Social Power

Perwersja, ostracyzm i media społecznościowe

O co walczyły sufrażystki? Wydaje się Wam, że o wolność seksualną, aborcję na życzenie i upodlenie mężczyzn w każdej sferze życia, co ma miejsce obecnie na przykład w sądach, gdzie pierwszy odruch to zawsze przyznanie praw do opieki nad dzieckiem kobiecie, niezależnie od tego, czy jest w stanie je wychować, czy nie? Myślicie, że emancypantki protestowały po to, aby musieć, tak jak teraz, wypełniać tysiące ról społecznych pozostających ze sobą w sprzeczności, jednocześnie poświęcając jedną sferę życia dla innej?
Kobiety nie walczyły o to, aby ciało znowu zaczęło być traktowane przedmiotowo, a seks stał się czynnością fizjologiczną, która nawet jeżeli doprowadzi do ciąży, to nie przyniesie żadnych konsekwencji, bo dziecka będzie można się łatwo pozbyć. Kobiety chciały prawa do dokonywania wyborów, a nie konieczności wybierania wszystkiego naraz, aby uniknąć presji ze strony społeczeństwa i oskarżeń, że mają czelność z czymś nie dawać sobie rady. Nasze matki i babki dążyły do tego, aby być w związku partnerkami, a nie „władczyniami”, które umniejszają wartość mężczyzny i sprawiają, że do niczego się już nie nadaje, zbyt przytłoczony kobiecym charakterem. Czy zatem jako kobiety przesadziłyśmy, czy to bieg historii potoczył się jednak trochę zbyt szybko?

Wiek dwudziesty miał to do siebie, że zarówno zmiany technologiczne, jak i społeczne następowały lawinowo. Wydaje mi się nawet, że większość ludzi po prostu za nimi nie nadążyła i, zagubiona w zastanym świecie, nie dała rady biec zgodnie z pędem narzucanym przez inne jednostki, prawdopodobnie bardziej zaawansowane w rozwoju. To zresztą żadna tajemnica, że zmiany na przełomie epok (chociażby literackich) były zawsze domeną tej najlepiej wykształconej części społeczeństwa o najszerszych horyzontach. Ciasne umysły nigdy nie dostępowały zaszczytu brania udziału w przemianach społecznych. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – jako oponenci hamowali zmiany. W związku z tym natomiast, że osoby te nie miały udziału w postępie, doszliśmy do czasów, w których zaledwie garstka ludzi wykształconych i postępowych nadąża za swoją epoką i stara się dyktować warunki (chociaż są czynniki, które skutecznie im to uniemożliwiają), natomiast większa część społeczeństwa w dalszym ciągu żyje w epokach minionych. Są tacy, którzy umysłowo tkwią jeszcze w środku epoki jaskiniowej.

Istnieje jeszcze trzecia grupa osób, którą ja nazywam Zagubionymi. To najbardziej nieukierunkowana część społeczeństwa. Tworzą ją ludzie, którzy nie wiedzą, ani kim są, ani jaką funkcję powinni pełnić lub pełnią w grupie, do której należą. Nie mając żadnych skonkretyzowanych czy wykształconych samodzielnie poglądów, kierują się w życiu tym, co usłyszeli od innych. Dają sobą manipulować do tego stopnia, że w jednej rozmowie potrafią nawet kilkukrotnie zmienić zdanie. Na myśl przychodzą mi w tej chwili rozmówcy Sokratesa – czyżby zawsze było tak samo, a dopiero nowoczesny przepływ informacji pokazał nam ogrom głupoty ludzi, ich lenistwa i niechęci do samodzielnego myślenia?

Zapytacie pewnie, jakie są skutki powyższego zróżnicowania społeczeństwa, powstałego w wyniku zbyt szybko następujących przemian. Wszystkich nie zdążę Wam teraz wyłożyć, natomiast chcę powiedzieć o sferze seksualnej i skłonności do perwersji, która u żadnego gatunku nie występuje tak intensywnie jak u homo sapiens… A skoro już jesteśmy przy słowie homo, które w dalszym ciągu wywołuje krztuszenie się herbatą (i każdym innym aktualnie pitym napojem) u ludzi, którzy nigdy nie słyszeli nawet o teorii ewolucji, zacznijmy od tak zwanych odchyleń od normy. Wygląda na to, że wszystko zaczęło się na dobre w czasach, kiedy homoseksualiści odzyskali na nowo przywilej normalnego funkcjonowania w świetle prawa, czyli w dniu, w którym stosunki seksualne z osobnikami tej samej płci przestano karać śmiercią lub kastracją chemiczną. Oczywiście był to proces bardzo rozciągnięty w czasie i w każdym kraju wyglądał inaczej.

Zachowania homoseksualne charakteryzują wiele gatunków zwierząt (przede wszystkim naczelne), jednak tylko dla ludzi od zarania dziejów stanowi to swego rodzaju problem. Nie zapominajmy, że w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat stosunki między osobnikami tej samej płci postrzegano bardzo różnie. W starożytnej Grecji w dobrym tonie pozostawał seks pomiędzy młodzieńcem a dojrzałym mężczyzną jako część paidei (czyli tradycyjnego wychowania), w Rzymie natomiast już nie patrzono na to przychylnie. Z kolei najsłynniejsza grecka poetka, Safona, jest nazywana patronką lesbijek. Następnie po upadku Cesarstwa nietolerancja dla związków homoseksualnych osiągnęła swoje apogeum, aby w wieku dwudziestym stać się katalizatorem prześladowań (od zwykłych złośliwości do ostracyzmu społecznego).

Skąd w ludziach taki stopień nienawiści do osób o odmiennej orientacji seksualnej, skoro natura pokazuje nam, że nie mamy do czynienia z niczym nienormalnym? Czy to zwykły prymitywizm, czy problem leży głębiej? Na przykład gdzieś w podskórnej obawie przez nowym i nieznanym lub wręcz w instynkcie przetrwania, który w związkach homoseksualnych nie posiada swojego punktu oparcia, czyli, mówiąc krótko, dzieci? Zawsze łudzę się, że w tym przypadku kieruje nami właśnie ten ostatni instynkt, który każe odrzucać osobniki niebędące w stanie zapewnić ciągłości gatunku. Już dawno jednak odeszliśmy od natury tak bardzo, że mimo wszystko nie mogę się łudzić, a przyczyna niechęci do osób o odmiennych preferencjach seksualnych zdaje się leżeć po prostu w czystej ludzkiej hipokryzji, fałszywej moralności oraz uwielbianym przez nas wtrącaniu się w cudze sprawy.

Otwarte mówienie o homoseksualizmie wywołało również falę innego rodzaju coming outów, które obecnie obserwujemy. Ludzie uznali, że każdy nie tylko ma prawo do innych upodobań, ale przede wszystkim każdy nie tyle może, ile wręcz powinien być odmienny, wyróżniający się i ciekawy na swój własny sposób. Stąd też, jak uważam, wzięła się większość ostentacyjnych eventów w rodzaju wszelakich parad równości, co często bardziej szkodzi środowiskom homoseksualnym niż pomaga, bo zamiast budować świadomość o ich prawie do istnienia i szczęśliwego funkcjonowania w społeczeństwie, pozostawia niesmak po nachalności, jakimi niestety w większości charakteryzują się tego rodzaju wydarzenia.

Tak zaczęła się era powszechnego ekshibicjonizmu intelektualno-emocjonalnego. Podobno w dniu, w którym wymyślono pierwsze medium społecznościowe, otworzyły się bramy piekielne, a miejsca te od samego początku rosły jako zarzewia prymitywizmu, płytko osadzonych więzi międzyludzkich oraz wspomnianych już przeze mnie Zagubionych. Ludzie poczuli wstręt do samorozwoju, wysiłku oraz komunikowania się ze sobą, szukali łatwych i przyjemnych zastępników dla wszystkiego, co było kiedykolwiek choć trochę problematyczne w życiu. Istnieje też teoria, że zawsze byliśmy tacy jak teraz, ale ograniczone możliwości w przepływie informacji spowodowały, że zjawisko to nie miało tak dużej skali. A teraz – pół wieku po rozpoczęciu rewolucji seksualnej i pierwszych badaniach przedsięwziętych przez doktora Mastersa i jego asystentkę Virginię Johnson – mamy do czynienia z absolutnym rozpasaniem obyczajów, tworzeniem się nowych upodobań i perwersji każdego dnia oraz promowania swobodnej seksualności jako podstawowego prawa każdego człowieka. Skoro Masters i Johnson dążyli do uświadomienia, a ludzie zamiast zrozumieć, że każdy jest inny, z powodu wyobcowania czują potrzebę nazwania swoich niekonwencjonalnych ciągot i przyczyn pożądania, aby nie czuć się innymi, to co poszło nie tak? W którym momencie się zagubiliśmy?

W pewnej chwili ludzie podzielili się na dwie grupy, o których już wcześniej wspomniałam. Z jednej strony mamy tych, którzy wstydzą się swojej inności, więc chcą jakoś dopasować się do ram społecznych, albo  z niej rezygnując, albo wymyślając świeże definicje dla zjawisk doskonale znanych, które będą w stanie stworzyć nowy ład społeczny, dać jednostce do zrozumienia, że stanowi część czegoś większego (do tej sprawy jeszcze wrócę, omawiając nowo zaprojektowane orientacje seksualne). Na przeciwnym biegunie mamy ludzi, którzy na siłę chcą być inni i wyjątkowi, mimo że niczego oryginalnego sobą nie reprezentują. Tu z pomocą przyszły właśnie media społecznościowe, gdzie przy odrobinie starań każdy, nawet najgłupszy i „najmniejszy” człowiek może stać się sławny, ważny, mądry czy wyjątkowy (przymiotnik w tym miejscu może być użyty wedle uznania). Mamy zatem do czynienia z dzieleniem się na przykład za pomocą Facebooka każdym szczegółem z dnia codziennego, pozowaniem na kogoś posiadającego życie lepsze niż w świecie realnym oraz albo kreowaniem się na kogoś, kto na każdy temat ma zdanie odmienne i bardziej oryginalne niż wszyscy pozostali, albo z ukazywaniem samego siebie w niezbyt ostrym świetle dokonań i poglądów innych ludzi, co skutkuje doskonałym dopasowaniem się do reszty szarego społeczeństwa. Obie postawy są szkodliwe. Obie wynikają z kompleksów i braku wiary we własną wartość, stymulowanego przez media i tak zwaną prasę kolorową.

Wszędzie wokół obecna jest ostentacja i skłonność do przesady, ale chyba największe kurioza, którym w życiu miałam wątpliwą przyjemność się przyjrzeć, spotkałam na popularnym obecnie wszędzie Tinderze (zainstalowałam go na potrzeby tego artykułu). Stopień prymitywizmu oraz bezczelności, jaki bije od użytkowników powyższej aplikacji, jest tak zaskakujący, że zdaje się kolejnym poziomem w grze zwanej idiokracją, w którą od wielu lat gra cała ludzkość. Tinder stanowi dla mnie flagowy przykład zarzewia perwersji w swojej najbardziej ohydnej postaci. Aplikacja ta powstała jako wynik od lat zaniedbywanych stosunków międzyludzkich. Z jednej strony ma stwarzać okazję do znalezienia łatwego i niezobowiązującego seksu, a z drugiej strony – kreować miejsce, w którym kryją się przede wszystkim desperaci i rozpieszczone księżniczki, szukające swojego księcia w czarnym BMW. Większość profili natomiast opływa w sprośne fotki i opisy pozostawiające jeszcze mniej miejsca dla wyobraźni.

W świetle powyższych dziwactw, w które obfituje świat współczesny, nic dziwnego, że nastała era „odkrywania” nowych orientacji seksualnych. Obecnie jest ich podobno aż kilkanaście, niektóre źródła podają, że kilkadziesiąt. Tinder natomiast zawarł aż 37 opcji wyboru orientacji seksualnej. Tą, która podoba mi się najbardziej i daje nadzieję na to, że pojawiła się wreszcie jakaś zdrowa moda (i perwersja zarazem), jest sapioseksualizm – orientacja polegająca na odczuwaniu pożądania w stosunku do ludzi obdarzonych ponadprzeciętną inteligencją czy też wyróżniających się w oczach konkretnego człowieka wyjątkową wiedzą. Wydaje mi się, że to jedno z najbardziej pozytywnych zjawisk, o których wspomniałam w całym artykule, i mimo że sapioseksualizmu nie można nazwać nowością, to nazwanie go stworzyło modę na inteligencję, której nie obserwowaliśmy już od wielu lat. Nie łudźmy się jednak, że sapioseksualizm będzie czymś więcej niż tylko modą dotyczącą wąskiej grupy społecznej. To tylko kolejna perwersja, z którą wygra ludzka wygoda i prymitywność. Na pierwszy plan szybko wysunie się znowu coś na kształt erotyki w rodzaju Pięćdziesięciu twarzy Greya, która z powodów niezrozumiałych dla inteligentnych ludzi stanowi symbol wyzwolenia seksualnego, w rzeczywistości będąc pochwałą całkowitego ubezwłasnowolnienia kobiety przez wystawienie na widok publiczny… penisa.


Paulina Piziorska

Filologia klasyczna i ćwierćwiecze – na koncie. Podróże i własne książki – w planach. Kanał literacki, kino oraz dobre jedzenie – na co dzień.