Social Power

Porażka roślinnej propagandy

Źródło grafiki: valeria_aksakova | Freepik
Skoro już jesteśmy w tym miesiącu przy temacie porażki, postanowiłam napisać o moich przemyśleniach na temat najgorszych błędów ludzi promujących dietę roślinną.
Zacznijmy od tego, czemu dieta stricte roślinna wzbudza takie emocje. Czy to dlatego, że jedzenie w niej polecane jest niesmaczne? A może niezdrowe? Otóż odpowiedź na takie pytanie stanowi jednocześnie obnażenie najniższych ludzkich instynktów, niestety. Najczęstszą przyczyną niechęci do nowości okazuje się bowiem obawa przed utratą tego, co już znane i bezpieczne – tego, do czego w głębi swej natury człowiek zwykle dąży. W przypadku zmiany diety dochodzi również aspekt lenistwa, a nawet uzależnienia. Wszystkie powyższe powody tworzą mieszankę wybuchową, której skutki można obserwować na różnego rodzaju forach, gdzie ludzie o skrajnych poglądach zamiast rozmawiać i inspirować się nawzajem, obrażają się i wysyłają do wszystkich diabłów. Przypuszczacie pewnie, że w moim artykule lżyć będę wszystkich mięsożerców, jak przystało na wegankę-wariatkę? Otóż nie! Lżyć mam zamiar moich wegańskich braci…

Wchodzicie na forum internetowe na temat diet wegetariańskich. Czego byście się tam spodziewali? Gdy odwiedzałam taką stronę po raz pierwszy, chciałam odnaleźć na niej garść porad żywieniowych, trochę ciekawych przepisów i mnóstwo wsparcia na mimo wszystko trudnej drodze, jaką jest stopniowa rezygnacja z produktów odzwierzęcych. To, co znalazłam, przekroczyło najbardziej pesymistyczne wyobrażenia. Moim oczom ukazały się kłótnie, pretensje i wzajemne szkalowanie ludzi zarówno z tego samego „środowiska jedzeniowego”, jak i z kręgu osób mięsożernych. W jakim celu? Każdy chciał udowodnić drugiemu, że to właśnie jego styl życia oraz wybory spożywcze są najlepsze. Wydawałoby się, że wegetarianie i weganie powinni szanować się nawzajem, bo przecież wspierają właściwie jedną i tę samą ideę… Świat by wypiękniał, gdyby był tak prosty.

Jeśli dostałabym zadanie podzielenia roślinożerców na grupy według poglądów, zapewne musiałabym stworzyć osobną kategorię dla każdego z nas. Czy to źle? Oczywiście, że nie! To wręcz wspaniale, że widać między nami tak duże różnice – dzięki temu uczymy się jeden od drugiego, a różnice stymulują nasz rozwój. Gdybyśmy wszyscy byli jednakowi, w końcu pozabijalibyśmy się nawzajem z nudów. Czemu jednak nie potrafimy tego faktu zaakceptować i ze sobą rozmawiać? Jeżeli chodzi o stosunek jednych roślinożerców do drugich, sprawa wygląda niemal tak samo jak w przypadku stosunków roślinożerców z mięsożercami. Wszystko kończy się i zaczyna tam, gdzie jedna strona czuje się lepsza od drugiej, gdzie ktoś próbuje nas zmieniać na siłę lub wzbudza w nas wyrzuty sumienia z jakiegoś powodu. W każdym z tych przypadków kłótnie i wzajemne pretensje potrafią skończyć się naprawdę krwawo.

Po drugiej stronie mamy również media, które dorzucają własny węgielek do tego ognia albo wręcz stają się zarzewiem konfliktu – przedstawiają wegetarian jako kompletnych ignorantów i idiotów, którzy biegają boso, czczą szatana albo zrywają kwiaty na łące w celach spożywczych (nic dziwnego, że społeczeństwo myśli potem, że roślinożercy jedzą głównie trawę, chociaż muszę pozostać uczciwa i powiedzieć, że niektóre rodzaje kwiatów rzeczywiście są jadalne). Jakiś czas temu w „Rozmowach w toku” pojawiły się wegetarianki. Główny problem każdej z nich polegał na tym, że nigdy nie umówiłyby się na randkę z mężczyzną-mięsożercą, ponieważ śmierdziałoby mu z buzi trupem. Tak, to był naczelny argument przeciwko osobom jedzącym mięso – nie rozbieżność przekonań, różnice w wyznawanych systemach wartości, tylko właśnie zapach… Oglądając ten program, sama czułam się jak obłąkana.

Czemu uważam obecnie funkcjonujący wizerunek wegetarian za winę zarówno mediów, jak i samych roślinożerców? Dlatego, że dobra propaganda nie jest zła. Filmowcy doskonale wiedzą, w jaki sposób skleić materiał i jak ułożyć scenariusz programu, żeby z wybranego człowieka zrobić wariata. Dotyczy to każdej grupy społecznej, każdej postawy, każdego zachowania. Jednocześnie jednak wegetarianie jako grupa społeczna powinni rozumieć, że jeśli występują publicznie i głoszą ideologię, w którą wierzą, to kluczową rolę powinny odgrywać: skrupulatne przygotowanie, rozległa wiedza o prawach zwierząt oraz rzeczowe, merytoryczne odpowiedzi na pytania. Zachowując się tak jak panie, które wzięły udział w „Rozmowach w toku”, roślinożercy sami skazują się na kpiny.

Kilka miesięcy temu miał miejsce manifest wegetarianek-feministek, które publicznie protestowały przeciwko przemysłowi mleczarskiemu za pomocą własnych piersi, obciążonych sztucznymi dojarkami i wystawionych na widok powszechny w środku miasta. Czy to naprawdę droga do tego, aby cokolwiek komukolwiek uświadamiać? Jest to zachowanie tak samo karkołomne jak nagie protesty feministek, podczas których kobiety sprzeciwiają się uprzedmiotowieniu, jednocześnie uprzedmiotowiając się publicznie i pozwalając, aby mężczyźni przechodzący ulicą mieli do nich dokładnie ten stosunek, jakiego one usilnie próbują się pozbyć. W tym przypadku wybijanie klina klinem nie działa. Ideologia to nie kac, żeby go zapijać jeszcze większą dawką ideologii.

Skoro nie klin – klinem, nie brak świadomości – agresją, to co robić?

Kluczowa wydaje się edukacja. To ona w czasach zwątpienia i odmóżdżenia zgotowanego nam przez media jest jedynym środkiem do osiągnięcia samodzielnego myślenia, a także zdolności do podejmowania własnych, świadomych decyzji. Jak to zrobić? Jak promować styl życia bliski nam i w naszym przekonaniu wartościowy – taki, który według nas powinien być bliski również reszcie społeczeństwa? Przede wszystkim łagodnie, spokojnie i merytorycznie. Nie zapominajmy, że sami kiedyś (w większości przypadków) żyliśmy inaczej. Spora część z nas doświadczyła jakiegoś przełomu w życiu, a samych siebie sprzed tego przełomu też moglibyśmy nazwać idiotami. Ale czy to robimy? Nie… Dlaczego więc traktujemy tak innych ludzi, którzy nie mają jeszcze naszej świadomości? Przecież oni niekoniecznie pozostaną w tym stanie do końca życia. Każdemu człowiekowi z góry należy się szacunek. To, czy dana osoba rzeczywiście na niego zasługuje, nie należy już najczęściej do naszego osądu, bo zwykle nie jesteśmy w stanie wydać żadnej opinii całkiem obiektywnie.

Co prócz edukacji? Przede wszystkim dystans do siebie i poczucie humoru! Niczego nie wskóramy, wpadając w szał za każdym razem, kiedy słyszymy pytania typu: „A czy weganie jedzą po północy?” albo „Czy seks oralny jest wegański?”. Ja osobiście nauczyłam się mieć w zanadrzu cięte, choć przyjazne riposty lub odpowiadać na tego typu pytania w taki sposób, aby osoba je zadająca musiała poważnie zastanowić się nad tym, co miałam na myśli. Inteligencja i błyskotliwy język uciszają lepiej niż przekleństwa i wyzwiska, którymi niestety posługuje się obecnie większość fanatyków niezależnie od wyznawanej ideologii. Wegan i wegetarian nawołuję zatem do spokoju i szacunku oraz do mocno rozwiniętej tolerancji wobec ludzi o innych przekonaniach, a mięsożerców zachęcam, aby nie postrzegali obecności wegetarian na świecie jako ataku na ich własne talerze!

Do tematu diety i stylu życia jeszcze powrócę. Jaka natomiast będzie myśl końcowa tych wypocin? Otóż tak: jeżeli chcesz kogoś przekonać do swojego trybu funkcjonowania, pokaż mu, że ów tryb jest łatwy, przyjemny lub wartościowy! Ja z tej okazji zawsze piekę ciasto, a potem widzę tylko trzęsące się uszy i oczy szeroko otwarte ze zdziwienia… Da się? Jasne, że tak!


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.