Przeczytaliśmy

1044 stron

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
W prologu Magnesu narrator stwierdza:pisanie to dodawanie”. Patrząc na objętość najnowszej powieści Larsa Saabye Christensena, można śmiało powiedzieć, że norweski pisarz z dodawaniem radzi sobie bardzo dobrze.
Trawestując otwierające powieść zdanie – ta recenzja mogłaby mieć inny tytuł. Oczywiście. Nietrudno byłoby o słowo, które refleksji nad najnowszą książką Christensena nadawałoby większej estetyki. Wyjątkowo jednak, może nawet wbrew temu, co nakazuje recenzencki obyczaj, chciałbym skupić się na rozmiarach powieści. Bo już przy pierwszym zetknięciu z tomiszczem po prostu wie się, że ta gigantyczna objętość nie jest tylko czysto materialnym aspektem dzieła. Że to coś więcej niż przestrzeń dla kochającego słowo pisarza. I tak w rzeczywistości jest! 1044 strony Magnesu mają wielkie znaczenie. Przede wszystkim dla niewymiarowego głównego bohatera, który mógł się zmieścić tylko w niestandardowych rozmiarach.


Podwójnie wywyższony

Jokum Jokumsen. Jego wielkość zawiera się już w imieniu i nazwisku. Jokum to duńska wersja Joachima, a Joachim – w pierwotnie biblijnym znaczeniu – to Bóg wywyższy. Jokum Jokumsen. Joachim Joachimowski. Wywyższony do kwadratu – taki jest bohater pod każdym względem. Od dziecka dźwigający krzyż własnego wzrostu. Górujące nad rówieśnikami dziwadło. Chodzący punkt orientacyjny. Outsider, który choćby nie wiem jak bardzo starał się być out, i tak będzie zauważony. Wzrost ma wpływ na jego ruchy, zachowanie i decyzje. Na wszystko potrzebuje więcej czasu. Jego myśli są odpowiednio większe i dłużej tłuką się po głowie, a każdy ruch musi być starannie zaplanowany. I nie daj Boże się wywrócić, bo podnoszenie to skomplikowana akcja, która może trwać całe życie.

Ale jest też Jokum wywyższony przez sztukę. Poznajemy go w miasteczku studenckim Sogn w Oslo. Student literaturoznawstwa, który jeszcze nie wie, że pisana jest mu kariera fotografa. Nie ma pojęcia, że z Leicą przy oku będzie wykonywał karkołomny, a z perspektywy postronnych, komiczny manewr pochylania się nad zwykłymi rzeczami. Często porzuconymi, zapomnianymi lub pozostawionymi w jednym miejscu na lata.

Utrwalane na kliszy przedmioty niemal zawsze mówią o nieobecnym właścicielu. Ujemnie namagnesowane tym brakiem rzeczy przylepiają się do dodatnio naładowanego Jokuma. Obrastają go i jego historię, rozpychając objętość książki zasięgiem swoich biegunów.

Pozostając jeszcze przez chwilę przy fotografii, w Magnesie ściera się ze sobą kilka poglądów na jej temat. Jest ona dziedziną sztuki, jest dokumentacją świata niezauważanego, jest w końcu zwykłym zajęciem. Autor zaś, zaraz po słowach o literackim dodawaniu, nazywa fotografię „pomijaniem”. Rodzajem selektywnego spojrzenia. Literackie mistrzostwo Christensena polega właśnie na niezwykle precyzyjnym opisie tego procesu. I zdaje się, że im więcej pomijania w fotografiach Jokuma, tym więcej – by je opisać – trzeba dodawania słów.


Objętość relacji

Niewymiarowa na inny sposób jest też Synne Sager. Mieszka w akademiku za ścianą pokoju Jokuma. Studentka historii sztuki, w której Jokum zakochuje się bez pamięci, i której to w rzeczywistości poświęci swoje życie. To właśnie ona, nie mniej wycofana ze świata, popchnie Jokuma w stronę sztuki. A właściwie uczyni z niego własne dzieło. Stworzy artystę według swojej wizji. Wizji, do której Jokum nie pasuje, ale do której jest w stanie się dopasować. Jednocześnie on sam będzie się starał „uleczyć ją miłością” – uśmierzyć kumulowane od najmłodszych lat neurozy zaniedbanego uczuciowo dziecka.

Ich relacja również namnożyła strony. Nie chodzi tu o miejsce na skrupulatne spisywanie wydarzeń z życia rozpiętego pomiędzy Oslo a San Francisco. W tej objętości realizuje się raczej psychologia związku. I choć jej opis jest jednostronny, bo niemal wyłącznie z perspektywy Jokuma, to w odczuciach głównego bohatera dokładnie odbijają się myśli i reakcje Synne. Wagę przeżyć dwojga ludzi dosłownie czuć w dłoni.


Czas

Do tego czas. Magnes w dużej mierze opowiada o jego upływie. Przypomina nam o tym powracający motyw zegara światowego Jensa Olsena. Jednak w przeciwieństwie do Beatlesów – powieści będącej moim pierwszym zetknięciem z prozą Chistensena – narracja nie dzieli się wyraźnie na jakieś okresy. Nie ma tu jednego rytmu, systemu dającego czytelnikowi poczucie panowania nad lekturą. Rozdziały trzymają się kilkunastu stron lub rozwlekają do niemożliwie długich, niczym nieprzerywanych opowieść. Ten bałagan trzyma jednak w ryzach chronologia. KOLEJNOŚĆ, o której autor z uporem maniaka nam przypomina. Wydarzenia, o których często wiemy, że nastąpią, mają w książce swoje określone miejsce i czas. Świadomość tego, w zestawieniu z rozmiarami dzieła, wręcz wymusza na czytelniku pokorę i cierpliwość. Jest to kolejna ważna rzecz związana z czysto fizycznym doświadczeniem brnięcia przez strony.


Szycie

A skoro już jesteśmy przy brnięciu. Na samym początku narrator uprzedza ewentualne zarzuty dotyczące objętości książki – nie, nie mogła zostać podzielona na dwie powieści. Choć faktem jest, że dwie powieści w sobie zawiera. Historia Jokuma i Synne toczy się obok historii autora-bohatera-narratora, opisującego historię szaleństwa, do którego doprowadziło go jego własne dzieło. Ta część oraz jej metatekstowe odpryski rozsiane po całej historii, to drugi biegun ogromnego, niesamowicie silnego magnesu przyciągającego naszą uwagę. Faktem jest więc, że nie można było powieści dzielić. Autor jest jednak świadom swojego niepohamowanego pisania. Czasem mówi o nim wprost, czasem ukrywa autokrytykę wśród luźnych refleksji towarzyszących bohaterom. I choć stylistycznie obie części stoją na wysokim poziomie, to tego rozdwojenia i rozrostu nie dałoby się znieść, gdyby nie zabieg „przeszywania” całości powtarzającymi się tematami, podobnymi wydarzeniami czy nawet powracającymi co kilkaset stron frazami (o szyciu jest zresztą w Magnesie trochę więcej). To, samo w sobie, stanowi zarówno ornament, jak i dodatkową warstwę doświadczenia czytelniczego, której nie dałoby się dostrzec w książce mniejszych rozmiarów.


Książka wielkoformatowa

Całość, a jest tej całości sporo, największe wrażenie robi w dystansie. Jak Guernica o wymiarach 3,49 m x 7,77 m. Albo jeszcze lepiej – jak land art w wykonaniu Christo. Toteż po dotarciu do tylnej okładki Magnesu jakoś nie mogłem od razu zebrać się do recenzji. Dopiero po czasie, po przetrawieniu tego ogromu, mogłem w pełni doceniać wartość historii, literackie mistrzostwo Larsa Saabye Christensena oraz niuanse świetnego przekładu Iwony Zimnickiej.

Magnes, ze wszystkimi swoimi 1044 stronami, jest być może najlepszym „wielkoformatowym” pisarstwem, które w 2018 roku ukazało się po polsku. Rzecz, która warta jest poświęcenia jej wielu dni.


autor: Lars Saabye Christensen

tytuł: Magnes

tłumaczenie: Iwona Zimnicka

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

miejsce i rok wydania: Kraków 2018

liczba stron: 1044

format: 130 × 205

oprawa: twarda


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.