień zen, a właściwie przestrzeń między tymi kamieniami – pozorna pustka, przestrzeń kontemplacji, tajemnica. Bo co innego powiedzieć o kimś, kto mając dwadzieścia lat i nowe, wzięte na kredyt (podżyrowany przez brata) subaru, nagle skręca w leśną ścieżkę, zostawia kluczyki w aucie, włazi w zielone gęstwiny stanu Maine i nie opuszcza ich przez 27 lat?

Po co? Jak? Dlaczego to zrobił? Czemu zdecydował się odpuścić sobie najlepsze lata młodości? Contrę, Double Dragon i The Legend Of Zelda, magnetowidy, pralkosuszarki, rap, thrash metal, okna PCV, pompowane najki, internet, rozgrywki NFL, zamawianie do domu, itepe itede? To pytania, którymi mogą się zadręczać co najwyżej autor, Ameryka, której mieszkańcy przez chwilę śledzili z zainteresowaniem dziwny przypadek, oraz czytelnicy. Knight takich pytań sobie nie zadawał. I nie była to jedyna rzecz, której nie robił. Wszystko wskazuje na to, że w czasie wolnym od złodziejskich wypadów, ulepszania skrytego wśród głazów obozowiska i czytania podprowadzonych ze stolików nocnych książek amerykański pustelnik nie robił kompletnie nic. To „nic” rozciąga się na całą jego postać. Na cały konstrukt osobowości. Nie myślał o sobie jako o uciekinierze ze społeczeństwa ani nawet jako o pustelniku. Nie dorabiał do swojego życia żadnej ideologii. Knight znalazł miejsce, w którym mógł roztopić się w niczym.

Finkel, wyraźnie zafascynowany swoim bohaterem, próbuje odnaleźć klucz tego zachowania. Z tego powodu szuka analogii w historiach innych samotników. Znajduje przykłady Thomasa Mertona, Henryʼego Thoreau czy Fiodora Dostojewskiego. Z ich historii wycina fragmenty i układa patchworkowy portret samotnika. Tylko czy płynie z tego jakaś konkluzja? To wciąż tylko dywagacje autora, czego sam jest zresztą świadom. A na nicnierobienie Knighta dalej nie ma odpowiedzi. Bo też samo w sobie nie prowokuje pytania. Opisane w książce wydarzenia to po prostu historia zupełnej przezroczystości dla świata.

Co ważne, nie ma w tym żadnego oskarżenia wobec społeczeństwa. Żadnych romantycznych smrodotyrad na temat degrengolady, rozpusty, wojen i czarnych Haribo. Książka nie ocenia świata, bo świat nie jest ani zły, ani dobry. Świat po prostu jest. A jeśli już musi mieć przymiotnik, to jest różnorodny. Tak jak ludzie. Różny od wszystkich jest Knight. Różny jest też Finkel – autor niesamowicie wrażliwy i bystry. Różnorodni są wreszcie czytelnicy. Te różnice determinują postrzeganie swobody wyboru i spełnienia, ale też zmuszają do zastanowienia się, czy nasze obowiązki faktycznie są obowiązkami.

Lektura Ostatniego pustelnika, umożliwiająca dostrzeżenie różnorodności ludzkich potrzeb, pomaga nieco w wyleczeniu się z paranoi wyobrażania sobie wolności w ramach narzucanych przez ogół twórczości romantyczno-uciekinierskiej i jej marketingowego przetworzenia – reklam samochodów, które mają nas powieźć w stronę mitycznego Gdzieś. Bohater reportażu nie jest bowiem buntownikiem ani świętym. Szaleńcem ani szlachetnym wojownikiem indywidualizmu. Jest człowiekiem, który po prostu poturlał się tam, gdzie poprowadziło go prawo ciążenia. Knight to nie wzór dla stłamszonych cywilizacją. Bardziej widziałbym w nim upersonifikowaną ideę którejś z tych wschodnich opowieści, które w przewrotny sposób uczą nas, że największych zmian dokonujemy „robiąc nic”. Przeczytajcie więc Ostatniego pustelnika i wróćcie do medytacji przy zmywaniu naczyń, jogi, techno rejwów czy kontemplacyjnej przechadzki po supermarkecie, jeśli tylko uważacie, że Wam z tym dobrze.


autor: Michael Finkel

tytuł: Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru

przekład: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka

wydawnictwo: Poznańskie

miejsce i rok wydania: Poznań 2018

liczba stron: 239

format 220 × 145 mm

oprawa: miękka


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.