Zwoje rozwoju

Złota skrzynia bez złota

Źródło grafiki: www.pexels.com
Polska reprezentacja zakończyła Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rio z dorobkiem jedenastu medali, w tym dwóch złotych, zdobytych przez Anitę Włodarczyk w rzucie młotem oraz Magdalenę Fularczyk-Kozłowską i Natalię Madaj w wioślarstwie. Na zwyciężczynie spłynęła fala zachwytów i pochwał, jednak równie głośno jak o mistrzach zrobiło się o wielkich przegranych. Olimpiada nie rządzi się w tym przypadku szczególnymi prawami – my po prostu lubimy się trochę popławić w porażkach. Najlepiej cudzych.
Mój przyjaciel, zapalony kibic Legii Warszawa, powiedział ostatnio na spotkaniu towarzyskim, że z Legii nikt nigdy nie jest zadowolony niezależnie od tego, jak walczy i co zdobywa. Jeśli wygrywa, to zarzuca się jej, że robi to w brzydkim stylu. Jeśli przegrywa, to pojawia się fala wzburzenia, bo nie ma zwycięstw. Jeśli jako pierwszy od dwudziestu lat polski zespół kwalifikuje się do fazy grupowej Ligi Mistrzów, to niemal nikt nie daje jej szans na wywalczenie chociażby punktu w meczach z gwiazdami światowego futbolu. Nie ma radości z tego, że do Polski (która mimo dobrych występów reprezentacji podczas minionego Euro nadal nie jest potęgą piłkarską) przyjadą najlepsze zespoły rozgrywek, że klub sporo zarobi i będzie miał pieniądze na rozwój, że nasi zawodnicy z przeciętnej ligi zyskają szanse na ogranie się i pokazanie z dobrej strony, a potem – na transfery do lepszych klubów.

Nie chodzi bynajmniej o to, abyśmy popadali w zachwyt, bo Legia – racjonalnie rzecz oceniając – zapewne rzeczywiście okaże się najsłabsza pod względem umiejętności. Oczekiwanie, że będziemy w tych rozgrywkach pierwszoplanowym graczem, byłoby jednak – równie racjonalnie patrząc – zbyt wygórowane i idealistyczne, bo oparte na przekonaniu, że milowych kroków w rozwoju dokonuje się z dnia na dzień. Aby się wyzwolić z tego zaklętego kręgu myślowego, trzeba nam przyjąć trzy rzeczy. Po pierwsze – do każdego przypadku należy dobrać odpowiednią miarę. Po drugie – wielkie rzeczy potrzebują więcej czasu i więcej wysiłku. I po trzecie – to porażki stanowią motor rozwoju.

Staram się tego nie robić, ale czasem pękam i czytam komentarze na forach internetowych. Reakcje po startach polskich sportowców w Rio były zazwyczaj podobne: kibice narzekali na żenująco słaby poziom rodzimego sportu, zarzucali zawodnikom, że pojechali nie na olimpiadę, lecz na wakacje, a czasem z satysfakcją przypominali, że przewidzieli ten blamaż już dawno temu, bo przecież „szóste miejsce w finale to żaden sukces”. Czyżby? Mówimy o szóstym z kolei najlepszym zawodniku na całym świecie. CAŁYM. Tylko pięć osób na całej kuli ziemskiej robi daną rzecz lepiej niż ta osoba. To jest gigantyczny sukces, nieosiągalny nie tylko dla większości osób trenujących daną dyscyplinę, lecz także – a raczej przede wszystkim – dla wszystkich kanapowych kibiców, którzy trenują co najwyżej palce, pisząc hejterskie komentarze na forach.

To właśnie kwestia miary i czasu: jeżeli liczyłaby się tylko wygrana, to cały trud włożony w dojście do światowej czołówki byłby bezwartościowy, stracony. A więc albo mamy w szkole same szóstki (a na studiach – same piątki), albo jesteśmy idiotami. Albo zawsze czujemy się pełni sił i wypoczęci, albo powinniśmy zagrzebać się w domu pod kołdrą i nie męczyć świata swoją słabością. Albo zakładamy firmę i od razu stajemy się potentatami na rynku, albo nie powinniśmy w ogóle zaczynać interesu. Pozostajemy obecnie więźniami doskonałości i taktyki „wszystko albo nic”. Presja społeczna na ogół nakręca spiralę oczekiwań i widzimy to w każdej sferze życia, nie tylko w sporcie. Myślę, że zaczyna się to gdzieś na etapie wymagań skorelowanych z płcią – kobiety gonią za magiczną triadą 90/60/90, a mężczyźni kupują kolejne odżywki w pogoni za imponującym bicem (oczywiście nie chodzi tylko o pragnienie doskonałości, to z pewnością bardziej złożona sprawa). Chcemy być idealni, najlepsi, genialni na kosmicznie wyśrubowanej skali, w której niepotrzebnie kładziemy największy nacisk na porównywanie się z innymi. Tracimy w ten sposób możliwość najsensowniejszego odniesienia – odniesienia do siebie samego, sprawdzania swojego rozwoju, poprawiania osobistych rekordów. Spójrzmy nawet na system ocen szkolnych – jaki sens ma zestawianie ucznia „piątkowego” z uczniem „trójkowym” (poza próbą zainspirowania kogoś czyjąś mądrością), skoro prawdopodobnie mają zupełnie inne predyspozycje i specjalizacje? I kto właściwie zrobi większy postęp: uczeń wyciągający się z dwójki na trójkę czy uczeń tkwiący cały czas w stabilnej piątce? Każdy ma swoją skalę, każdy ma swoje mistrzostwo świata, każdy ma inny próg wytrzymałości. Dążmy do najlepszych wyników, jasne, natomiast róbmy to z szacunkiem dla swoich osiągnięć, jakiekolwiek by one były. Dla mnie, dość miernej pływaczki, nauczenie się pływania na plecach okazało się sukcesem stulecia, choć zapewne dla ratowników na basenie moja radość stanowiła dość komiczne zjawisko. Najważniejsze jednak, że i ja, i oni pływaliśmy, byliśmy w grze – robiliśmy to po prostu na innych zasadach.

Nie mogę w tym tekście nie wspomnieć o Pawle Fajdku, murowanym kandydacie do złotego medalu w rzucie młotem, który na konkursie w Rio… nie zakwalifikował się do ścisłego finału. Wprawdzie w zamian doskonale spisał się Wojciech Nowicki, który wywalczył brąz, ale i tak to nazwisko Fajdka zdominowało dyskusję po zawodach. Atmosfera stawała się tym gorętsza, że przed zawodami sam Paweł Fajdek udzielił wielu odważnych wywiadów, w których otwarcie mówił o genialnej formie i zbliżającym się spektakularnym sukcesie. Nasz młociarz musiał zatem uporać się nie tylko z odpowiedzialnością za porażkę, lecz także z lawiną komentarzy w stylu „za brak pokory się płaci”. Jak mogliśmy wszyscy zobaczyć na filmie zamieszczonym na fanpejdżu zawodnika, Fajdek był po swoim fatalnym występie naprawdę załamany.

Agresja społeczna spowodowana dosyć buńczucznymi deklaracjami sportowca nie powinna dziwić, choć jego zachowanie ma swoje powody. Ocenę tego, czy Fajdek przesadził z pewnością siebie, czy też nie, pozostawiam każdemu z nas. Zauważę jednak, że wielkie cele zakładają użycie ponadprzeciętnych środków. Fajdek w taki sposób realizował ideę afirmacji – używał środków werbalnych do podbudowania mentalnego obrazu samego siebie jako mistrza olimpijskiego, tworzył w sobie przekonanie o własnej sile, podawał sobie sugestie. Jako człowiek, który zamierzał zdobyć złoty olimpijski medal, musiał mierzyć wysoko i posługiwać się argumentami z najwyższej półki. Można widzieć w tym z jednej strony brawurę, ale z drugiej – ogromną odwagę; Fajdek wiedział przecież, że zostanie zmieszany z błotem, jeśli nie wypełni swoich obietnic. I on tę odwagę udowodnił także wtedy, gdy publicznie przepraszał ze łzami w oczach.

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Nie wiadomo, ile wiedziałby o sobie Paweł Fajdek, gdyby mistrzowsko rzucił w Rio, i czy w ogóle dowiedziałby się czegoś nowego. Teraz dostał potężnego kopniaka i to jest jego ogromne bogactwo. To złota skrzynia, do której wrzucono mnóstwo cuchnących śmieci, ale na której dnie znajdują się wiedza, siła i jeszcze większa odwaga. W brudnej złotej skrzyni tkwi rozwój.

Paweł Fajdek jeszcze kiedyś stanie na najwyższym stopniu olimpijskiego podium. My za to już teraz możemy pomyśleć, jaka porażka w naszym życiu okazała się (albo dopiero się okaże) taką złotą skrzynią. Przyjąć ją, odkurzyć, wyczyścić, naprawić. I rosnąć – ale nie w pasie podczas siedzenia przed komputerem i klepania jadu na klawiaturze. Wygrać naprawdę, nawet jeśli oznaczałoby to, że wciąż jesteśmy ostatni na mecie. Nawet jeden procent to i tak więcej niż zero.


Katarzyna Osior

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, zastępczyni redaktor naczelnej portalu, zajmuje się także redakcją i korektą portalowych artykułów. Miała być lekarzem, ale została językoznawcą i uważa, że lepiej nie mogła wybrać. Obserwuje rzeczywistość z wrodzoną dociekliwością w myśl zasady, że ciekawość to pierwszy stopień nie do piekła, lecz do wiedzy. Wiecznie wierzy – w świat, w ludzi, w uczucia, w język, w Słowo.