Meandry kultury

Re: język w normie

Moja serdeczna redakcyjna koleżanka Karolina Pastor przyjrzała się ostatnio sposobom wykorzystywania normy językowej przez użytkowników polszczyzny. Ambitne to zadanie, choć możliwe do wykonania, jak zresztą udowodniła autorka. Karolina postawiła jednak wiele pytań – na tyle ważnych, że nie sposób pozostawić ich bez próby odpowiedzi. Wygląda na to, że teraz pora na mój językowy ruch.
„Chcemy mówić i pisać poprawnie, ponieważ najzwyczajniej w świecie nam się to opłaca – inni nie patrzą na nas krzywo, omija nas chwila zawstydzenia” – pisze Karolina. Norma językowa jako przejaw konformizmu? Niezbyt to dla nas pochlebna opinia, drodzy Czytelnicy. Może jednak znajdziemy coś na swoją obronę, czytajmy dalej. „Co jednak dzieje się w chwili, gdy przypadkowo (lub zupełnie nieświadomie) zdarzy się nam pomyłka?” – dobre pytanie, choć chciałabym je rozszerzyć: a co zrobić, gdy jednoznacznie rozsądzić o pomyłce się nie da?

Myślę tu o pewnym przypadku muzyczno-słownym, który z pewnością obił (się) Wam (o) uszy. Porolujmy trochę!



Przyznam szczerze: kiedy po raz pierwszy usłyszałam Rolowanie Nataszy Urbańskiej, byłam totalnie zdezorientowana. Kiedy zaś PRZECZYTAŁAM tekst tego utworu, dezorientacja przerodziła się w zaciekłe wzburzenie. Tak mocne nasycenie języka polskiego dziwacznymi wtrętami z języka ponglish (a przynajmniej sama Urbańska na taki język się powołuje[1]) sprawiło, że z trudem znosiłam nawet widok tych wszystkich pokręconych słowotworów, a co dopiero zagłębić się w ich sens. Skonfrontowałam moje zdanie z wrażeniami osób, którym los mowy ojczystej również leży na sercu, i – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – wcale nie usłyszałam negatywnych komentarzy. Nie skłamię, jeśli powiem, że przeważały lekko pochlebne oceny, doceniające odwagę artystki oraz całkiem zgrabną satyrę na współczesne praktyki językowe. Spotkałam się oczywiście również z głosami niekłamanego oburzenia, ale było ich zdecydowanie mniej, niż się spodziewałam.

Czy można zatem powiedzieć z pełnym przekonaniem, że ponadnormalne stężenie grandmatek, hardkorów i innych tragejszon (tragejszonów?) w 180-sekundowym muzycznym roztworze to wykrzywienie językowe, które powinno być karane i potępiane? Paradoksalnie Nataszę Urbańską chroni nawet polskie prawo. Ustawa o języku polskim z dnia 7 października 1999 roku, a także jej znowelizowana wersja z 2011 roku, nakłada na każdego z nas obowiązek dbałości o poprawne używanie języka i przeciwdziałania jego wulgaryzacji, ale zaznacza również, że „twórczość naukowa i artystyczna” rządzi się niejako swoimi prawami. Licentia poetica! Urbańska chętnie wykorzystuje swój przywilej – komentując tekst Rolowania, po wielokroć zasłaniała się żartem, ironią lub „znakiem czasu”. Utwór się nam nie podoba? W porządku, mamy do tego prawo, nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje on swobodnym wytworem artystki, która zapewne w taki właśnie sposób wyśpiewuje to, co jej w duszy gra.

Może i nawet dałoby się stwierdzić, ze to całkiem sensowne wytłumaczenie, gdyby nie jedno zdanie, które wymsknęło się piosenkarce. Brzmiało ono mniej więcej tak: odwzorowałam język, którym mówi dzisiejsza młodzież. Z tym zgodzić się już zwyczajnie nie można. Owszem, młodemu pokoleniu czasem mocno nie po drodze ze wskazaniami normy językowej (chociaż starsi wcale nie są lepsi). Racja, że zapożyczenia z języka angielskiego są już nam niemalże niezbędne i że należy je uznawać za nieodłączną część współczesnego systemu polszczyzny. Wszystko to nie prowadzi jednak do stanu, w którym zaczynamy mówić nałogowo o tym, że podniósł mi się flow, ale z oldschoolowym Joe i tak zero temptejszon. Młodzi Polacy zareagowali w internecie niemal natychmiastowo, stwierdzając jasno i wyraźnie: my tak nie mówimy! Norma językowa zadziałała w tym przypadku jak kotwica, która nie pozwala statkowi podryfować w nieznanym, niebezpiecznym kierunku. Użytkownicy języka sami, z własnej, nieprzymuszonej woli upomnieli się o wskazówki normatywne i utożsamili się z nimi. Warto odnotować powyższy stan rzeczy, bo o wiele częściej reguły zapisane w słowniku i wszelkie wzorce „ładnego mówienia” użytkownicy języka kojarzą z kajdanami i wstrętnymi szablonami niepotrzebnymi nikomu do szczęścia. Dzięki jednej piosence staliśmy się świadkami sytuacji, w której główni zainteresowani – odbiorcy muzyki proponowanej przez Nataszę Urbańską – poczuli się nieswojo, między innymi z powodu użytego języka.

Nie należę do wielbicieli Rolowania, dla mnie to wciąż tragejszon nieumniejszona przez żadną konwencję ironiczno-satyryczną, ale nie to jest najważniejsze. O wiele cenniejszy i bardziej znaczący wydaje się stan, w którym relacja „norma – uzus – użytkownicy języka” ciągle zyskuje nowe odcienie, nowe życie, nowe wymiary. Dyskusja i wątpliwości zawsze stwarzają szansę na rozwój. Bycie „za” normą lub „przeciw” normie wymaga zaznajomienia się z nią, choć częściowego zgłębienia jej charakteru.

Jeśli piosenka Nataszy Urbańskiej miałaby wyznaczać jakiekolwiek mody językowe, z mojego gardła natychmiast wyrwałby się krzyk rozpaczy i sprzeciwu, lecz jeśli ma skłaniać do refleksji nad tym, jak, co i po co mówimy – niech i nawet niejeden blant roluje się na backstage’u. Może dzięki temu nikt, naprawdę nikt nie będzie miał wątpliwości, że z tego pana pod względem poprawności językowej pod żadnym pozorem nie należy brać przykładu:





[1] „Ta piosenka opowiada o kobiecie, która co weekend przesadza z używkami. Tak się bawi wiele dziewczyn: biforki, afterki, czasami niestety również fejs demolejszyn. To tak zwany ponglish, który jest znakiem czasu”.

Katarzyna Osior

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, zastępczyni redaktor naczelnej portalu, zajmuje się także redakcją i korektą portalowych artykułów. Miała być lekarzem, ale została językoznawcą i uważa, że lepiej nie mogła wybrać. Obserwuje rzeczywistość z wrodzoną dociekliwością w myśl zasady, że ciekawość to pierwszy stopień nie do piekła, lecz do wiedzy. Wiecznie wierzy – w świat, w ludzi, w uczucia, w język, w Słowo.