Przeczytaliśmy

Rudnicki za cenę złota

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Odkąd przeczytałem pierwszą książkę Janusza Rudnickiego, jestem jego fanem. Nie wiem nawet, czy nie psychofanem, bo dla wielu czytanie Rudnickiego prowadzi do chorób psychicznych. I na nic zda się czytanie ulotek lub konsultacja z farmaceutą. Jeśli raz zajrzysz do niewinnie wyglądającego tekstu jego autorstwa, to nie ma dla ciebie ratunku (pamiętasz, jak szybko wsiąkało się w serial Stranger Things?). Zmieniasz się w zombie i z utęsknieniem czekasz na kolejną książkę. 
No i jest. Od niedawna na księgarskich półkach wyleguje się Życiorysta 3. Napisałem, że się wyleguje, ale to coś innego niż zaleganie. Trzeci Życiorysta, podobnie jak dwaj jego starsi bracia, to naturysta pełną parą. I chociaż ten pochodzi z innego łoża (poprzednie dwie książki wydało W.A.B., trzecią – Iskry), to sprawstwo jest to samo. Genotyp oczywisty, bezczelność typowa, cynizm chroniczny. Słowem – golizna zamierzona. Ale w swoich tekstach Rudnicki nie jest ekshibicjonistą. Bardziej pasuje mi określenie „naturysta” właśnie. On nie pisze, żeby zaimponować (lub nastraszyć). W swoim stylu czuje się jak ryba w wodzie. Zanurzony w przemyśleniach, płynie swobodnie i obwieszcza światu swoją wersję historii.

Trzeci Życiorysta ma układ identyczny jak wszystkie poprzednie części – Rudnicki najpierw na warsztat bierze biografie, potem pochyla się nad recenzjami, żeby na koniec napisać coś od siebie (te teksty były już zwykle publikowane w czasopismach). Co jest niezmienne? Oczywiście autor. Znajdziemy tu oryginalną autoprezentację:

Jestem niezborny, nieskoordynowany, źle posklejany. Rozleciałbym się, rozpadł, gdyby nie pasek, spodnie, marynarka i buty. Jestem wtyczką, która nie pasuje do żadnego kontaktu, a jeśli nawet jakiś się czasami znajdzie, prędzej czy później i tak spięcie. Jestem drzewem, które nie pasuje do żadnego lasu, inne drzewa przyprawiam o ból kory mózgowej (s. 296).

Jaka jest metoda Rudnickiego na Życiorystę? Prosta, ale ciekawa. Sięga on po napisane wcześniej biografie znanych postaci i pisze je na nowo. Tylko że nie boi się niczego, jest wręcz niepoprawny obyczajowo i politycznie. Zresztą bardziej interesują go zwykle fakty zbywane najczęściej uśmiechem jak u uczennic szkoły przyklasztornej lub przemilczane dla dobra pomnikowej wizji bohatera. Rudnicki nie pisze „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”, tylko oznajmia, że wlazł na trawnik, a jeśli przy tym w coś wdepnął, to na pewno przeczytamy w co.

Mężczyzn rozstrzeliwuje się w obozie w Płaszowie, w miejscu zwanym w śród więźniów Hujowa Górka, od nazwiska Alberta Hujara, dziś na mapach Google oznaczona jako H-Górka. Od lutego 1944 zmiana lokalizacji, rozstrzeliwania na drugim szańcu obozu, w miejscu zwanym wśród więźniów Cipowy Dołek, dziś na mapach Google oznaczony jako C-Dołek (s. 185).

Pisałem już kiedyś, że mnie ta dosłowność Rudnickiego urzekła i jest on jedynym autorem, któremu wybaczam używanie przekleństw. Robi to bowiem czarująco, jak Beata Tyszkiewicz. On cały jest jak polski szlachcic – potrafi bawić towarzystwo dowcipami, ale jeśli zajdzie potrzeba, to, par excellence, przypierdoli w zęby. Na szczęście jemu się tego nie chce robić, więc jedynie z namaszczeniem odziera swoich bohaterów z brązu. Ale z gracją, bo kiedy czyta się jego interpretacje życiorysu Piłsudskiego czy Rutkiewicz, to ma się wrażenie niemal wdzięczności bohaterów. Jakby usłyszeli wreszcie „spocznij” i mogli usiąść na cokołach, żeby rozprostować kości, rozmasować skronie i zwyczajnie napić się wódki z Rudnickim. Bo on zna naszą duszę, jakby był przy procesie jej tworzenia. Najpewniej zaglądał przez ramię bogom, gdy ci nas lepili. I wie, że nie mamy domieszki diamentów ani nawet złotego pyłu.

Lud rosyjski, lud polski, z każdym podobnie. Jeśli naszego nie stać na to, aby jechać daleko, to złazi się w jakimś tam Władysławowie i wtedy plaża zamienia się w chlew z zagrodami. Nie wiem, czy napisać „w Zatokę Świń”, bo lud nasz ostatnio pod ochroną, jak święta krowa, nie powinno się obrażać jego uczuć wyborczych… (s. 189)

Kto trafił na ostre pióro Rudnickiego? Między innymi: Piłsudski (oraz jego miłości), Rasputin (oraz jego obsesje), Wanda Rutkiewicz (i jej marzenia o szczytach), Lou Reed (plus wszystko, co zażywał), Maja Berezowska (ach, czego tam nie ma?). A w rozdziale z recenzjami: Tyrmand, Herling-Grudziński, Hendrik Groen oraz jako bohaterowie książek: Zuzanna Ginczanka, służące (do wszystkiego) i choćby Christian Grey. A na koniec (nie dajcie się zwieść tytułowi rozdziału – W stronę prozy) Rudnicki na tapet bierze niejakiego Herr Rudniki.

W Życioryście 3 nie szukajcie uczonych elaboratów, bo chociaż autor potrafi doskonale obserwować, analizować, syntetyzować i opisywać, to nie wygina języka tak, żeby czytelnik musiał być bardziej wykształcony od reszty społeczeństwa. Rudnicki opanował bowiem do perfekcji umiejętność opisywania zawiłości jakby z językiem wywalonym na brodę, jak na słynnym portrecie Einsteina. Co przez to rozumiem? Pisanie wprost i jednocześnie z podtekstami. Z tym że Rudnicki nie robi tego, żeby wywołać zachwyt. On nie zawsze jest zachwycony swoim zadaniem, jak w przypadku recenzji sagi o Christianie Greyu. Potrafi natomiast umieścić w tekstach treści dowodzące, że dysponuje niezwykłą znajomością tematu. Gdyby szukać modnych dziś kuchennych porównań, to Rudnickiego można porównać z kawiorem – nie wymaga nawet „bouquet garni”, by smakować wyśmienicie. A przy tym mieć cenę złota.


autor: Janusz Rudnicki

tytuł: Życiorysta 3

wydawnictwo: Iskry

miejsce i rok wydania: Warszawa 2018

liczba stron: 312

format: 130 × 200 mm

okładka: twarda


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.