Przeczytaliśmy

50 twarzy depresji

Źródło grafiki: Paulina Piziorska
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu 50 twarzy Tindera Joanny Jędrusik?
Istnieje pewna kampania społeczna o nazwie Twarze depresji. I mimo że to skojarzenie nie zaistniałoby, gdyby nie semantyka, to uważam je za niezwykle trafne. Podstawową cechą osób korzystających z Tindera jest – według autorki – właśnie depresja. I nie jest to informacja wyciągnięta na siłę spomiędzy wierszy. To fakt, do którego Joanna Jędrusik dochodzi nie tylko na podstawie własnego stanu psychicznego podczas używania tej aplikacji randkowej, lecz także w oparciu o obserwację ludzi, z którymi się umawiała.

Wszędzie spotykała ludzi z depresją, zaburzeniami psychicznymi, niedostosowanych społecznie i czasem – powiem to bez obaw o przesadę – psychopatów (stalkerów oraz potencjalnych seryjnych morderców i gwałcicieli), odszczepieńców i ludzi potencjalnie niebezpiecznych (tylko potencjalnie, bo na szczęście na własnej skórze się o tym nie przekonała – uciekała gdzie pieprz rośnie dosłownie w ostatniej chwili).

Czy to jest prawdziwy obraz Tindera? Obawiam się, że tak. Mogę to stwierdzić na podstawie doświadczeń własnych i relacji znajomych. Bardzo trudno znaleźć tu ciekawą osobę po prostu do rozmowy. Jeżeli szukacie kogoś do tak zwanego one night stand, sprawa nie wygląda lepiej – z dużym prawdopodobieństwem traficie na całe rzesze ludzi, którzy deklarują chęć seksu bez zobowiązań, ale w praktyce mają z nim problemy (fizjologiczne) lub podczas gry wstępnej otwarcie dadzą wam do zrozumienia, że nie obchodzą ich wasze potrzeby i przyjemność. Całość wtedy kończy się irytacją i lekkim poczuciem wykorzystania.

Jak wygląda to natomiast w książce Joanny Jędrusik? Tu sprawa zaczyna być niepokojąca. Uważam bowiem, że 50 twarzy Tindera to jedna z książek szkodliwych. Autorka zdecydowanie ma spore problemy nie tylko społeczne, lecz także emocjonalne, co jest jak najbardziej zrozumiałe po jej przejściach (zdrada, rozwód i oczywiście ciężka depresja). Otwarcie się do nich przyznaje, jednak chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak toksyczne dla niej samej są jej własne zachowania. Mowa bowiem w książce o świadomości swojego stanu psychicznego, jednak część objawów tego stanu i konsekwencji zdaje się pozostawać poza jej zasięgiem.

Z czym mamy tu zatem do czynienia?

Z mocno zagubioną kobietą, która z jednej strony pokazuje czytelnikowi, że od Tindera można się uzależnić – a przez to stracić wiele na zdrowiu psychicznym – i że należy uważać na to, z kim się spotyka za pośrednictwem tej aplikacji. Z drugiej zaś strony przedstawia – zdaje się, że bezwiednie – atrakcyjny obraz świetnej aplikacji, zapewniającej bogate życie seksualne. Jednocześnie autorka chyba nie jest świadoma, że sama ma z seksem poważny problem.

Nasze życie składa się z wielu elementów, jednak nie powinno być tak, że jeden aspekt dominuje nad pozostałymi. A właśnie do tego przyznaje się autorka. Przez kilka lat czuła się chora, kiedy nie mogła korzystać z Tindera. Po nieudanej randce pocieszała się seksem na kolejnej, organizowanej naprędce, żeby zbyt długo nie być sam na sam z własnymi emocjami. Uprawiała seks z litości, pchała sobie genitalia faceta do ust, żeby go zadowolić i żeby myślał o niej dobrze – jednocześnie deklarowała feminizm, lewactwo i bycie ogólnie pojętą nowoczesną kobietą. Cały obraz jawi nam się jako niespójny. I chociaż zazwyczaj nie oceniam człowieka na podstawie napisanego przez niego utworu, tutaj niestety muszę zrobić wyjątek. 50 twarzy Tindera to książka, która ludziom mało świadomym własnych emocji i potrzeb może poważnie zaburzać odbiór rzeczywistości i doprowadzić do tego, że zaczną robić coś w efekcie niezwykle szkodliwego dla nich samych.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko przygodom szeroko pojętym. Jestem jednak zdania, że żaden człowiek – a tym bardziej przygodny seks z nim – nie rozwiąże za nas naszych problemów. Tworzenie pozorów, jakoby było to możliwe, uważam za toksyczne nie tylko dla nas samych, lecz także dla ludzi wokół.

Trochę merytoryki na koniec? Książka składa się z kilku rozdziałów, w których Joanna Jędrusik omawia swoje doświadczenia z Tinderem. Mówi o depresji, polityce, braku tolerancji, udanych i nieudanych randkach, o traktowaniu ludzi jak towary. Autorka krytykuje zachowania i tendencje ogólnie postrzegane jako złe (takie jak brak szacunku do siebie czy wchodzenie z jednej relacji w kolejną, aby za wszelką cenę uniknąć samotności i bycia sam na sam ze sobą), ale jednocześnie nie do końca poważnie traktuje własne problemy, daje czytelnikowi do zrozumienia, że tak naprawdę ich nie ma. I to, moim zdaniem, najlepiej obrazuje społeczną szkodliwość tej książki.

Ze swojej strony jestem zawiedziona, ponieważ ostatnimi czasy Krytyka Polityczna zdecydowanie zaczyna wykazywać tendencję spadkową, jeżeli chodzi o jakość publikacji. Coraz częściej stawiają na kontrowersję, a nie na merytorykę. Smutne, prawda?


Autor: Joanna Jędrusik

Tytuł: 50 twarzy Tindera

Wydawnictwo: Krytyka Polityczna

Miejsce i rok wydania: Warszawa 2019

Liczba stron: 288

Format: 205x132

Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.