Przeczytaliśmy

Dziedzic Pruski i Wesoły Romek

Źródło grafiki: Artur Baranowski
Stanisław Bareja nie jest głównym bohaterem tej książki, ale bez niego nie mogłaby ona powstać. Jak u Barei, czyli kto to powiedział Rafała Dajbora to opowieść o aktorach, którzy w najpopularniejszych filmach reżysera wypowiadają kultowe dziś kwestie. Ale niech nie zwiedzie Was pozornie lekki temat. To książka poważna, bo prawdziwemu życiu najczęściej daleko do komedii. Nawet tych Barei.
W moim domu, jak i w wielu innych polskich domach, komedie Barei to stały element rozmów. A kiedy na jakimś kanale nadawany jest któryś z jego filmów, życie zamiera i wszyscy oglądamy. Nieważne, od którego momentu, zawsze do końca. Bon moty z filmów wprowadzają do codziennych rozmów element humorystyczny. O Barei napisano już wiele, dlatego Rafał Dajbor uznał, że choć reżyser jest zasłużenie wielbiony, warto przyjrzeć się także jego aktorom. Autor sam gra w Teatrze Żydowskim i przewodniczy fundacji „Drugi Plan”, która pielęgnuje pamięć o doskonałych występach epizodycznych w polskim kinie i telewizji. W swojej książce Dajbor szczegółowo opisuje życie i twórczość ośmiu mistrzów epizodów z filmów Barei. Jeden z rozdziałów to posłowie, zawierające krótkie opisy sylwetek jeszcze siedmiu innych aktorów.

Bareja był rzeczywiście kimś zupełnie wyjątkowym w dziejach powojennej polskiej komedii filmowej. Tadeusz Chmielewski kręcił komedie pogodne i ciepłe. Jerzy Gruza kpił bardziej z obyczajowości niż absurdów polityczno-społecznych. Juliusz Machulski od początku traktował komedię jako sposób na zmierzenie się z gatunkami filmowymi właściwymi kinu zachodniemu. […] A Bareja konsekwentnie tworzył kino satyryczne. Prześmiewcze. Wykorzystujące rzeczywistość Polski Ludowej, by pokazać to, co w nas niezmienne. […] Wielką siłą filmów Barei byli jego aktorzy (s. 16–17).

Każdy, kto zna twórczość Barei choć powierzchownie, na pytanie o jego ulubionych aktorów bez problemu odpowie: Wojciech Pokora, Krzysztof Kowalewski, Stanisław Tym, Bronisław Pawlik. Ale tak się składa, że sporą ilość najlepszych, kultowych tekstów wypowiadają w filmach tego reżysera właśnie mistrzowie epizodu. W końcu to Ludwik Pak przedstawia swoją żonę Zofię, Andrzej Stockinger charakteryzuje klimat zimy, mówiąc, że musi być zimno, Eugeniusz Robaczewski tworzy wizję nagłego utworzenia przedszkola w przyszłości. O nich między innymi jest ta książka. Historie w niej opisane nie zawsze są zabawne i niekoniecznie kończą się happy endem. W końcu film to sztuka iluzji bazująca na prawdziwym życiu, życie to zaś… życie. Nie zawsze oszczędzało bohaterów książki.

Nie miał lekkiego życia choćby Ludwik Pak, który w Misiu tak barwnie i dumnie prezentuje swoją żonę („Panowie pozwolą. Moja żona, Zofia!”). Pak szkołę aktorską ukończył w 1955 roku, potem występował na deskach warszawskich teatrów: Dramatycznego, Ateneum i Rozmaitości. Jerzy Gruza nazywał go olśniewającym aktorem i podkreślał, że dyplom szkoły teatralnej nie stępił w nim umiejętności bycia naturalnym na scenie. Pak bardzo szybko poczuł smak sukcesu, napędzającego jego artystyczny głód. Ambicje stały się dla niego zresztą gwoździem do trumny.

Pak wystartował świetną rolą w Kartotece Różewicza. Potem grał w sztukach wielu współczesnych dramaturgów: Maxa Frischa, Johna Whitinga, Kazimierza Brandysa i Ernesta Hemingwaya. Z każdą rolą nasilało się w nim jednak przekonanie, że nie proponuje mu się ról na miarę jego talentu. Pocieszenia szukał coraz częściej w alkoholu, który w końcu zdominował jego życie (przez alkoholizm nie został Balcerkiem w Alternatywach 4, choć pierwsze zdjęcia już miał za sobą). Pod koniec kariery stworzył jeszcze wybitną kreację w Siekierezadzie i zagrał, będącą jakby podsumowaniem jego życia i kariery, niewielką rolę w jednym z odcinków serialu 07 zgłoś się. Jest tam pensjonariuszem zakładu psychiatrycznego. Gdy porucznik Borewicz mija bramę kliniki, zza siatki ogrodzenia zaczepia go postać grana przez Paka. Prosi: „Zadzwoń do mnie”, a kiedy milicjant obiecuje to zrobić, chory podsumowuje z rezygnacją: „Wszyscy tak mówią, a potem nie dzwonią. A ja tak długo czekam na ten telefon, długo czekam na ten telefon…”. Aktor zmarł trzydzieści lat temu w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie.

Bohaterowie tej i pozostałych minibiografii wnieśli do skarbca polskiej kinematografii kruszce różnej próby. Niektórzy występowali więcej, inni mniej, ale każdy dostał do zagrania u Barei, jak się okazuje po latach, rolę życia. Czy Brunet wieczorową porą byłby tym samym filmem, gdyby nie Józef Nalberczak, kochliwy kierowca fiata, który „idzie na taras i wraca zaraz”? A Co mi robisz jak mnie złapiesz bez postaci cwaniakowatego Wisiornego (Mariusz Gorczyński), który „zdanża na czas”? Czym byłby ten film bez kolejkowej rozmowy klientów marketu (Wojciech Zagórski i Stanisław Masłowski), w którym jeden instruuje drugiego, jak dojechać do Kolumny Zygmunta: „Panie, wsiądzie pan w 125, dojedzie pan na plac Zamkowy, tam jest kolumna Zygmunta III. Pójdzie pan i powie mu: pan tu nie stał”?

Autor zadbał o to, żeby wszyscy czytelnicy poznali treść genialnych dialogów z filmów Barei. Każdą sylwetkę aktora poprzedza opis sceny zawierającej cytowany bon mot. Nie trzeba być zatem znawcą polskich komedii, żeby czerpać przyjemność z lektury książki. A kto wie, może ci, którzy jeszcze nie widzieli Misia, Nie ma róży bez ognia czy Zmienników, zapragną pośmiać się z minionej rzeczywistości?


autor: Rafał Dajbor

tytuł: Jak u Barei, czyli kto to powiedział

wydawnictwo: Krytyka Polityczna

miejsce i rok wydania: Warszawa 2019

liczba stron: 336

format: 142 × 205 mm

okładka: twarda


Artur Baranowski

Ukończył dziennikarstwo, komunikację społeczną i PR, zanim to było modne. Najbardziej poruszają go zdania złożone i portugalskie winnice. Książki czyta kiedy się da i ile się da, wino degustuje radośnie. W taki sposób wyrobił w sobie chęć podpowiadania, jak odczytywać wina i smakować książki. Gdyby mógł, czesałby się z przedziałkiem, a jeśli zechce, to zamieszka w Alto Douro.