Zwoje rozwoju

Rozmowa to wojna. Niestety

Źródło grafiki: Tarik Browne, flickr.com
Gdy myślę o trudnych sprawach, które patronują październikowi na Z CYKLU, to przypominam sobie, że mniej więcej trzy lata temu poszłam na pewien wykład motywacyjny. O ile nie mylę faktów, dotyczył on komunikacji. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – często chodzę na takie spotkania – gdyby nie jedna wypowiedź prowadzącego, którą zapamiętałam i która mocno mną wstrząsnęła.
Trener zapytał: jak myślicie, co stanowi największą namiętność ludzi? Posypały się różne odpowiedzi: władza, pieniądze, kobiety, mężczyźni, seks, biżuteria, jedzenie… Usłyszeliśmy wtedy, że owszem, te wszystkie sprawy mają dużą wartość dla wielu osób, ale same w sobie nie budzą najbardziej ekstremalnych emocji. A zatem co według prowadzącego najbardziej rozpala serca i umysły ludzi? Odpowiedź brzmiała: to, żeby mieć rację. Żeby moje było na wierzchu. Żeby wygrać.

Taka wizja świata wydała mi się wtedy makabryczna, chociaż ściśle łączyła się z badaniami językoznawczymi, które już wtedy znałam. Podświadoma walka werbalna na śmierć i życie stanowi realizację jednej z głównych metafor kognitywnych, według których organizujemy codzienne funkcjonowanie. Mowa tu o metaforze ROZMOWA TO WOJNA [1], opisanej szczegółowo w przełomowej publikacji George’a Lakoffa i Marka Johnsona Metafory w naszym życiu [2]. Autorzy tej książki wysuwają odważną, ale i prawdopodobną tezę: to, jak mówimy, bezpośrednio wpływa na to, jak myślimy. A zatem jeśli w codziennej komunikacji raz po raz używamy sformułowań typu: twoje argumenty są nie do obronienia; zaatakował mnie; wypunktował wszystkie moje słabe strony; jeśli nie zmienię strategii, to on mnie pokona, czyli mówimy o walce, to nasza komunikacja naprawdę staje się walką.

Nie chodzi jednak wyłącznie o powiązania gramatyki i słownika leksyki z modelami myślowymi – to dopiero początek. Jeżeli rzeczywiście zaczynamy komunikację rozumieć jako wojnę, to naturalną konsekwencją tego staje się uznawanie współrozmówcy za wroga. Taka sytuacja, w której nadawca rywalizuje z odbiorcą i na odwrót, jest zaś całkowitym wypaczeniem sensu komunikacji, która z definicji ma się opierać na współpracy. Według innego znanego badacza, Paula Grice’a, u podstaw komunikowania się leży założenie, że każdy z rozmówców ma dobre intencje, nie chce wprowadzić drugiej osoby w błąd i używa komunikatów, aby przybliżyć się do jakiegoś wspólnego celu. Nadawca i odbiorca godzą się przy tym na zmienność ról, a więc na naprzemienne mówienie i słuchanie, oraz na podchodzenie do siebie nawzajem z szacunkiem.

Podczas tego wykładu motywacyjnego zrozumiałam, że większość naszych rozmów nie jest dobrą komunikacją. To albo czyste wymienianie się informacjami, albo narzędzie służące do przeróżnych celów, łączących się w jednym punkcie: kieruje nami żądza wygranej. Uważam, że najczęstszą przyczyną trudności w komunikacji jest właśnie egoistyczne pragnienie zwycięstwa, które implikuje spór JA vs INNI. On z kolei odbiera nam rzecz szalenie cenną i istotną, a mianowicie: życzliwą otwartość na poglądy współrozmówcy. Ślepe podążanie za swoimi namiętnościami (mniejszymi lub większymi) blokuje naszą zdolność aktywnego słuchania drugiego człowieka, skłania nas do manipulacji, przeinaczeń, wybiórczego traktowania komunikatu i etykietowania. Jeśli nie opanuje się umiejętności współczującego, otwartego komunikowania opartego na szczerych intencjach, nie ma szans na porozumienie. Co więcej – nie ma na to chęci, nawet jeśli wygłaszane deklaracje sugerują coś innego.

Moje myśli wędrują teraz ku komunikacji codziennej, ograniczonej do małego grona rozmówców, ale chcę nawiązać również do dyskursu publicznego (zwłaszcza w miesiącu poświęconym trudnym sprawom). Ostatnimi czasy na nowo rozgorzała debata dotycząca ustawy antyaborcyjnej i ochrony życia poczętego. Jest to dyskusja dotycząca spraw niesamowicie ważnych i właśnie dlatego obserwuję ją z wielkim smutkiem, ponieważ temat zupełnie nie licuje z formą. Komunikacja większości osób zaangażowanych w debatę przestała mieć jakikolwiek związek ze współpracą – stała się orężem.

To, co myślę o zaostrzeniu/liberalizacji prawa aborcyjnego, nie ma teraz znaczenia. Naprawdę ważne jest – bez względu na zdanie każdego z nas – abyśmy zauważyli kilka czynników wypaczających sens zagadnienia.

Po pierwsze: rozmowy toczą się w aurze skrajnych, nabuzowanych emocji, które zacierają rozmówcom różnice między faktami a opiniami i blokują zdolność do odpowiedzialnego traktowania słów. Zarówno Tomasz Terlikowski, proponujący kobietom hitlerowski mundur jako „niezłe wdzianko na manifestację”, jak i uczestniczki protestu maszerujące z hasłem „macice wyklęte” szafują skojarzeniami obciążonymi historycznie i etycznie. A przede wszystkim – podkręcają poziom agresji, i tak już wywindowany pod niebo.

Po drugie: spór wynika też z nieuwspólnionej (na tyle, na ile to w ogóle możliwe) definicji pojęcia „życie”. To oczywiście rzecz bardzo trudna, wymagająca włączenia wielu kontekstów z pogranicza etyki, filozofii, prawa, medycyny i religii, ale bez powrotu do znaczenia trudno zachowywać świadomość, o co tak naprawdę wszystkim chodzi. Bo być może to nie o życie toczy się ta gra, tylko o jakieś inne pojęcie? Każdy z nas powinien niezwykle sumiennie odpowiedzieć na to pytanie i rozeznać się w swoich intencjach. Jeśli bowiem osi dyskusji nie stanowi życie poczęte i aborcja, tylko cokolwiek innego – co według mnie jest bardzo prawdopodobne – to ta dyskusja powinna mieć zupełnie inne środki ciężkości i zupełnie inny słownik. Gdy w grę wchodzą sprawy najważniejsze, znaczenie słów powinno pozostać żelazną regułą.

Po trzecie: spójrzmy na to, co wprowadzają wszystkie te agresywne słowa. One nas dzielą społecznie. Dużo mówimy o nienarodzonych, ale prawdziwą tragedią jest, gdy żywi patrzą na siebie z nienawiścią i gdy widzimy w drugim człowieku potencjalnego przeciwnika (czyli według niektórych użytkowników internetu: przygłupa, debila, kretyna, idiotę, katotaliba, świrniętą feministkę itp.). W takiej atmosferze wystąpienie współpracy, która dla wszystkich byłaby komfortowa, graniczy z cudem. I nic się nie zmieni, jeżeli odgórnie zaszufladkujemy nasz świat na dwa wrogie obozy. Niczego się nie nauczymy, jeśli nie zaczniemy słyszeć, zamiast tylko słuchać. A słyszeć znaczy stworzyć przestrzeń do polifonii i zrezygnować z jakichkolwiek ocen wstępnych. Niech decydują czyny i słowa wypowiedziane, a nie domysły i przeczucia.

Często słyszę, że spokojna, nieantagonizująca komunikacja jest przereklamowana i trzeba zdecydowanie walczyć o swoje. Czyżby? Przereklamowane staje się coś, czego używaliśmy już wiele razy i co nas zawiodło. Taka komunikacja jest raczej niedoreklamowana. Odnoszę wrażenie, że kojarzy się z frajerstwem, ciapowatością i brakiem własnego zdania. Zastanawiam się jednak, do czego potrzeba większej odwagi: do miotania oskarżeniami czy powstrzymania niektórych słów ze świadomością, że niczego dobrego nie wniosą, w niczym nie pomogą i niczego nie naprawią? I kto wybrał lepszą drogę: ten, kto wywalczył rację, czy ten, kto z zasady w walce nie chce brać udziału?



[1] W tłumaczeniu Tomasza Krzeszowskiego metafora kognitywna ARGUMENT IS WAR ma postać ARGUMENTOWANIE TO WOJNA, według mnie jednak przekład ten nie oddaje sensu komunikatu w sposób trafny, dlatego zdecydowałam się na formę ROZMOWA TO WOJNA.
[2] George Lakoff, Mark Johnson, Metafory w naszym życiu, przełożył i wstępem opatrzył Tomasz P. Krzeszowski, Warszawa 1988.

Katarzyna Osior

Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, zastępczyni redaktor naczelnej portalu, zajmuje się także redakcją i korektą portalowych artykułów. Miała być lekarzem, ale została językoznawcą i uważa, że lepiej nie mogła wybrać. Obserwuje rzeczywistość z wrodzoną dociekliwością w myśl zasady, że ciekawość to pierwszy stopień nie do piekła, lecz do wiedzy. Wiecznie wierzy – w świat, w ludzi, w uczucia, w język, w Słowo.