Rozbij grę

Bo to taka mała przykrość właśnie…

Źródło grafiki: PS Photography, Pexels
Dla mnie nieśmiertelność to sprzeciw. Wobec otoczenia, opiekunów, szefów, przyjaciół, ale przede wszystkim wobec siebie. Nigdy nie będziemy nieśmiertelni, jeśli nie podejmiemy próby zmierzenia się ze sobą i z tym, co nas wyniszcza, zamyka, w pewien sposób zmusza do odtrącenia samych siebie. Nieśmiertelności nie zapewnią nam też dzieci czy spuścizna w postaci słów. Bo gdy coś zżera człowieka od środka, zżera również zawartą w nim prawdę – jego prawdę, tę właściwą jedynie jemu prawdę o nim samym.
Gdy jesteśmy młodzi, buntujemy się cały czas. Czasami nawet nie wiadomo dlaczego. To właśnie wtedy człowiek czuje – i wie – że może wszystko, ma poczucie nieśmiertelności. Gdy dorastamy, zaczynamy dostrzegać ewentualne skutki, powoli zakładamy marynarki, eleganckie buty, kupujemy drogie skórzane teczki i otrzymujemy służbowego laptopa. Zaczynamy osiadać i wizualizować, lecz nie realizować. Nie jest to skrajnie złe, lecz na pewno nie wnosi do naszego życia tyle, ile byśmy oczekiwali, a towarzyszące temu konsekwencje i wciąż postępujący marazm nie są tak umiarkowane, jak sądziliśmy i przewidywaliśmy. Taka kolej rzeczy, że człowiek zmienia w pewien sposób siebie, otoczenie, styl pracy. Chce bezpieczeństwa i stabilności, więc gdy widzi choćby cień nadziei na ich osiągnięcie, zaczyna podążać w tym kierunku.

A czy nie mógłby wizualizować i realizować? No właśnie… Łatwo powiedzieć.

„Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia” – te słowa Stanisława Grochowiaka z wiersza Do S… chyba najlepiej obrazują te zmiany. Przecież bunt zawsze będzie w nas, w mniejszym lub większym stopniu, ale będzie. Nie można się od niego odciąć we wtorek, a w środę się obudzić i powiedzieć: „Teraz będę się na wszystko zgadzać”. Różnica polega na tym, że im jesteśmy starsi, tym mniej chcemy działać. Już nie jesteśmy nieśmiertelni, już widzimy że krew jest realna; że gdy oberwiemy, to stanie się to naprawdę. Moralnie, fizycznie czy psychicznie, wszystkie zadane ciosy odczuwamy sto razy silniej, bo zdajemy sobie z nich sprawę. A tak naprawdę najmocniej bolą nas nie rany, a świadomość poniesionych konsekwencji.

Stąd też wiemy, że bunt, o którym myślimy, jest słuszny, jednak niekoniecznie chcemy działać pod jego banderą – po prostu niezbyt chcemy uczestniczyć w wynikających z niego zjawiskach: strajku, emocjonalnym społecznym kataklizmie, fizycznej walce z przeciwnikami. Nie zgadzamy się, ale pozwalamy sobie na brak działania.

Dlatego też tak łatwo odnaleźć nieśmiertelność w płynie, w dymie lub w proszku. Gdy brakuje nam odwagi lub nasz bunt od dawna jest w spoczynku, sięgamy, sięgamy, sięgamy… i czasami odstawiamy, a czasami nie jest to już takie proste.

Najbardziej popularnym substytutem prawdziwej nieśmiertelności jest ta w płynie. Alkohol. I nie jest w naszym kraju brany tak poważnie, jak powinien, spycha się go do żartów o alkoholikach, o micie narodowego pijaństwa, wrzuca do jednego ogromnego wora ze wszystkimi anegdotami osób w stanie wskazującym. Nie wiem, czy to dobrze, czy raczej źle, na pewno nie pomaga to w podjęciu decyzji o zrezygnowaniu z picia, o choćby odmówieniu kieliszka wódki, małego piwa… ale kto tak naprawdę odmawia i komu? No właśnie, kto komu. Gdy decydujemy o swoim niepiciu, to zapytani o to, czy wypijemy coś mocniejszego, odmawiamy współtowarzyszom czy samemu sobie? Co jest dla nas bardziej istotne? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że odmówienie komuś nie oznacza odmówienia sobie i zmierzenia się z samym sobą? A czasami po prostu się wydaje, że wystarczy jedynie postanowić, że nie chcemy już pić, ale tak naprawdę to droga donikąd. Gdy człowiek przyzna się przed samym sobą, powie głośno, że ma z tym problem, dopiero wtedy zaczyna nową drogę. Zaczyna się sprzeciwiać sobie, idzie drogą nieśmiertelności, która zawsze jest najtrudniejsza.

Nie poznałam w swoim życiu dużej rzeszy alkoholików, a przynajmniej nie tych, którzy są już niepijącymi alkoholikami. Jednak znam dwoje, kobietę i mężczyznę. Patrząc na nich, zobaczyłam różne świadectwa zrywania z nałogiem.

Ona uświadomiła mi, jak istotna jest w tym wszystkim świadomość, on – jak płonne są zamiary, gdy sami nie chcemy nic zmienić. Usłyszałam o efekcie lustra, współuzależnieniu, manipulacji, o terapii, łzach, oparach i dymach. W końcu – o frustracji i zastępowaniu jednego nałogu drugim, o szukaniu możliwości i o tym, jak niewygodna dla uzależnionego może być osoba, która mówi mu „nie”. I gdy już poznałam większość tych mądrych nazw poszczególnych zachowań, nagle zaczęłam je dostrzegać. Nagle zaczęłam rozumieć i czuć się oszukana. Ale chyba nie ma się co martwić, bo oszukał mnie sam mistrz w swoim fachu – alkoholicy przecież nimi są – fachowcami od kluczenia.

Czy wpłynęło to na mnie? Na pewno. Jeszcze nie wiem w jakim stopniu, pewnie czas pokaże – bo czas już dobrze wie. Ale po wszystkich tych rozmowach wiem jedno. Jesteś nieśmiertelna każdego dnia i w każdej jego sekundzie. Zbuntowałaś się. Postanowiłaś sprzeciwić się samej sobie; sobie, którą byłaś. Droga była ciężka, lecz Ty dalej dumnie nią kroczysz. Nic nie jest dane na zawsze, ale Ty jesteś tego świadoma i właśnie z tego powodu walczysz każdego dnia. Dlatego wiem, że nie muszę trzymać kciuków, bo wiem, jestem przekonana, że dasz radę.

Nieśmiertelność jest buntem, a bunt nieśmiertelnością – choć nie gwarantuje długiego i godnego życia. A co będzie jutro? Tak jak Ty nie mam pojęcia, co przyniosą kolejne dni, ale jedno jest pewne – nieśmiertelność jest trudna i nie jest dla każdego. Ty zdecydowanie jesteś na właściwej drodze.

Czasem tylko gdzieś między migającymi światłami, obrazami, które chętnie wyrzucilibyśmy z pamięci, sterylnymi szklanymi przestrzeniami widać taką małą przykrość właśnie… gdy kropla cały czas jest przekonana, że drąży skałę, bo jeszcze nie wie, że już dawno temu wpadła do morza.


To jak, czytelniku – wchodzisz do gry?


Katarzyna Prędotka

W dacie urodzenia ma dziewiątki i ósemki. Studiuje dziennikarstwo. Lubi literaturę lat 60. i 70., historię starożytną, filmy wojenne lat 80. i 90. W wolnych chwilach utrwala swoją wiedzę na temat postaci kapitana Henry’ego Morgana.