Rozbij grę

Kółka ze złości

Źródło grafiki: Autor: Lewis Hine [Public domain], Wikimedia Commons
Każdy z nas żyje w jakichś oparach, czasem nawet zatraca się w nich. I bynajmniej nie są to tak dobrze znane opary absurdu, chętnie widziane w wielu zdarzeniach i stanach emocjonalnych, które swą nielogicznością paradoksalnie wywołują więcej śmiechu niż łez. I na pewno o wiele mniej skutków, tych z rodziny nieprzyjemnych następstw.
Tak więc można żyć w różnych oparach. Najgorsze jednak są opary pretensji, bo to one wywołują strach, poczucie porzucenia, gniew, złość. To one rujnują najtrwalsze fundamenty, przez co nie pozwalają na budowę czegoś, co mogłoby być oszałamiające, prawdziwe i na wskroś szczere. Po prostu – mogłoby być piękne i uszczęśliwiać tak po prostu.

Opary pretensji przenikają do głębi i powoli wyniszczają do szczętu. Wkradają się w ciebie, by po chwili już zamieszkać w tobie, płynąć w twoim krwiobiegu, niemal się tobą stać. To zdumiewające i pewnie niedorzeczne, bo nikt się nie przyzna do swoich skłonności do roszczeń i żali. Najczęściej wszystko – nawet najmniejszą kąśliwość języka – każdy z nas potrafi sobie jakoś wytłumaczyć.

W tej kwestii nie ma znaczenia, czy chodzi o sytuację między mamą i córką, siostrą i bratem, przyjaciółmi, mężczyzną i kobietą. Każdą z tych relacji – pomimo ich różnorodności – mogą osnuć opary pretensji, w każdej będą zmierzać w jednym kierunku: niezrozumienia, delikatnego pęknięcia czy w końcu rozpadu tego, co jeszcze niedawno stanowiło istotną część nie tylko naszego świata, lecz także nas.

Pretensje to kula śnieżna, która z biegiem lat staje się czymś nie do zatrzymania. Dopiero gdy niczym sroga lawina przetoczy się przez nasze życie i zniszczy to, co spotka na swej drodze, można ją zauważyć. Trudno kontrolować pretensje, bo powstają bez naszej woli, wręcz pomimo wszystko. Są trwalsze od bezwarunkowej miłości na całe życie, niestrudzone bardziej niż najbardziej zdeterminowani adoratorzy i przede wszystkim przenikliwie podstępne. Zaczynają się od drobnych, przyziemnych rzeczy i gdy widzą, że pozwalamy, by były pierwszym – wiodącym głosem, nie sposób ich opanować. Zaczynamy wypluwać je z siebie bez przerwy, a gdy tego nie robimy, dochodzi do momentu, w którym następuje kulminacja i zaczynamy mówić – mówić, mówić, mówić, a nasz potok słów nie maleje. Już nie słyszymy drugiej osoby, już oskarżamy i odpowiadamy sami sobie na ewentualne zarzuty – i mówimy, mówimy, mówimy.

Bezowocnie czekamy, bezpodstawnie oskarżamy i bez powodu odczuwamy żal zamiast skruchy. Nie czujemy potrzeby przeproszenia, bo uważamy, że mamy rację, bo już nic nie widzimy – opary o gęstości zawiesistej mgły zasłaniają wszystko. Etap szczypania oczu przez dym przeszedł dawno temu, a teraz następuje czas wypluwania z siebie wszystkiego, co popadnie. Nie tylko złości i zmartwień, lecz także oczekiwań i słów o niespełnionych obietnicach.

I nie widzimy nic. Aż nagle, gdy już nie ma co wypluć i tak siedzisz sam w fotelu – bo nic więcej nie pozostało – dopiero teraz możesz zauważyć to, co wokół ciebie, a co się przeistoczyło w krajobraz po bitwie. I tak siedzisz, i tępo wbijasz wzrok w kółeczka ze złości, mimowolnie wyplute przez ciebie z oparów pretensji, a przenikające teraz tlen, którym oddychacie obydwoje.

To jak, czytelniku - wchodzisz do gry?


Katarzyna Prędotka

W dacie urodzenia ma dziewiątki i ósemki. Studiuje dziennikarstwo. Lubi literaturę lat 60. i 70., historię starożytną, filmy wojenne lat 80. i 90. W wolnych chwilach utrwala swoją wiedzę na temat postaci kapitana Henry’ego Morgana.