Przeczytaliśmy

Drogi w ślepe zaułki. Jesmyn Ward – Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
Na tylnej okładce Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie zamieszczono słowa Marlona Jamesa. Jamajski pisarz powiedział, że to powieść drogi, z której nie ma powrotu. Trafne. Uzupełniłbym to jednak o stwierdzenie, że nie chodzi o drogę w przestrzeni.
Tę drogę, a właściwie drogi, wyznacza w swojej powieści Jesmyn Ward. Pisarka dotąd niewydawana w Polsce. Co dziwi, bo już w 2011 dostała najbardziej prestiżową amerykańską nagrodę literacką National Book Award za Salvage the bones. Jej proza ukazuje się u nas dopiero po tym, gdy – jako pierwsza kobieta w historii – zdobyła to wyróżnienie po raz drugi (!). Tym razem triumfy święciła jej ostatnia książka – Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie. Moim zdaniem to trzecia najważniejsza powieść ostatnich lat dotycząca problemu rasizmu i afroamerykańskiej tożsamości. Uzupełnia literacki obraz nakreślony przez Paula Beatty'ego (Sprzedawczyk) i Colsona Whiteheada (Kolej podziemna). Spojrzenia obu pisarzy na problem diametralnie się różnią. Pierwszy przeprowadza autoironiczną wiwisekcję tożsamości kulturowej i porusza się na gruncie absurdalnej fikcji. Drugi, mocno zaczepiony w historii, skupia się na koszmarze niewolnictwa. Pomiędzy nimi brakowało właśnie kogoś takiego jak Ward. Pisarka łączy w jedno kilka wizji i skłania do odkrywania głębszych warstw kulturowej erozji spowodowanej przez niewolnictwo i supremację białych.

Rdzeniem fabuły jest podróż do więzienia Parchman – wielkiej farmy penitencjarnej leżącej w rejonie delty Mississippi. Tej rzeczywistej drodze towarzyszą inne – drogi duchowe, uczuciowe, drogi w zapomnienie i w dojrzewanie. Przebywają je wszyscy bohaterowie powieści. Narrację prowadzi troje z nich: trzynastoletni Jojo, jego matka Lonie oraz Bagaś, chłopiec duch – niematerialne wspomnienie okropności, które dotykały Afroamerykanów zamieszkujących południowe stany.

Jojo to chłopiec nadzwyczaj dojrzały jak na swój wiek. Więcej myśli, niż mówi. Częściej zapobiega, niż naprawia. Stara się żyć, nie krzywdząc nikogo. Jest w nim jakaś buddyjska troska o to, by krocząc swoją drogą, nie łamać nawet źdźbła trawy. Najważniejsze zasady zostały mu wpojone przez dziadków. Zresztą dziadkowie – Tatko i umierająca na raka Mamcia – są w powieści nie mniej ważni. To oni dbają o wyrażanie szacunku dla drugiego człowieka w miejscu, w którym jego brak przez lata był usankcjonowany prawem. Tatko i Mamcia zapewnili Jojo kręgosłup moralny i byli dla niego jak rodzice. Jojo zaś wcielał się jednocześnie w role ojca i matki dla swojej małej siostrzyczki.

Prawdziwi rodzice nie mogliby zadbać o wychowanie dzieci, nawet gdyby chcieli. Ojciec (biały Michael) siedzi w więzieniu, a matka… no właśnie. Matka. Lonie to postać, której przypada chyba największa część narracji. Postać fascynująca, bo potrójna. Po pierwsze – to kobieta pozbawiona instynktu rodzicielskiego, która nie potrafi być matką dla własnych dzieci. Po drugie, ze względu na związek z białym chłopakiem, staje się symbolem miłości ponad rasowymi podziałami wciąż istniejącymi na południu. W końcu po trzecie – widzi swojego zmarłego brata. Ten nadprzyrodzony dar przyjmuje niechętnie, co można odczytywać jako przejaw wewnętrznego konfliktu między zwyczajami i sposobami myślenia obecnymi w nowoczesnym społeczeństwie, a dającą o sobie znać duchową, pełną magii spuścizną niewolników. Mimo posługiwania się darem Lonie nie dostrzega Bogasia, trzeciej najważniejszej postaci książki.

Bogaś to dwunastoletnie dziecko, które przed laty trafiło do Parchman. Zbyt młode na odsiadkę, a co dopiero – w więzieniu na południu Stanów, gdzie nawet na wolności biali mieli czarnych za nic. Snuje swoją historię, lecz od treści jego opowieści ważniejsza jest jej funkcja w powieści. Narracja Bogasia sprawia raczej, że nakładają się na siebie historie z przeszłości i teraźniejszości. Dzięki temu widzimy całą bolesną rzeczywistość Afroamerykanów jako niepodzielną całość. Uświadamia nam to, że przez dekady nic się nie zmieniło. Rasizm, ta ślepota na podmiotowość drugiego człowieka, trzyma się świetnie mimo upływu lat.

Choć każdy bohater podąża własną drogą, to cel mają wspólny – odnalezienie miłości, akceptacji i szacunku. Czytelnik widzi jednak, że wszyscy błądzą. Więcej nawet – wszyscy kręcą się po ślepych zaułkach. Wyrazem tego jest niemożność porozumienia się ze sobą nawzajem. Bohaterowie są nieświadomi uczuć i motywacji pozostałych. Jojo traktuje matkę jak zagrożenie. Nie dostrzega lub nie rozumie jej zaangażowania w ich relację. Z drugiej strony Lonie nie potrafi wyrazić emocji wobec dzieci, a ich bratersko-siostrzana miłość wywołuje w niej zazdrość. Frustruje ją, że jej starania zostają wzgardzone. Dalej – nikt oprócz Jojo nie widzi Bogasia. Nikt oprócz Lonie nie widzi jej zabitego przed laty brata. Duchy też nie widzą się nawzajem. Tatko oddaje się pracy, aby uciec przed chorobą Mamci, której nie potrafi zaradzić. Michael nie dogaduje się z rasistowsko nastawionym ojcem i nie potrafi być oparciem dla własnych dzieci. Strona po stronie obserwujemy, jak nieporozumienia piętrzą się aż do sceny kulminacyjnej, w której wszyscy zdają się być już na szczycie tej wieży Babel.

Czytając Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, sami też czujemy się bezradni. Możemy bowiem tylko obserwować, jak bariery się namnażają, wspólnota rozpada, a wszystkich deprawuje rzeczywistość, w której przyszło im żyć. Grzech nierówności ciągnie bohaterów w dół. Odpowiada za błędne decyzje, głupotę, naiwność, myślenie życzeniowe. Gdy zamykamy książkę, zostają nam w pamięci wszystkie nierozwiązane problemy bohaterów. I szerzej – nierozwiązane problemy Ameryki.

W tym miejscu muszę dodać, że lektura Śpiewajcie przywiodła mi na myśl inną książkę o tożsamości czarnoskórych mieszkańców USA. Nienapisaną przez Afroamerykanina (nawet nie Amerykanina), ale opartą na bardzo podobnym motywie. To Białe łzy Hariego Kunzru (recenzja tutaj). Bohaterowie powieści Brytyjczyka, przemierzając drogę, wkraczają nieświadomie w strefę nadprzyrodzoną, w której są karani za winy przeszłych pokoleń. Inaczej niż Kunzru, Ward nie stara się jednak rozliczać przeszłości. Dla pisarki to, co stało się dawniej, jest częścią teraźniejszości, z którą trzeba sobie radzić. Logiczne wydawałoby się zaakceptowanie minionego i pójście naprzód, ale autorka jest świadoma tego, że zagłębianie się w historię Amerykanów to wejście na grunt grząski jak południowe mokradła, na terenie których toczy się akcja. Oswobodzenie się z niej jest więc niezwykle trudne, a dla niektórych – szczególnie tych, którzy wciąż doświadczają rasizmu – wręcz niemożliwe. Właśnie po to, by dojść do tej bolesnej konstatacji, Ward przyrównuje przeszłość do teraźniejszości.

Na koniec zostawiłem styl i język. Na koniec, bo to chyba najsłabszy punkt książki. Przynajmniej moim zdaniem. I nie chodzi o to, że są złe. Rzecz w tym, że są takie… zwyczajne, poprawne, akademickie wręcz. Ward miejscami eksploatuje pewne środki wyrazu, na przykład porównania, które owszem, są efektowne, ale przy tym nie są niczym wymagającym ani dla pisarza, ani dla czytelnika. Czytając Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie, ma się wrażenie, że autorka wykorzystuje wszystkie umiejętności, aby klarownie przedstawić historię, utrzymać w ryzach trudny temat i złożoną konstrukcję. Moc, z którą powieść w nas uderza, rekompensuje wszystkie niedoskonałości. Aczkolwiek ci, którzy poświęcają wiele uwagi językowi, mogą się rozczarować.

Podsumowując, Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie jest powieścią, która koduje w obrazie rozpadającej się komórki społecznej problem wyniszczający USA od pokoleń. Precyzję, z jaką Ward udało się go opisać, można by przypisać znajomości realiów Południa – autorka wychowała się w DeLisle w Mississippi, a po przejściu huraganu Katrina z bliska obserwowała, jak zbiorowa tragedia potrafi zdeprawować ludzi. To chyba jednak byłoby za duże uproszczenie. Sądzę, że chodzi raczej o artystyczną intuicję i wrażliwość, dzięki którym pisarka mogła się skupiać na tym, na czym trzeba. Podczas lektury sami możemy przejąć cząstkę tych zdolności i zrozumieć chociaż ułamek tego, o czym na świecie wciąż mówi się za mało.


autorka: Jesmyn Ward

tytuł: Śpiewacie, z prochów, śpiewajcie

przekład: Jędrzej Polak

wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

miejsce i rok wydania: Poznań 2019

stron: 335

format: 150 × 220 mm

oprawa: twarda



Polecamy też inne teksty na Z CYKLU. Michał Ciemniewski przygotował recenzję ostatniej książki wspomnianego na początku Marlona Jamesa. O przedstawieniu rasizmu w filmie Green book napisała Magdalena Pawłowska. Szaleństwo kultu rasy odkrywa zaś Artur Baranowski w recenzji książki Trzecia Rzesza w 100 przedmiotach.

Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.