Przeczytaliśmy

Szczygieł stutejsiały

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Mariusz Szczygieł to autor w szczególnym dla siebie momencie. Ale nie chodzi mi o to, że jest topowym pisarzem, a każda jego nowa książka zamienia się momentalnie w bestseller (wydana w ubiegłym roku Nie ma została reportażem dekady w plebiscycie zorganizowanym z okazji dziesiątej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego!). Niedawno przekroczył pięćdziesiątkę i gdyby był winem, powiedziałbym, że jest w szczytowej fazie dojrzewania. Szczygieł jest teraz nowym Konwickim. 
Bycie Konwickim w dzisiejszych czasach to niełatwe zadanie. Bo trzeba być też jednocześnie Edem Shiranem. Na szczęście Szczygieł ma wyczucie i świetnie panuje nad swoją popularnością. Nie wydaje zbyt dużo książek, niewiele pisze dla prasy (swoją drogą, mógłby więcej) i stara się zaspokajać ciekawość czytelników. Na swoich kanałach społecznościowych prowadzi nawet coś w rodzaju edukacji intelektualnej, dzieląc się z obserwującymi spostrzeżeniami o świecie. Instagram, który stworzony został przecież jako „nieco lepszy ememes”, traktuje jako dostarczyciela miniesejów.

Czy Szczygieł współczesny jest inny niż Szczygieł sprzed dekady? Mamy doskonałą okazję, żeby się o tym przekonać, bo właśnie ukazało się wznowienie jego książki Zrób sobie raj z 2010 roku. To zbiór reportaży na temat Czech. Najpierw był Gottland, którym to reporter wyznaje miłość do kraju naszych sąsiadów. Zrobił tam pełną prezentację państwa, w którym się zakochał. Zrób sobie raj to relacja ze związku już dojrzałego. Jeśli w pierwszej opisywał Czechy z zachwytem i szacunkiem do ich historii (ale jako reporter, nie historyk), to w drugiej spogląda na nie z perspektywy osoby „stutejsiałej”. Słowo to, wymyślone przez moją znajomą, pisarkę Małgorzatę Maj, najlepiej oddaje punkt odniesienia, z jakiego Szczygieł pisze o Czechach.

Skoro autor jest dojrzale zakochany w podmiocie książki, to na pewno dostrzega dużo więcej niż wcześniej? Otóż widzi dokładnie tyle samo, ale inaczej. We wstępie do pierwszego wydania (nie ma go w obecnym) napisał, że przy jej tworzeniu starał się nie napinać: „Jest wyłącznie o tym, co mnie zafascynowało przez ostatnich dziesięć lat, od kiedy pierwszy raz przyjechałem do tego kraju. Jest notatką z lektur i ze spotkań z ludźmi, których chciałem tam spotkać” – wyjaśniał wtedy.

Po dziewięciu latach dostajemy tę książkę ponownie do ręki i jeśli ktoś nie czytał jej wcześniej, może sięgnąć po wznowienie. A jeśli będzie miał ochotę, to nawet prześledzić zmiany w układzie tekstów z 2010 roku. Na okładce znajduje się ponownie fotografia rzeźby Davida Černego, ale już nie Chrystus do samodzielnego złożenia (jak niegdyś modele samolotów), tylko niemowlęta wspinające się na praską wieżę telewizyjną. Szczygieł lubi Černego, więc poświęcił mu jeden z reportaży o znamiennym tytule Wkurzacz czeski, z którego dowiecie się między innymi o… sztuce ze spermy. Z kolei tekst Wyrozumiałość jest jakby wyjęty z cotygodniowych felietonów w „Dużym Formacie”.

Sporo Szczygieł pisze o Bogu, a właściwie o jego braku w życiu Czechów, o Egonie Bondym, o papieżu (nie-Polaku), Janie Saudku i o pani zwanej Sinicą lub Pomidorem. Nie znajdziecie natomiast tekstu zakończonego jedną z najlepszych point w literaturze. Autor uznał, że jest zbyt doraźny. Pozostawiam czytelnikom przyjemność odkrycia, o który reportaż chodzi. Mariusz Szczygieł już nie musi „wstydliwie” ujawniać swojej miłości do Czech (w pierwszym wydaniu książkę otwiera Coming out). Teraz od razu wiemy, że tytułowy raj to kraj naszych południowych sąsiadów (Kraj raj).

Szczygła czyta się z ogromną przyjemnością bez względu na to, kiedy powstały jego teksty. Wciąż mają uniwersalną wartość – są pouczająco ponadczasowe. A to cecha wyłącznie klasyków. W stacji radiowej, w której kiedyś pracowałem, krążyło takie powiedzenie: „Jeśli nie wiesz, co powiedzieć – puść muzykę. Jeśli nie wiesz, co puścić – puść Beatlesów”. Dziś uważam, że jeśli nie wiecie, co czytać – czytajcie Szczygła.


autor: Mariusz Szczygieł

tytuł: Zrób sobie raj

wydawnictwo: Dowody na istnienie

miejsce i rok wydania: Warszawa 2019

liczba stron: 264

format: 135 × 210 mm

okładka: zintegrowana


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.