Miasto projektowane

Siedemdziesiąt dwa lata później

Źródło grafiki: Elroy Serrao, https://goo.gl/nSDRLA
Od pamięci nie da się uciec – tak samo jak od polityki. Najgorzej jest jednak, gdy te dwie sfery połączą siły.
Jeśli utarte klisze kulturowe zaczną nam coś mówić o społeczeństwie, to powiedzą zapewne, że wszystkie dziewczynki bawią się w dom, a wszyscy chłopcy – w wojnę. Jeśli w tym momencie ktoś, kto czyta powyższe, pragnie zaprzeczyć, to ma rację. Przytoczyłam krzywdzące stereotypy wypaczające rzeczywistość. Przecież kobiety mogą służyć w wojsku, a dla mężczyzn sprzątanie i gotowanie bywa spełnieniem najskrytszych marzeń. Okazuje się jednak, że w branży zabawkarskiej podział na domowe i wojenne gadżety jest wyraźny. Na szczęście to nie jedyne grupy, ale zaryzykowałabym stwierdzenie, że pozostałe można scharakteryzować jako podgrupy tych dwóch. Czy zatem słuszne będzie stwierdzenie, że od dzieciństwa wychowuje się nas za pomocą takich, a nie innych przedmiotów, żeby w określony sposób ujawniały się nasze postawy obywatelsko-patriotyczne i role społeczne? Moim zdaniem tak.

Ktoś policzył niedawno, ile zestawów klocków Lego odwołuje się do przemocy, a więc zawiera pistolety, kusze, miecze i inne bronie. Okazało się, że to ponad połowa produktów, przy czym brano pod uwagę również zabawki dla najmłodszych. Producenci, zapytani o przyczyny takiego stanu rzeczy, odpowiedzieli, że nie widzą w tym żadnego problemu oraz że przyświeca im bardzo ważna zasada – nigdy nie tworzyć zabawek powiązanych z realnymi wydarzeniami. Podobną wrażliwością nie wykazała się inna firma, kilka lat temu wypuszczając na rynek klocki „Barykada” poświęcone Powstaniu Warszawskiemu. Nie znam danych o liczbie sprzedanych egzemplarzy, ale jestem prawie pewna, że takie zabawki znalazły swoich odbiorców, zwłaszcza że cechowały się dużą różnorodnością. Osoby znający się na sztuce mogą teraz zapytać, czemu uważam zestaw „Barykada” za niestosowny, jeśli Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie za jeden z najbardziej wartościowych obiektów uznaje pracę Zbigniewa Libery zatytułowaną Lego. Obóz koncentracyjny. Otóż odpowiedzią jest, jak zawsze, kontekst. Praca Libery nie tylko nie została stworzona na użytek komercyjny. Miała wręcz odwrotne zadanie – zwracała uwagę na to, że z codziennych przedmiotów można zbudować coś tak przerażającego jak obóz koncentracyjny i że niewyobrażalnie okrutne zbrodnie popełnione podczas drugiej wojny światowej wzięły się nie z kosmosu, lecz z najbliższego otoczenia.

Przeznaczone do zabawy klocki imitujące realne sytuacje wojenne powinny budzić i budzą kontrowersje z powodu daleko idącej estetyzacji. Z tych samych powodów krytykować można głośny swojego czasu film Miasto 44. W obu przypadkach za dużo jest ładnie ubranych i uśmiechniętych powstańców, którzy przeżywają każdy wybuch i strzał. Taka obecność Powstania w kulturze nie pokazuje jego drugiego oblicza – nie tego pięknego i niemal propagandowego, lecz zakrwawionego, konającego w mękach wojny. Co ciekawe, cały czas niewiele mówi się o ludności cywilnej mieszkającej wtedy w Warszawie. Nie wspomina się o niebezpieczeństwie czyhającym na osoby niezaangażowane bezpośrednio w walki, o rzezi Woli, o setkach tysięcy zabitych w publicznych egzekucjach.

Długoletni czytelnicy naszego portalu mogą dojść do wniosku, że gdy dwa lata temu podejmowałam temat Powstania Warszawskiego, przytaczałam dokładnie te same przykłady. Ta redundancja ma jednak swój cel. Z jednej strony dotyczy kwestii, o których warto pamiętać, a przez kulturę popularną oraz multiplikowanie klisz i tematów łatwo nie zauważyć granicy między wymaganą a nadmierną estetyzacją. Z drugiej strony natomiast służy zwróceniu uwagi na reakcję środowiska kombatanckiego. No właśnie, jaka ona była? W zasadzie niezauważalna, jednak przy okazji siedemdziesiątej drugiej rocznicy wybuchu Powstania coś musiało się zmienić, bo dopiero w tym roku potomkowie powstańców wraz ze środowiskiem kombatanckim zaczęli podkreślać, że opaska na ramię to nie tani gadżet, tylko ważny symbol walki o wolność ojczyzny. Nie należy stosować jej do komercyjnych gierek lub politycznych przepychanek.

Ale czemu dopiero teraz? Czemu nagle retoryka podkreślająca heroizm i patriotyzm walczących straciła aprobatę środowiska powstańców? Niewątpliwie w ciągu ostatnich dwóch lat w siłę urósł ruch narodowy, powołujący się na tradycję Powstania Warszawskiego. Niewątpliwie ruch ten posługuje się symbolami rasistowskimi. Niewątpliwie również jest on o wiele bardziej konserwatywny niż niektóre frakcje kombatanckie. Jednak czy to stanowi największy problem? Wydaje się, że najsilniejszą reakcję wywołała decyzja ministra Antoniego Macierewicza, obligująca do odczytywania apelu smoleńskiego podczas każdej uroczystości, w której udział będą brali żołnierze.

Preludium do tegorocznych obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego okazała się decyzja prezydenta Poznania, wcześniej wnioskującego o udział reprezentacji wojska w uroczystościach rocznicowych Czerwca ‘56, a później rezygnującego z pomysłu ze względu na przymus odczytania apelu poświęconego nie tym, którzy rzeczywiście brali udział w walkach. Apel smoleński jest istotnym elementem polityki pamięci, prowadzonej przez obecne władze i zawłaszczającej historię. Ostra reakcja na to zapewne wiąże się też z obawą przed umniejszaniem bohaterstwa czynów powstańczych. O przykłady potwierdzające zasadność takiego strachu nietrudno. Jeśli dyskredytacja symbolu Solidarności, Lecha Wałęsy, przebiega tak łatwo, to nie powinno być również problemu ze znalezieniem „dowodów” na niepoprawność powstania warszawskiego. Jeśli zniszczenie symbolicznych podwalin polskiej demokracji przez krytykę postanowień Okrągłego Stołu może odznaczać się taką skutecznością, to umniejszanie wagi Powstania względem czy to katastrofy smoleńskiej, czy jedynej słusznej prezydentury we współczesnej Polsce może w mgnieniu oka stać się powszechną praktyką.

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że nie jestem fanką patriotycznych gadżetów w rodzaju koszulek z Polską Walczącą, a kiedy widzę tatuaże o powstańczej tematyce, to odwracam oczy. Do samego Powstania podchodzę być może z nadmiernym krytycyzmem. W tym momencie jednak nie potrafię powiedzieć, że nie podzielam obaw kombatantów i potomków powstańców. Powstanie Warszawskie stało się wprawdzie symbolem zbyt często wykorzystywanym zarówno w przestrzeni miasta, jak i na rynku wydawniczym, ale wciąż ma w sobie godność. Kiedy okazuje się, że władza dąży do przewartościowania i – co najważniejsze – reinterpretacji wydarzeń, mam ochotę stanąć w szeregu z tymi, którzy współtworzyli pamięć, objawiającą się miedzy innymi nadawaniem powstańczych nazw każdemu skwerowi w Warszawie, wmurowywaniem tablic i stawianiem pomników.

Niezależnie od tego, czy Powstanie Warszawskie było wygrane, czy nie było, zmieniło wiele – jeśli nie bieg historii, to przynajmniej Warszawę. Pamięć o nim, odzyskaną po latach komunizmu, należy zachować nie jako patriotyczną wydmuszkę, lecz jako podwaliny do obywatelskiej postawy. Taki cel wymaga więcej pracy niż nakręcenie filmu, wyprodukowanie zestawu klocków czy zaprojektowanie kolekcji odzieży patriotycznej. Skłania do refleksji – tej krytycznej i konstruktywnej.


Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.