Przeczytaliśmy

Nazywanie świata

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
Gęsia Wyspa, Koński Szkier, Kormoranie Szkiery, Szopa Lofocka, Szopa Szwedów, Moroszkowa Wyspa, Miłosny Lasek, Supeł, Mroźne Oko, Ogród Piersiowy, Ogród Parszywy, Eden.
Nazwy. To one najbardziej rzucają się w oczy podczas lektury Niewidzialnych Roya Jacobsena. Książka będąca pierwszą częścią tak zwanej trylogii Barrøy miała premierę w 2013 roku. W 2017 znalazła się w finale Nagrody Bookera, a dziś możemy wziąć do ręki polskie wydanie. Nie bez powodu to właśnie powieścią Jacobsena Wydawnictwo Poznańskie wznawia swoją słynną serię skandynawską. Niewidzialni są bowiem miniaturą północnego świata. Być może nawet ekstraktem z tamtejszego ducha. Treść zaś układa się w swoistą wyspiarską Księgę Rodzaju. To frapująca opowieść o formowaniu świata. O czynieniu sobie ziemi poddaną. Choć w tej powieści zwykle bywa na odwrót.

Trylogia opowiada o losach rodziny Barrøy. Jej członkowie zamieszkują maleńką norweską wysepkę. Żyją z tego, co da im morze, i z pracy we własnym gospodarstwie. Jeśli chodzi o fabułę, na powyższym lapidarnym opisie można by poprzestać. Nie jest to rodowa epopeja, choć na 280 stronach mijają lata i przemijają pokolenia. Owszem, rodzina Barrøy przeżywa swoje wielkie momenty, a czytelnik nie wyrzuca ich z pamięci (jest w książce moment, przy którym z zaskoczenia zabrakło mi tchu. To pierwszy raz, kiedy przeżyłem coś takiego podczas lektury), ale… Im bardziej zagłębiamy się w dzieło Jacobsena, tym bardziej jesteśmy przekonani, że wszystkie te wydarzenia wcale nie wyznaczają kamieni milowych narracji. Na wyspie i w świecie jej mieszkańców raczej się „dzieje” niż „wydarza”. Sprzyja temu też szczególne ujęcie czasu. Nie występuje on jako miara. O godzinach bodaj wcale się nie mówi, kalendarz pojawia się tylko raz, a i to jako „karta z zapomnianym czwartkiem” która posłużyła do spisania listy zakupów. Nie chodzi jedynie o to, że nie wiemy, w jakich latach rozgrywa się powieść (choć pewne elementy wskazują, że może to być okres przed II wojną światową i po niej). Czas po prostu nie ma tu sztywnej podziałki. Płynie w przód, ale jego tempo nie jest niczym regulowane. Czytam o czymś, co rozgrywa się na przestrzeni kilku dni, by po chwili zorientować się, że minęły lata! Wrażenie jest spotęgowane nocami i dniami polarnymi, podczas których 24-godzinne cykle zlewają w jeden strumień.

Ta szczególna bezczasowość daje coś jeszcze innego – izoluje wyspę od świata. Lub inaczej – dla czytelnika jest tym, czym dla rodziny Barrøy woda otaczająca ich mały, skalisty fragment ziemi. Siłą rzeczy zaczynamy więc poznawać ten mikroświat jako świat jedyny możliwy. A wszelkie skale, które znamy z codzienności, stają się tu względne. I tak na przykład odległości – jedna z bohaterek mówi: „Czy my nie osiądziemy wreszcie gdzieś na stałe jak porządni ludzie?” (s. 42). A mowa tu przecież nie o dalekich migracjach, lecz zmienianiu sypialni w zależności od pory roku! Albo to: „Dziwnie jest z obcymi na wyspie. Wraz z ich przybyciem liczba ludności się przecież podwoiła” (s. 81). Słowa, których użyłoby się co najmniej do opisu przyrostu ilości mieszkańców wielkiej aglomeracji, tu dotyczą zaledwie 5 szwedzkich robotników zatrudnionych do budowy nowej przystani Barrøy. I jeszcze jeden drobiazg, bo nie mogę się oprzeć: „Jest zabójczo gorące lato, najcieplejsze, odkąd ludzie sięgają pamięcią” (s. 169) – ludzie czyli rodzina. Takie przykłady można mnożyć. Ten osobny świat kompresuje wszystko do swoich rozmiarów. Ma mikrospołeczeństwo, mikropolitykę, mikrogeografię, a nawet mikroarcheologię, której manifestacją jest badanie tajemniczej, wymarłej „cywilizacji Karvika”. Oglądanie tego świata jest fascynujące. To jak przyglądanie się niezwykle szczegółowej dioramie, z tą różnicą, że stajemy się tej dioramy częścią.

No i wspomniane na początku nazwy. Na wyspie wszystko ma nazwę. Nazwa ma z kolei swoje uzasadnienie. Ogród Piersiowy, bo są tam wzgórki przypominające piersi. Ogród Różany, bo porastają go różowe wrzosy. Ogród Eden, bo rodzi. Ogród Parszywy, bo nie rodzi. Niektóre z tych nazw tworzą się na oczach czytelnika, a później traktowane są jak oczywistość zakorzeniona gdzieś w dawnych dziejach, w długiej historii wyspy. Jacobsen konstruował powieść tak, byśmy mogli traktować ją jako osobną rzeczywistość, rządzącą się własnymi prawami. Co nie znaczy, że nie można tu znaleźć analogii.

Analogie dotyczą na przykład dzieł z zupełnie innego miejsca. Niewidzialni kojarzą mi się z literaturą amerykańską, w której pełno jest urodzonych opowiadaczy. Szczególnie z Faulknerem. Jego fikcyjne – podobnie jak wyspa Barrøy – hrabstwo Yoknapatawpha pomyślane zostało jako intymny, bo nieobecny na mapach, świat bohaterów. Inny noblista przychodzący mi na myśl podczas lektury Niewidzialnych jest już Jacobsena sąsiadem (choć nie w sensie czasowym, bo obu twórców dzieli kilkadziesiąt lat). Chodzi o Fransa Eemila Sillanpää, jednego z najwybitniejszych fińskich pisarzy, który zasłynął realistycznymi powieściami osadzonymi w hermetycznych wiejskich społecznościach. Pod tym względem Jacobsen zbliża się do niego. Norweg w bardzo podobny sposób traktuje naturę i zdane na jej łaskę gospodarstwo. Ludzie są przykuwającą uwagę, ruchomą częścią wietrzejącej skały. Postacie w pewnym sensie uzasadniają wyrażenie tkwiącej w autorze potrzeby opisu miejsca akcji, sztormów, szkwałów, wiatrów i pór roku. To trochę jak próba wyjaśnienia Boga przez mówienie o wspólnocie kościoła. A na potwierdzenie tej tezy można zacytować pojawiającego się w książce Pastora. W pewnym momencie mówi: „Wszyscy mamy ojca. Jesteśmy dziećmi natury”. Dziwne słowa jak na duchownego. Prawda?

Na koniec chciałbym powiedzieć: przeżycie. Tym niewątpliwie była dla mnie lektura Niewidzialnych. Jestem przekonany, że jest to powieść wyjątkowa. Pewnie jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek przeczytałem. Ale co ją taką czyni? Nie wiem. Powyżej macie tylko recenzję, kilka refleksji na temat treści i może nieco egzaltacji. Do istoty dzieła Jacobsena nawet się nie zbliżyłem. I może właśnie to świadczy o jej wielkości. Gdybym potrafił jasno dostrzec, co w niej tak wspaniałego, pewnie bym ją tego pozbawił.

autor: Roy Jacobsen

tytuł: Niewidzialni

wydawnictwo: Poznańskie

rok i miejsce wydania: Poznań 2018

liczba stron: 280


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.