Lorem ipsum

Finał Mundialu 2018

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
Gdy patrzę na statystyki czytelnicze dotyczące najpopularniejszych tekstów, którymi na Z CYKLU raczymy się miesiąc w miesiąc, zauważam brak – i to brak ze wszech miar zadający boleść (taką pokroju wyrywania paznokci) mojemu quasi-literackiemu ego. Porażce tego typu, podkopującej nasze ambicje i skłaniającej do uczciwej pracy w trybie poniedziałek-piątek, da się na szczęście zaradzić. Można racjonalizować ją na wszystkie znane psychice sposoby – wmawiać sobie, że całe to pisanie warte jest tyle co naklejka Polonii Warszawa zdarta z rozkładu jazdy na przystanku Rozłucka. Można uspokoić sumienie kłamstwem słodkim jak darmowa promocyjna krówka rozdawana na dniach otwartych KUL-u. Można też w końcu uczciwie siąść do tworzenia. Strzelić się dwa razy po pysku. W żołnierskich słowach sierżanta Hartmana zagonić siebie samego do pracy. Dosłownie zmusić się do pisania tą okropną myślą, że jedyną kreatywną rzeczą w twojej ostatniej pisarskiej działalności jest błąd ortograficzny w słowie „mruwka”.
A gdy już siedzisz na tym madejowym krześle przed ekranem wypalającym oczy i kładziesz palce na szpilki klawiatury, to... zaczynasz się zastanawiać, jakiż to temat przyniesie do wblowu i multum kliknięć, a także poklask rodziny, znajomych i osób w stanie przejściowym między dwiema wymienionymi grupami. Niezawodnie docierasz wówczas do konkluzji prostej niczym zestawy Lego Duplo – napisz, farfoclu jeden, obmierzły ślimaku, plugawcze, łaziku nikczemny, coś na czasie. A co jest dzisiaj na czasie? Tak absolutnie na czasie? Mundial 2018, oczywiście.


Wracam do tekstu po dniu przerwy (bo muszę Wam wyznać, że bardzo mnie wczoraj zmęczyło te pół strony). Jestem zwarty i gotowy niczym obleczony w trykot, młody, junacki piłkarz, biegający za piłką po murawie którejś z rosyjskich aren na większą chwałę swojego państwa. I tak jak te chwaty – posiłkując się barwnym językiem Dariusza Szpakowskiego – wyłuskują futbolówkę, aby posłać ją w światło bramki, tak ja za moment wydrę mgławicy potencjalności właściwe słowa, ułożę je w odpowiedniej kolejności i stworzę arcydzieło z dziedziny felietonu sportowego (z dużymi kawałkami owoców suszonych przez samą Annę Lewandowską).

Pierwej jednak należy się Wam lepsze uzasadnienie wyboru tematu. Otóż, robaczki, wszyscy korzystacie z internetu, ale być może spaliście akurat na tej lekcji, podczas której tłumaczono zasady jego działania! Uproszczę sprawę. Internet = Google. Ta cudowna korporacja, której pracownicy w kolorowych salach z naściennymi ekranami pracują, bawiąc się, i bawiąc się, pracują, zajmuje się głównie tresurą algorytmów pozycjonujących treści w sieci. Roboty Google’a dniami i nocami mielą frazy wpisywane przez miliardy użytkowników internetu. Te bardziej popularne lądują na wysokich pozycjach w wynikach wyszukiwania. Te mniej popularne, jak na przykład tytuły większości moich artykułów na Z CYKLU (no bo kto wpisuje coś takiego jak Zakopywanie pluszowych misiów, czyli kilka słów o dorastaniu gwiazd popu? No kto?), giną w czeluściach i mogą liczyć jedynie na kliknięcia Mamy oraz kilkorga przyjaciół, którzy znajdą stronę na Facebooku.

Mundial 2018, a w najbliższym czasie również finał Mundialu 2018, to frazy należące do tego pierwszego typu. Rzecz zrozumiała, bo XXI Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej żyje cały świat. Futbolowa sraczka trwa, a wynik się kręci... Wniosek z tego prosty – podły ze mnie karakan, że w walce o czytelnika sprzeniewierzam się ideałom i zniżam do prostego clickbaitu.


Przerwa techniczna na sen. W tym czasie zapraszamy na chwilę relaksu przy muzyce.


Przepraszam Was za to, Kochani. Tak już jakoś mam, że z niedowartościowania gotów jestem nawet cytować Mateusza Grzesiaka. Ale to też nie tak, że mundial mnie nie interesuje. Nie mam serca aż tak czarnego i cuchnącego zepsutym mięsem, aby łaknących boiskowego zamętu chwycić na lep tytułu, a potem trawić ich żrącym sokiem swojego pieprzenia o niczym. Absolutnie nie! Mundial z całą swoją otoczką interesuje mnie tak jak wszystko co duże, poruszające masową wyobraźnię i niemożliwe do ominięcia. Nawdychałem się tej piłkarskiej atmosfery w tramwajach, sklepach przemysłowo-spożywczych, wnętrzach ikeadomostw, barach szybkiej (a przez to marnej) obsługi. Demon piłki nożnej podstępnie rozpylił swój feromon. Smog i wyziewy z elektrociepłowni Siekierki miały w sobie jakąś futbolową nanocząstkę. Sflaczała piłka w zatęchłym pawlaczu nagle zaczęła rozbudzać zainteresowanie, a szorstka, zielona część kuchennego zmywaka – przypominać murawę boiska. No co tu dużo gadać. Przez cztery lata minione od ostatnich mistrzostw nawet taki sportowy ignorant jak ja nabrał ochoty na oglądanie rozgrywek. Zaskakiwałem sam siebie znajomością nazwisk piłkarzy. Nadzwyczaj elokwentnie wychodziły mi wypowiedzi oparte na strzępach wiedzy dotyczącej taktyki. Uniesienia, łapanie się za głowę, zaciśnięcia pięści – wszystko to było autentyczne, a „ależ to zjebał” płynęło prosto z serca.

I nie chodzi tylko o jeden z bardzo niewielu przypadków uzasadnionej dumy narodowej, bo przecież występ Biało-Czerwonych na MŚ 2018 okazał się kinder niespodzianką rozczarowań. Zainteresowanie nie kończyło się po gwizdku w meczu Polska–Japonia. Szło dalej za dziecięcym wyobrażeniem o nieoczekiwanym zwycięstwie drużyny, po której nikt by się tego nie spodziewał. Ta wizja doprowadziła mnie nawet pod drzwi zakładu bukmacherskiego, w którym reputacją Mieszka I poręczyłem za triumf Chorwacji.


W tej chwili (stan na 11.07.2018, godzina 21.10) w meczu Anglia–Chorwacja jest wynik 1:0. Syny Albionu, co nie wąchały pucharu od 52 lat, dzięki bramce Kierana Trippiera strzelonej z rzutu wolnego (w 5. minucie!), są na dobrej drodze do zwycięstwa. „Futbol wraca do domu”, mawiają Anglicy w ostatnim czasie. Wszak wymyślili ten sport (pomijam włoskie, po średniowiecznemu brutalne calcio). Oni już uwierzyli, że falliczny złoty totem mundialu będą macać pospołu całym narodem aż do kolektywnego, wielokrotnego orgazmu. W angielskich domach śnią się mokre sny o upokorzeniu Francuzów – tych Francuzów, którzy ukręcili łba belgijskiej hydrze i tym samym zapewnili sobie udział w finale. Tych Francuzów, co jeśli wygrają, tło każdego tekstu dziennikarskiego popełnionego na ten temat zostanie poszerzone o informację, że zwycięstwo wypadło równo 20 lat od ich ostatniego triumfu podczas mistrzostw świata w 1998 roku, rozgrywanych na własnym terenie.


A Chorwaci? Moi faworyci? Boję się, że są najedzeni tak zwanym „historycznym sukcesem” – czyli tym samym ciężkostrawnym jadłem, które zalega nam w żołądku od mundialu w 1982 roku.


(godzina 21.23) Ale uwaga! Rewelacja! Zaskoczenie! Plot twist! Jest 1:1! Ivan Perišić ten, tutaj, tego, pyk! GOOOOOL! Proszsszszszę państwa! A więc naprijed Hrvatska! Po puchar! Po zaszczyt! Po historię! Po 44 zł, które mogę wyciągnąć z zakładu!


W międzyczasie dorzucę kilka zdań o własnej metodzie twórczej (dla lepszego efektu wyobraźcie sobie mnie perorującego w wyświechtanej marynarce i z mahoniową fajką w ustach, nonszalancko rozpartego na fotelu w studiu TVP Kultura). Gdy rozpoczynałem pisać ten tekst, nie miałem nań żadnego planu. Rewolucyjny pomysł, aby ostatnie akapity przerodziły się w relację z półfinałowego spotkania, jest owocem zbawczego lenistwa. Okazją, aby skończyć dzisiaj i z poczuciem dumy położyć się spać. Aby jutro, miast wykręcania paluchów na klawiaturze, móc się zająć poważniejszymi sprawami, takimi jak oglądanie filmików na YouTube.


(około godziny 22.00) Dogrywka. Czyli dwa razy po 15 minut. Czyli 6 razy zupka instant w 5 minut. Czyli niemalże 9 razy wysłuchanie piosenki I Just Can't Get Enough od Depeche Mode. Czyli pół godziny na ustalenie wyniku. Strategiczne pół godziny dla Francuzów.


(mniejsza o godzinę) GOOOOOOOL! Jezus Maria, świętości innych systemów religijnych i bóstwa chtoniczne! Mandžukić, który kupił piwo wszystkim mieszkańcom rodzinnego Slavonskiego Brodu oglądającym ćwierćfinał Chorwacja–Rosja, strzela bramkę na 2:1! Jest już pozamiatane, koledzy i koleżanki. Zatem w finale Mundialu rozgrywanego w Rosji 15 lipca 2018 roku zmierzą się Francja i Chorwacja.


No dobrze, pobawiliśmy się trochę w pisanie, ale gdzie jest wniosek? Jaka jest pointa oprócz uczynienia zadość tytułowi i ustawienia tekstu pod algorytm wyszukiwarki? Szczerze mówiąc, nie wiem. Im mocniej staram się, bym to ja panował nad słowami zamiast odwrotnie – kapryśne i na pstrym koniu weny twórczej jeżdżące słowa nade mną, tym bardziej tracę to sprzed oczu.

A tymczasem każda informacja i wydarzenie walczą o atencję. I nie ma różnicy, czy jest to esej wątpiącego w sens swojej działalności autora, finał mistrzostw świata, publiczna egzekucja czy promocja na frytki w Biedronce.


Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.