Meandry kultury

Bitwa codzienna na słownik

Źródło grafiki: images45.fotosik.pl/304/cdcd3b2f120e8f8b.jpg
Wejdźmy do sklepu – mięsnego na przykład. Kotlety by się zjadło, co? Tylko jakie – mełte? A gdzież tam! Oczywiście, że mielone. A po jedzonku może jakaś rozrywka fizyczna? Dobrze, okej, spoko. Pograjmy w bilarda! W bilard nie chcemy. Potem posłuchamy, co tam grają w radio. Tfu, w radiu. Tylko jedno niepokoić nas powinno w tej uroczej sytuacji: a czemu tak strasznie źle mówimy? A może postawmy inne pytanie: dlaczego niby źle?
Wszystkie sytuacje, o których napisałam, dotyczą rzeczy znanej od wielu lat i od równie długiego czasu wzbudzającej emocje: rozziewu między normą językową a uzusem, zwyczajem językowym. Rozziew ten językoznawcy oceniają jako zjawisko naturalne, a w pewnym sensie nawet i bezpieczne – regulacje nie mogłyby nadążyć za życiowymi wynalazkami mowy, a i nie wszystkie z nich należałoby przyjąć na stałe. Rzecz jest w gruncie rzeczy normalna i logiczna, mocno jednak wpływa na wytworzenie innego rozziewu – między nami, użytkownikami języka. W tym miejscu kończy się zabawa, a zaczyna się opresja.

Wszyscy słyszeliśmy zapewne o kilku najgorętszych językowych aferach ostatnich lat: witam na początku mejla, wyższość form żeńskich nad formami męskimi i odwrotnie, zapożyczenia z języków obcych (zwłaszcza anglicyzmy), językowe potyczki na słoiki i lemingi… Jeszcze wiele rzeczy można byłoby wymienić w tym ciągu, nie o to jednak chodzi. Interesuje mnie sama natura zjawiska, która w dużym skrócie wygląda tak: słownik sobie, a my sobie.

Czy to nowe? Nie, zdecydowanie nie. Czy złe? No właśnie, tutaj odpowiedzi mogłyby być już bardzo zróżnicowane. Wiele osób zaciekle broni rozwiązań słownikowych, wskazując jednocześnie na to, że nienormatywnie znaczy gorzej. Każde odstępstwo od normy w takim ujęciu jawi się już nie tylko jako rozluźnienie, lecz także, a może przede wszystkim wykrzywienie, ignorancja, arogancja. Potoczność zaczyna wtedy niebezpiecznie zbliżać się do głupoty – ulica to nie uniwersytet i na tym polega jej ułomność. Warto się jednak zastanowić, dlaczego inność utożsamiamy z wartościowaniem negatywnym i jakie właściwie mamy do tego prawo.

Wyobrażam sobie komunikację, w której mówimy do siebie tylko wyszukaną polszczyzną, obracamy się w eufonii, sięgamy po erudycyjne pojęcia, zwracamy uwagę na każdy detal zapisany w słowniku poprawnej polszczyzny. Wyobrażam sobie, widzę, słyszę w głowie i dochodzę do wniosku, że jestem zmęczona. Że życie nie polega na idealności – funkcjonowanie języka niczym nie różni się w tym aspekcie od innych rzeczy. Że wolno nam się mylić, wolno nam tworzyć skróty myślowe, wolno nam wybierać rozwiązania mniej normatywne, ale bardziej funkcjonalne. Że język i tak wyrzuca to, co mu niepotrzebne i co zbyt mocno miesza w jego systemie. Że warto czasem pozwolić sobie na niepoprawność i spuścić powietrze z balonu elokwencji.

Chcę podkreślić jedną rzecz: poprawność językowa jest bardzo ważna. W wielu sytuacjach odgrywa ona niebagatelną rolę, nierzadko świadczy o nadawcy komunikatu, a przede wszystkim ma zbawienny wpływ na uspójnianie tekstów oraz precyzję wypowiedzi. Ważne jednak, abyśmy mieli świadomość, że w niektórych sytuacjach możemy pozwolić sobie na rozluźnienie bez wyrzutów sumienia – umożliwia nam to również cudowny wynalazek normy użytkowej, która wcale nie jest gorsza, ale po prostu inna, funkcjonalna w innych sytuacjach niż te powiązane z normą wzorcową. W trakcie nieoficjalnej rozmowy z koleżanką naprawdę nie musimy jej ganić za to, że mieliła kawę, a nie mełła, a jeśli naszemu szefowi zdarzy się pełnić jakąś rolę, to nie musi wcale oznaczać, że mamy do czynienia z przygłupem. Może, ale naprawdę nie musi, a jako użytkownicy języka zdecydowanie zbyt często gotowi jesteśmy ferować okrutne, bezdyskusyjne wyroki o językowych bliźnich.

Pewnie jeszcze trzy lata temu po przeczytaniu tego tekstu napisałabym jakiś zajadły, kąśliwy komentarz przesiąknięty ironią (najmocniej godzący w autora, bo ignorant jakiś totalny i na pewno po prostu nie zna zasad). Na szczęście etap fetyszyzacji normy językowej mam już za sobą – na szczęście, bo zaczęłam rozumieć, że norma językowa to nasz skarb, to nasz potencjał, a nie nasza niewola. Język z nami współpracuje, a współpraca ta sięga dużo dalej niż dyskusje o mniej lub bardziej poprawnych formach wyrazowych. A przede wszystkim: chodzi o treść, chodzi o to, aby komunikacja okazywała się skuteczna. Tego chcę od mojego języka.

Niech norma pomaga nam ćwiczyć kompetencje komunikacyjne zamiast stawać się przyczynkiem do ostracyzmu społecznego i kretyńskiego wywyższania się jednych nad drugimi. W tym miejscu zawieszam rozważania i idę robić kotlety mielone. Nie mełte. Nigdy nie mełte.


Katarzyna Osior

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, zastępczyni redaktor naczelnej portalu, zajmuje się także redakcją i korektą portalowych artykułów. Miała być lekarzem, ale została językoznawcą i uważa, że lepiej nie mogła wybrać. Obserwuje rzeczywistość z wrodzoną dociekliwością w myśl zasady, że ciekawość to pierwszy stopień nie do piekła, lecz do wiedzy. Wiecznie wierzy – w świat, w ludzi, w uczucia, w język, w Słowo.