Miasto projektowane

Radosna melodia miasta

Źródło grafiki: http://3.bp.blogspot.com/-yXoSqbT_zeM/UAmrh7-0M5I/AAAAAAAAUDM/o-1gyXfLIiw/s1600/Flash%2Bmobs-4.jpg
Katalonia, majowy wieczór dwa lata temu. Na Plaça de Sant Roc w Sabadell ustawia się kontrabasista w czarnym fraku, a następnie zastyga w miejscu. Ma ze sobą instrument gotowy do gry.  Przechodnie spodziewają się, że muzyk jest jedną z kolejnych żywych rzeźb, które wykonają mniej lub bardziej imponujący ruch, kiedy tylko do cylindra stojącego przed nim wpadnie moneta.
Kontrabasista okazał się wystarczająco interesujący, aby dziewczynka znajdująca się na placu poprosiła rodziców o drobne pieniądze, które, pełna oczekiwania na to, co się stanie, wrzuciła do kapelusza. Muzyk uśmiechnął się i zaczął grać. Szybko dołączyła do niego wiolonczelistka, następnie wszedł oboista i skrzypek. W tym momencie nawet najmniej wprawne ucho rozpoznało już IX symfonię Beethovena, a dokładnie fragment zwany Odą do radości. Partyturę rozpisano na całą orkiestrę i chór, a do tej pory na placu stoi tylko grupka artystów i dziewczynka, pierwsza poruszycielka. Sytuacja bardzo szybko uległa jednak zmianie: kolejne instrumenty zaczynały dosłownie wchodzić w utwór. Gdy tylko zbliżał się czas sekcji dętej, ona się pojawiała. Potrzeba skrzypiec? Zaraz się dołączą. Chór rekrutował się spośród dotychczasowych widzów: znajdziemy w nim pana, który trzyma na barana dziecko, pana z kaskiem rowerowym w ręku, a wszyscy (muzycy i śpiewacy) ubrani są jak na co dzień. Tylko kontrabasista włożył strój firmowy. Ach, zapomniałam. Obok dziewczynki w pewnym momencie stanął jakiś pan. Przyglądał się zajściu przez chwilę, aby w odpowiednio dramatycznej chwili podnieść ręce i zacząć całą tą ferajną dyrygować. I tak oto filharmonia w Sabadell zebrała najbardziej przypadkową publiczność na swoim występie.

Muzyczne wydarzenie, które starałam się opisać powyżej, jest przykładem jednej z wersji flash mobu, czyli – tłumacząc dosłownie z języka angielskiego – „błyskawicznego tłumu”. Zjawisko to ma raczej niedługą historię, ponieważ rozwinęło się ono, gdy dostępność zyskały odpowiednie możliwości komunikacyjne. Flash mob polega na wykonywaniu przez grupę ludzi, których nie łączą najczęściej żadne więzi społeczne, umówionego działania w umówionym miejscu oraz w umówionym czasie. Najlepszym medium do rozpowszechniania informacji o takich wydarzeniach okazał się internet, dobrze sprawdza się również sieć komórkowa.

Za pierwszy flash mob w historii uznaje się nowojorskie zgromadzenie nieco nadgorliwych klientów sklepu Macy’s, którzy w 2003 roku po kolei pytali sprzedawców o „dywanik miłości dla komuny”. Z czasem zabawa ta docierała do najróżniejszych zakątków świata, zmieniając jednocześnie swoje formy. Czasem odnajdziemy ją w bitwie na poduszki, czasem w zastyganiu we wcześniej ustalonej pozie, czasem w nagłym, zsynchronizowanym, zbiorowym upadku jakiejś grupy osób na ziemię. Istnieją również bardziej ekskluzywne formy flash mobów, wymagające od uczestników wcześniejszych przygotowań. Przykładem takich inicjatyw może być wspólne tańczenie układów tanecznych czy granie tej samej melodii na wielu instrumentach.

Flash mob to jedna z wielu form miejskiej performatyki. Stanowi on występ o cechach mniej lub bardziej artystycznych, odbywający się w przestrzeni publicznej. Ma wywołać w odbiorcach, czyli przypadkowych przechodniach, zaskoczenie i zainteresowanie. Jego nazwa wskazuje na tymczasowość, ale i na masowość – twórcą jest tłum. Ten sam, który José Ortega y Gasset opisywał jako groźny dla porządku społecznego. Ten sam, któremu swoją uwagę poświęcał Karol Marks, tworząc teorię rewolucji komunistycznej. Tłum też chce pokazać swoją indywidualność, wyemancypować się, nawet jeśli w ten sposób stanie się po prostu mniejszą częścią, wciąż pozostając masą.

Warto w tym kontekście przywołać jeszcze jedno nazwisko znanego myśliciela, przytaczając jednocześnie jego koncepcję dotyczącą przestrzeni. Marc Augé, francuski etnolog i antropolog kulturowy, przyglądał się społecznej mobilności i tożsamości. Dzięki swoim obserwacjom doszedł do wniosku, że możliwe jest używanie dwóch kategorii przestrzeni: miejsca i nie-miejsca. Ta pierwsza określa przestrzenie o znaczeniu historycznym i społecznym znanym wszystkim użytkownikom, a przynajmniej zauważalnym po bliższym oglądzie. W takich przestrzeniach działo się lub dzieje coś, co spaja wspólnotę. Dużo więcej uwagi Augé poświęca jednak nie-miejscom, a więc przestrzeniom definiowanym (przez zaprzeczenie miejsc) jako takie, które odwiedzane każdego dnia nigdy nie zyskują znaczenia, nie kreują więzi społecznych. Typowymi nie-miejscami są przestrzenie przelotowe: dworce, lotniska, centra handlowe. Człowiek trafia do nich na chwilę i niemalże tylko po to, żeby ruszyć w dalszą drogę. Najczęściej nie możemy uznać ich za miejsca codziennych wędrówek. Takie właśnie przestrzenie flash moby starają się oswoić.

Przykład muzycznych występów flash mobowych prosi się o szczególną uwagę między innymi dzięki temu, że wyrasta z dwóch źródeł: nowoczesnych akcji „błyskawicznego tłumu” i występów grajków ulicznych. Początek tego pierwszego, jak już wspominałam, miał miejsce ponad dekadę temu. Pradziejów drugiego źródła można upatrywać wśród wędrownych bardów, którzy od niepamiętnych czasów przemieszczali się z miasta do miasta i snuli swoje opowieści za drobną opłatą. Osady rosły, śpiewacy się osiedlali i tworzyli kapele wędrujące od podwórka do podwórka, żeby za pieniądze, które wypadną z okien kamienic, wyśpiewywać pieśni, piosenki i przyśpiewki. Warszawa miała dwa rodzaje takich kapel: praską i czerniakowską. Praska (typowa) ma swój pomnik u zbiegu ulic Floriańskiej i Kłopotowskiego. Czerniakowska (warto pamiętać, że jest to określenie nie tylko dla części miasta, z której pochodzą artyści, lecz także nazwa własna) czasem jeszcze gra w przejściu pod rondem Dmowskiego. Jak widać, miejska muzyka nie jest nowym wynalazkiem. Czasem grają ją lepsi, czasem gorsi wykonawcy. Czasem śpiewają solo, czasem całymi zespołami. A czasem zdarza się, że na ulice wychodzi cała orkiestra.

Na koniec – jeszcze jeden obrazek, tym razem filmowy. W 1946 roku na ekranach polskich kin pojawił się film „Zakazane piosenki”. Za pomocą różnych warszawskich melodii, głównie okupacyjnych, przedstawiał on losy mieszkańców stolicy podczas trwania II wojny światowej. W pierwszych kilkunastu minutach poznajemy głównych bohaterów: dowiadujemy się, że są muzykami, jeden z nich okazuje się nawet skrzypkiem Filharmonii Warszawskiej. Widzimy, że na wieść o zamknięciu tejże instytucji przez Niemców artyści zupełnie spontanicznie zebrali się przed wejściem, aby nieustannie grać Warszawiankę 1831.  Trudno przypuszczać, żeby w okupowanej Warszawie miały miejsce takie koncerty, występowali raczej pojedynczy grajkowie – tak jak w dalszych częściach „Zakazanych piosenek” grali i śpiewali ku pokrzepieniu serc. Nawet jeśli jednak nie dział się on w rzeczywistości, a jedynie wykreowano go na potrzeby rodzimej kinematografii, czyż nie był to jeden z pierwszych polskich flash mobów?


Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.