Przeczytaliśmy

Mistrz Bieńczyk

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Zanim Mariusz Szczygieł opublikował Nie ma, reportaż-esej o stracie, kilku innych polskich autorów dzieliło się swoimi przeżyciami po odejściu najbliższych. Inga Iwasiów napisała Umarł mi, a Magdalena Tulli – Szum. W każdym w tych przypadków śmierć wywołała niezwykle intelektualne stężenie myśli. Emocje zaprzęgły do działania proces twórczy i narodziły się książki szczególne pod wieloma względami. Tak też stało się w przypadku Marka Bieńczyka, któremu umarła matka. 
Żałobna rozpacz i płacz po śmierci bliskiej osoby dopada niemal każdego. Nie potrafimy wypowiedzieć ani jednego słowa, wszystkie zdania mieszają się w głowie. Ból jest tak wielki, że na chwilę zapominamy żyć. Szczęście ludzkości polega na tym, że dojrzali intelektualiści potrafią wyjść z pola pełnego krwawiących serc. Nie toną w powodzi cierpienia, choć nie znaczy to oczywiście, że są odporni na ból. Ich emocje są jednak zawsze w pogotowiu twórczym i wystarczy wtedy chwycić mocniej za lejce i poprowadzić swoją żałobę wybraną ścieżką. Może to coś w rodzaju osobistego konduktu żałobnego do bram krainy Hadesa?

Bieńczyk, mistrz słowa, w Kontenerze spisuje dziennik żałoby. Szuka w dziełach kultury śladów cierpienia innych. Znajduje je przede wszystkim u Marcela Prousta i Rolanda Barthes’a.

Żałoba wymagała kiedyś (teraz ten zwyczaj zanika, trzeba się uśmiechać) swoich formalnych oznak. Odpowiednie szaty, czarne opaski na ramieniu. Była łatwiej rozpoznawalna przez postronnych. (…) W zamian obiecywała, że zwiąże się z zegarem, podporządkuje upływowi dni, będzie paktowała z przyszłością, aż wreszcie się wypali (s.20).

Ten akapit zaczyna świetne rozważania nad znaczeniem francuskiego słowa „chagrin”, którego najlepsze tłumaczenie brzmi – „zmartwienie”. A ono przecież sugeruje naśladowanie zmarłego – martwotę.

Czas w żałobie jest dogmatem: musi minąć, aby żałoba dobiegła kresu. Zmartwienie jest antydogmatyczne, o czasie chronologicznym wie niewiele; zna raczej czas słoneczny, meteorologiczny, a nie kalendarzowy. Nie poddaje się analizie. To nuklearna cząstka, której nie da się rozbić. (…) Zmartwienia nigdy nie leczy się u terapeuty, bo też nie powoduje ono gwałtownej zapaści. Trwa podskórnie. (…) Barthes’owi w żałobie przeszkadzała możliwość sprawdzenia własnych doznań pod kątem ich nudnej zgodności z podręcznikowym przebiegiem, a także banalny terror skojarzeń. Przypadkowo zobaczony obraz Cézanne’a, ten niebieski, to przecież kolor matki… (s. 21–23)

Kontener zdaje się próbą okiełznania emocji, jakby Bieńczyk w literaturze i sztuce wyznaczał swój szlak żałoby. Jeśli każdy z nas potrzebuje czegoś, co nie pozwoli mu zwariować z rozpaczy, to dla niego jest tym właśnie kultura. Zresztą pełni ona tu funkcję nie tylko duktu, po którym autor może bezpiecznie przejść z pamięcią o matce do bezpiecznej zatoki pogodzenia się ze stratą. Analiza dzieł kultury jest też metodą uspokojenia i ułożenia myśli. Jest wreszcie metodą ułożenia sobie życia. Kontener staje się magazynem wspomnień i pamięci o matce. Bieńczyk nie chce szybko spakować wszystkiego i zamknąć go na głucho. On ustawia w nim wszystko niezwykle uważnie. Osoby, o których pisze, mają mu to ułatwić, ale także spowodować, że każda ponowna wizyta w tym miejscu będzie łatwiejsza. Porządek sprzyja dobrym wspomnieniom.

Najtrudniejsze i najpiękniejsze (bo w zmartwieniu jedno znaczy drugie) wspomnienia są niczym fotografie. Nie dotyczą wówczas dłuższej sekwencji zdarzeń (tamten wieczór wigilijny u siostry; tamten pobyt nad jeziorem, gdzie kąpało się, wieczorem grało w siatkówkę, a na śniadanie podawano zupę mleczną), lecz jednego obrazu, który zastygł jak na kliszy, jak w kadrze. Nie jest to już typowe wspomnienie – że tak było. To teraz pojedynczy widok, który wciąż doskwiera – bo choć minęło, to wciąż tak jest (s. 186).

Bieńczyk zamienia swój dziennik żałoby w wielką księgę miłości do matki. Z tym że prostotę jej wyznania zamienia na trzystustronicowy esej. Pisze o matce, prowadząc analizę utworów cenionych przez siebie autorów. Zbiera kontener tylko pozornie chaotycznych wspomnień, który za chwilę zamknie, a klucz schowa głęboko do szuflady. Postanawia dać matce coś, co potrafi najlepiej – nasyconą intelektualnie książkę. Zachowuje się jak dziecko, które wierzy, że matka ożyje, gdy zrobi dla niej najlepszą rzecz, jaką umie. Bieńczyk jest dojrzały i wie, że matki nie ożywi fizycznie. Zatem tworzy książkę – przedmiot, który ją unieśmiertelni. I na szczęście dla czytelników robi to po mistrzowsku. Bo przecież matkę kocha się właśnie tak – na medal.


autor: Marek Bieńczyk

tytuł: Kontener

wydawnictwo: Wielka Litera

miejsce i rok wydania: Warszawa 2018

liczba stron: 304

format: 135 × 205 mm

okładka: twarda


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.