Przeczytaliśmy

Ostatni erotoman na ziemi

Źródło grafiki: Magdalena Pawłowska
Czasem – nie za często – zdarza się taka sytuacja, że kogoś nachodzi myśl typu „co by było, gdyby nagle wszyscy ludzie zniknęli, bez ostrzeżenia, bez śladu i tylko ja bym został(a) jako ostatni człowiek na ziemi”. Rzadko osoba taka kontynuuje rozważania następnego dnia, gdy już minie działanie mniej lub bardziej legalnych używek. Jeszcze mniejsze jest prawdopodobieństwo, że wszystko to przytrafi się pisarzowi, który zdecyduje się zamienić efemeryczną ideę w powieść – i to wcale nie z gatunku fantastyki naukowej.
A jednak to nie czysta teoria. Pisarzem, który zdecydował się na taki scenariusz dla swojej najnowszej książki, jest Jerzy Pilch. Nic więc dziwnego, że Wydawnictwo Literackie w tekstach promocyjnych wykorzystało formułkę „Oto Jerzy Pilch, jakiego nigdy dotąd nie czytaliśmy!”. Rzeczywiście tło powieści Żywego ducha wydaje się dość eksperymentalne w porównaniu z innymi książkami autora. Co wynika z takiego wyboru? Przez większość stron zastanawiamy się razem z narratorem, co się stało i dlaczego. Przez wszystkie strony pozostajemy w tych dywagacjach bez odpowiedzi, bo jak to zwykle bywa, nie o dosłowne rozwiązanie zagadki tutaj chodzi.

Siedzimy zatem przez cały czas lektury w głowie – a przede wszystkim na języku – Pilcha. Akcja jest absolutnie szczątkowa, więc to jego rozważania, słowa i myśli pchają nas czytelniczo do przodu. Mam jednak wrażenie, że poznawczo kręcimy się trochę w kółko. Obracamy się wciąż wokół teorii mających opisać przyczyny końca ludzkości, przeplatane motywami typowymi dla pisarza: alkohol, kobiety, seks, samotność. No i sztuka – temat apokalipsy jak niewiele innych nadaje się na motyw przewodni przeglądu tekstów kultury na wskroś różnych epok i artystycznych środków wyrazu.

Zawsze czułem zapach ich bielizny, dawniej staników, majtek i halek, dziś stringów i push-upów. Zawsze czułem ten zapach, zawsze odgadywałem szczegóły fabuły łóżkowej, zawsze byłem o krok, ale wtedy, rok, dwa, trzy temu – nic; zero zapachu, żadna się o mnie nie otarła, żadna ani obcasem, ani niczym innym nie stukała. Teraz? Dziś? Szkoda gadać. Jedyne stukoty, jakie dochodzą, tyczą rozlatującego się świata: ściana pęka, rynna się urywa, cegła spada (s. 56).

Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to właśnie przywoływanie przykładów sztuki apokaliptycznej jest nadrzędnym celem w powieści Żywego ducha. Ostatecznie tego zadania podjął się nie tylko Pilch, piszący książkę, lecz także jej narrator, a zarazem główny bohater, który dosłownie przeszukuje mieszkania, wertuje książki, ogląda filmy i grzebie we wspomnieniach, by móc studiować kulturalne świadectwa zagłady. Sam w sobie koncept nie jest zły, ja jednak widzę tu taki problem, że nic z tego nie wynika. Dla mnie równie dobrze powieść mogłaby nigdy nie powstać, mogłabym jej nigdy nie przeczytać, a niczego bym nie straciła, tak jak po lekturze niczego nie zyskałam.

Niemniej nie oznacza to, że nie znajduję w książce żadnej wartości. Doceniam literacki warkocz upleciony z motywów dążenia do dobrowolnej alienacji oraz próby ucieczki od przymusowej samotności. W ślad za nim idą przeciwstawne pary postu i karnawału, głodu i płodności, życia i śmierci. Mozaika układa się tak, jakby koniec świata miał być zbudowany na ostatecznej dychotomii. Tym bardziej, że jako czytelnicy możemy kontemplować ostateczną anihilację ludzkości tylko dlatego, że ktoś przeżył.

W podsumowaniu muszę się przyznać, że nie potrafię polecić albo nie polecić Żywego ducha. Nie mogę uznać tej powieści za złą. Ale zdecydowanie po raz kolejny przekonuję się, że Pilch nie jest twórcą dla mnie. Najchętniej powiedziałabym, że wynika to z jego grafomańskich zapędów, ale nie chciałabym w ten sposób przekreślić wszystkich autorskich starań pisarza, który na to nie zasługuje. Co w takim razie mogę wam poradzić? Przeczytajcie tę powieść, jeśli macie dobre serduszko albo właśnie naszła was ochota na spróbowanie nowego autora. I bądźcie odpowiedzialni za własne sądy i opinie.


autor: Jerzy Pilch

tytuł: Żywego ducha

wydawnictwo: Literackie

miejsce i data wydania: Kraków 2018

liczba stron: 200

format: 123 × 197 mm

oprawa: twarda


Magdalena Pawłowska

Studiuje filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Żyje życiem fabularnym prosto z kart literatury i komiksu, prosto z ekranu kina i telewizji. Emocjonuje się piłką nożną, rozkoszuje dziełami sztuki kulinarnej, podnieca osiągnięciami nauki, inspiruje popkulturą. Kolekcjonuje odłamki i bibeloty rzeczywistości.