Z innej beczki

Humanitarnie, czyli jak?

Źródło grafiki: Magdalena Kuczera
Nikt chyba nie wątpi, że idea niesienia pomocy humanitarnej jest zasadniczo szlachetna. To jednak kolejny z wielu tematów, którego rzetelna analiza przysparza nie lada trudności. W reportażu Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej próbuje jej dokonać Linda Polman. To, co znajdziemy w jej książce, może diametralnie zmienić naszą ocenę działań organizacji pomocowych. Oczywiście, tylko jeśli pozwolimy sobie na bezkrytyczną lekturę.
Nikt chyba nie wątpi, że idea niesienia pomocy humanitarnej w krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi czy skrajnym ubóstwem jest zasadniczo szlachetna. Problem powstaje więc nie na polu światopoglądowym, ale w efekcie rozbieżności między koncepcją a skuteczną realizacją koncepcji. O tym, jak wyglądają realia, próbuje opowiedzieć Linda Polman w reportażu Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej. To, co znajdziemy w tej książce, może diametralnie zmienić naszą ocenę samarytańskich działań organizacji pomocowych. Oczywiście, tylko jeśli pozwolimy sobie na bezkrytyczną lekturę. Jeśli jednak zaczniemy wątpić, staniemy przed koniecznością konfrontacji treści z różnych źródeł. Książka Polman wymaga od czytelnika zaangażowania, sprawdzania danych i poszukiwania alternatywnych interpretacji okoliczności opisanych przez autorkę. To doświadczenie może nas pozostawić z ponurą refleksją, że ta materia jest zbyt obszerna, by można było w stosunku do niej zająć jedno ogólne stanowisko.

Zapraszam w głąb króliczej nory.

Ludobójstwo w Rwandzie i obóz w Gomie

Rok 1994, masakra członków plemienia Tutsi przez pobratymców ze społeczności Hutu. Potężny krwawy konflikt, w efekcie którego wymordowano około 2/3 populacji Tutsich w ciągu zaledwie 100 dni[1]. Masową ucieczkę Rwandyjczyków relacjonowały wtedy wszystkie zachodnie media. Uciekinierzy schronili się w wielu obozach dla uchodźców, z których najsłynniejszy – bo najbardziej medialny stanął pod Gomą. Dramatyczne warunki wewnątrz obozu wkrótce przyczyniły się do wybuchu epidemii cholery, nazwanej później drugim ludobójstwem. Na szczęście rozgłos w mediach napędzał pomoc. Organizacje humanitarne niezwłocznie ruszyły na ratunek. Tymczasem – według Polman – spora część „ofiar cholery” została tak naprawdę zamordowana przez zbrojne oddziały Hutu ukrywające się wśród Tutsich. W miarę publikacji wstrząsających obrazów napływających z Gomy coraz liczniejsze były dotacje z Europy i Stanów Zjednoczonych. W efekcie sytuacja gospodarcza w obozach była dużo lepsza niż w samej Rwandzie – uchodźcy zajmowali się hodowlą i uprawą, chodzili do kościołów, rozgrywali towarzyskie mecze piłki nożnej. W salkach widowiskowych organizowano dla nich pokazy filmów wideo. Hutu budowali w obozach swoje własne chaty, które wypełniali zagrabionymi dobrami pomordowanych Tutsich. Do samej Rwandy natomiast nie dotarło żadne wsparcie, słabo uzbrojeni Tutsi musieli ochraniać się sami, a tych, którym udało się przeżyć, zostawiono na pastwę losu.

„Hutu opuszczający Rwandę nie uciekali, lecz przeprowadzali taktyczny manewr wycofania. Udawali się do Gomy nie dlatego, że zostali pokonani, ale po to, by uniknąć klęski. Czuli się bezpieczni w obozach dla uchodźców, które im zbudowano, nie zagrażało im tam wojsko Tutsich, ponieważ nie ścigało ich poza granicami Rwandy”, s. 36–37.

Tak oto, pod skrzydłami opiekuńczych organizacji humanitarnych, ekstremistycznie nastawiona Rwanda się odradzała. Przywódcy Hutu wprowadzali w obozach swój reżim, werbowali nowych bojowników, zdobywali broń i przegrupowywali siły. Organizacje humanitarne, chcące wywiązać się z egalitarnego charakteru „niesienia pomocy”, pozostawały bezbronne wobec rozbojów dokonywanych przez Hutu. Dopuszczali się oni kradzieży żywności, leków, środków higieny i pierwszej pomocy, by następnie odsprzedawać na obozowych rynkach produkty z naklejką „aid”. Wśród pracowników organizacji pomocowych mawiało się, że Goma była totalną katastrofą etyczną. Jak echo wybrzmiewało pytanie, czy należy bezwzględnie szanować konwencje i udzielać pomocy wszystkim, niezależnie od tego, kim są, czy wybierać stronę i brać za to odpowiedzialność. W konflikcie rwandyjskim instytucje humanitarne działające w Gomie zachowały neutralność. Bez tej pomocy wojna prowadzona przez Hutu prawdopodobnie szybciej dobiegłaby końca.

Sierra Leone. Jak nie pomagać – poradnik dla mediów

Jednym z wielu przykrych rezultatów wojny domowej w Sierra Leone (1991–­2002)[2] jest Murray Town Camp – obóz dla ofiar, którym rebelianci amputowali kończyny. Większość pokrzywdzonych umierała z powodu infekcji lub wykrwawienia. Z czasem jednak na okupowanych terenach pojawiły się interweniujące siły zbrojne, a wraz z nimi – karawany pomocy humanitarnej w asyście mediów. Dramatyczne historie poszkodowanych okazały się niezwykle kuszące dla dziennikarzy z całego świata. Wystarczyło kilka użytych w odpowiednim kontekście zdjęć okaleczonych dzieci czy starców, by w krótkim czasie do Sierra Leone ściągnęło około trzystu międzynarodowych organizacji pozarządowych. Ze względu na liczbę dolarów wydawanych na pomoc dla jednego mieszkańca obozu zaklasyfikowano całą akcję do największych operacji humanitarnych przeprowadzanych w tamtym czasie na świecie. Zainteresowanie ofiarami było większe, niż przewidywano. Nie sposób było przewidzieć także konsekwencji tej sytuacji.

Wkrótce sami mieszkańcy obozu nauczyli się, że dla reporterów i dziennikarzy liczy się zdobycie możliwie jak najbardziej wzruszających wizerunków ludzkiego cierpienia. Rozpoczęli więc „współpracę” z mediami. Choć każdy z nich otrzymał przynajmniej po dwie sztuki protez, zakładali je niechętnie – zdjęcia kikutów wzbudzały w odbiorcach więcej współczucia niż takie, które zdradzały, że obozowicze są pod stałą opieką medyczną. Niezakładanie protez regularnie sprawiało, że kończyny nie były do nich przyzwyczajone. Generowało to dalsze konsekwencje zdrowotne, jednak chorzy tak naprawdę nie planowali zdrowieć i się usamodzielniać. W obozie zapewniano im wszystko, czego potrzebowali, i ciągle byli w centrum zainteresowania. Snucie historii o krzywdzie przekładało się na pieniądze od darczyńców powodowanych litością i chęcią niesienia pomocy, a to z kolei było korzystne zarówno dla przedstawicieli mediów, jak i samych poszkodowanych.

Sytuacja w obozie wymknęła się spod kontroli do tego stopnia, że między mieszkańcami Murray Town Camp wybuchł konflikt o prawo do nazywania się „prawdziwymi ofiarami”. Istniały bowiem dwie grupy okaleczonych – real amputees, grupa okaleczonych przez rebeliantów, oraz war wounded, którym kończynę musiał amputować lekarz. „Prawdziwi” okaleczeni uważali, że mają większe prawo do dotacji z akcji charytatywnych. Konflikt był na tyle poważny, że ostatecznie war wounded zostali wypędzeni z obozu.

MONGO – My Own Non-Government Organization

MONGO to specyficzny rodzaj charytatywnej działalności pozarządowej. Są to niewielkie podmioty z krajów zachodnich, czasami składające się z dwóch–trzech osób. Tworzą je ludzie przekonani, że lepiej, szybciej i taniej potrafią uporać się z problemami na obszarach dotkniętych kryzysem niż prawdziwi pracownicy organizacji humanitarnych z ich rozbudowaną biurokracją i kierowaniem się własnymi interesami. W rzeczywistości jednak działalność MONGO może przynieść więcej szkody niż pożytku. Organizowane przez nich zbiórki są często absurdalnie nietrafione, ich przedsięwzięcia nie są przez nikogo kontrolowane, a sam zapał niestety nie wystarcza, by precyzyjnie oszacować deficyty na danym terenie. Do poszkodowanych docierają więc kontenery wypełnione zbędną, nawet zepsutą aparaturą z zachodnich szpitali i lekami, których termin ważności dawno upłynął.

„Co najmniej równie nieuchronne są przesyłki z używanymi zabawkami i ubraniami […] Ofiary tsunami bardzo się zdziwiły, kiedy zobaczyły dostawy puchowych kurtek zimowych, namiotów arktycznych, pantofli na szpilkach, damskich stringów i pigułek Viagry. Bośniacy otrzymali partię Prozacu – data ważności leku wprawdzie już minęła, ale według niektórych był to całkiem pożądany medykament. Ofiary klęsk w rejonach o klimacie tropikalnym otrzymały w prezencie od żarliwych MONGO leki na odmrożenia, a do głodujących Somalijczyków trafiły preparaty przeczyszczające, kuracje odchudzające, środki zapobiegające zatwardzeniu oraz koce elektryczne”, s. 64.

Polman przytacza także historie skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań członków MONGO. Dopuszczają się oni na przykład przeprowadzania operacji i zabiegów chirurgicznych bezpośrednio w zagrożonych strefach, nie mając odpowiedniego przygotowania medycznego ani wystarczających środków finansowych, by zapewnić swoim pacjentom opiekę pooperacyjną. Wskutek takich zachowań wielu ludzi umiera w ciągu kilku krytycznych godzin po zabiegu. Tymczasem odpowiednio przeszkolone organizacje medyczne są przeważnie na miejscu. Tragedie są zatem efektem lekkomyślności i wiary w to, że pomoc udzielana doraźnie jest pomocą „lepszej kategorii”.

Opisywane przez Polman metody postępowania w pierwszym odruchu budzą sprzeciw. Książki nie czyta się łatwo, podaje ona w wątpliwość wszystko, w co chcemy wierzyć. Opisane historie są jednak prawdopodobne – jest to w końcu reportaż pisany z pierwszej ręki. Autorka była korespondentką w Afganistanie, na Haiti oraz w Afryce, miała więc okazję poznać mechanizmy pomocy od kuchni. Polman naraża całe środowisko niosące pomoc humanitarną na poważne oskarżenia. Opisuje tę działalność jako biznes i przemysł, ukazuje cierpienie jako produkt wykreowany przez wszechobecne media, obnaża nadużycia finansowe, merkantylizm, kradzieże oraz prostytucję. Autorka idzie jeszcze dalej – oskarża wręcz to środowisko o zdeprawowanie. Niestety, ze względu na obrany kierunek wywodu bywa jednostronna, mało obiektywna i nierzetelna. Możemy mieć trudności w weryfikowaniu źródeł – autorka przytacza relacje anonimowych osób, często w ogóle pomija przypisy, a liczby, którymi operuje, są wyjmowane z kontekstu. Pomoc humanitarną i rozwojową traktuje synonimicznie.

Chciałoby się podejść do tego reportażu poważnie, tym bardziej, że niewiele podobnych głosów napływa ze środowiska. Trudno jednak traktować całkowicie serio tekst napisany bez koniecznego dystansu, stwierdzający jednoznacznie, kim jest winowajca. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę pozycję i spojrzeć na przedstawione sprawy w innym świetle. Nie warto za to wyrabiać sobie opinii tylko na jej podstawie, bo kwestia pomocy humanitarnej jest, zdaje się, dużo bardziej złożona.

I już na sam koniec, z nieco innej beczki – odmienne spojrzenie na przyczyny wszelkiego zła. Plot twist w okolicach 5 minuty wystąpienia:

https://www.ted.com/talks/gary_haugen_the_hidden_reason_for_poverty_the_world_needs_to_address_now


autor: Linda Polman

tytuł: Karawana kryzysu: Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej

wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne

rok wydania: 2016 (wydanie drugie)

liczba stron: 264

tłumaczenie: Ewa Jusewicz-Kalter

[1] R. Rurangwa, Ocalony  Ludobójstwo w Rwandzie, Radom 2009, s. 13.


Polecamy też inne teksty na naszym portalu, chociażby o Pianiu kogutów, płaczu psów Wojciecha Tochmana, o strasznych historiach, które wszyscy znamy, o najlepszym filmie zeszłego roku (według członków Akademii) czy o domu, którego Jack nie zbudował.

Magdalena Kuczera

Na co dzień pracuje w biurze, hobbystycznie studiuje psychologię kliniczną na katowickim SWPS-ie. Ma zdiagnozowaną zaawansowaną grafomanię, najchętniej w nurcie dziwnologii stosowanej, ale w lapsusach to już w ogóle biegle. Największa wielbicielka Wojciecha Manna. Żywicielka kota – termofora.