Miasto projektowane

Miasta marzeń. Przypadek stołeczny

Źródło grafiki: fotografia własna
Mieszkam w Warszawie. W mieście, do którego corocznie przyjeżdża kilka tysięcy młodych Polaków myślących, że jeśli szukać pracy, to najlepiej tutaj. Pojechałam do Brukseli, gdzie chłopak starszy o kilka lat powiedział mi, że to takie samo miasto, lecz na inną skalę: miasto, do którego corocznie przyjeżdża kilka tysięcy młodych Europejczyków myślących, że jeśli szukać pracy, to najlepiej tam. Warszawa i Bruksela to miasta na pierwszy rzut oka nie mające zupełnie żadnej cechy wspólnej. Może tylko jedną – są miastami marzeń.

Do Brukseli trafiłyśmy z koleżanką zupełnie przypadkowo. Szukałyśmy pomysłu na wyjazd, tanich biletów lotniczych i tak padło na tę naszą stolicę europejską. Kupiłyśmy bilety i zaczęłyśmy się cieszyć. Wszystkim opowiadałyśmy, że lecimy i że będzie fajnie.  Znajomi mówili nam, że to nudne miasto, że cztery dni w Brukseli muszą skończyć się śmiercią, że mamy jechać dalej. Zanim jednak pojechałyśmy, skorzystałyśmy z dobrodziejstwa serwisu społecznościowego Couchsurfing. Chciałyśmy spotkać kogoś, kto w Brukseli rzeczywiście mieszka, by przez te dwie noce zająć mu kanapę i móc dzięki temu spać za darmo lub kosztem ugotowania właścicielowi kolacji.

Trafiłyśmy na dwudziestopięcioletniego farmaceutę wychowanego w Brukseli, niegdyś studiującego w pobliskim Leuven (bo brukselski uniwersytet ponoć nie jest dobrym uniwersytetem). Miał jedną szczególną cechę: lubił gadać. A my chciałyśmy go pytać. Dowiedziałyśmy się zatem wszystkiego, czego można się dowiedzieć o Brukseli oraz  części tego, co należy wiedzieć o Belgii – choćby tego, że Bruksela to swego rodzaju Berlin (ten sprzed 1991 roku). Dlaczego? Już wyjaśniam. Belgia to federacja składająca się z trzech części: Flandrii, Walonii i regionu stołecznego, czyli Brukseli. Mieszkańcy pierwszej z nich posługują się językiem flamandzkim, odmianą języka holenderskiego. Druga z tych części jest francuskojęzyczna. Bruksela natomiast jest pomiędzy Flandrią i Walonią. Mówi się tam w obu tych językach, a dodatkowo również po angielsku: w końcu to siedziba parlamentu Unii Europejskiej.

Aby żyć w tym mieście, wypada znać co najmniej dwa języki, jednak żeby znaleźć tam pracę, wypadałoby wykazać się czymś nieco więcej. Jednym z głównych pracodawców w Brukseli jest bezapelacyjnie Komisja Europejska. Zresztą: któż, mając ambicje dyplomatyczne, nie pragnąłby dostać pracy w tym miejscu? W związku z tym każdego roku do Brukseli przybywa rzesza ludzi pełnych nadziei. Problem zaczyna się jeszcze zanim wyjadą z domów. Żeby dostać pracę w Komisji, najlepiej aplikować o nią przez swój kraj, ale nie bezpośrednio do działu kadr. Rozwiązanie to jest całkiem sensowne o tyle, że od osób z całkiem daleka nie wymaga zbędnych podróży. I choć to prawda dość powszechnie znana, wielu postanawia przyjechać, wynająć mieszkanie, jeść drożej u siebie (na przykład w Hiszpanii) i przez kilka kolejnych miesięcy usilnie poszukiwać pracy – aż do wyczerpania zapasów pieniędzy.

Gdy zapasy się wyczerpią, ci, którzy mają dokąd wracać, wracają i ponoszą sromotną klęskę. W końcu mają za sobą – załóżmy – dziewięć miesięcy spędzonych w „nudnym” mieście. Ci, którzy nie mają takiej możliwości, znajdują sobie miejsce tam, gdzie nie trzeba za nie płacić. Nie znam danych dotyczących obecnej sytuacji pogodowej w Brukseli, ale kiedy się tam znajdowałyśmy (a więc na początku grudnia), było już zimnawo. Mimo to spotkałyśmy na ulicach rzesze bezdomnych, co wyraźnie kontrastowało ze zmodernizowanym i ponoć całkiem bogatym miastem. W przejściu podziemnym(utrzymanym w biało-nowoczesnym stylu, jednocześnie bardzo czystym) pod ścianami co jakieś pięć, dziesięć metrów siedział ktoś wraz z dobytkiem swojego życia, mieszczącym się zresztą w dwóch niezbyt dużych tobołkach.

Gdy już tak chodziłam, rozglądałam się i rozmawiałam z mieszkańcami Brukseli, zauważyłam kilka podobieństw do miasta równie stołecznego, jednak nieco mniej międzynarodowo. Polscy migranci, również ci poszukujący pracy, przyjeżdżają głównie do Warszawy, licząc (czasem słusznie) na lepsze życie, które jednak nigdy nie staje się łatwiejsze. W końcu wszystkie urzędy centralne mają swoje siedziby właśnie w tym mieście. Wydaje się, że Warszawa to najlepsze miejsce do robienia kariery, spełniania marzeń o dobrobycie. Spójrzmy jednak na stolicę spokojnie, może nawet nieco z boku, pomińmy wszelkie wewnętrzne niesnaski i nieporozumienia i zadajmy sobie pytanie: Czy rzeczywiście jest tak dobrze?

Jest jednak coś jeszcze poza tym, że oba miasta są pewnego rodzaju stolicami niespełnionych marzeń. Przyjeżdżamy tu wyłącznie do pracy, a na każdy możliwy czas wolny uciekamy do rodzinnych miejscowości. Nie dajemy sobie szansy na to, żeby miejsce swojego czasowo-stałego pobytu polubić. Łatwo traktować je instrumentalnie. Czerpiemy z niego korzyści, wykorzystujemy wszystko co się tylko da, a sami niczego nie oferujemy. Wynikiem takiej postawy wobec miasta może być zupełne go zaniedbanie. Nieprzejmowanie się czystością (chociażby przez rzucanie śmieci gdzie popadnie), ale też ładem przestrzennym. Wystarczy popatrzeć na to, jak porozrzucane są gdzieniegdzie samochody. Miesiąc po oddaniu do użytku zrewitalizowanego placu Grzybowskiego jeden z urbanistów został zapytany o to, dlaczego słupki, które oddzielały chodnik od jezdni, są już połamane. Mężczyzna zasugerował, że właśnie tymczasowość zamieszkania, brak zakotwiczenia w nowym mieście i potrzeby dbania o SWOJĄ przestrzeń jest przyczyną tego, co się stało.

Duże ośrodki miejskie od wieków przyciągają do siebie tych, którzy liczą na lepsze życie czy nowy start. Od wieków również okazują się pułapką, w którą bardzo łatwo wpaść – często marzenia o dobrobycie ścierają się z brutalną rzeczywistością, pozostawiając niesmak. Znalezienie pracy wcale nie daje gwarancji, że odnajdziemy się w nowym świecie. Ten problem wyobcowania, odmienności, niezrozumienia dla miejscowych obyczajów może być jednym z powodów, dla których narasta niechęć. Niechęć często obustronna – przyjezdnych w stosunku do miejsca cotygodniowych powrotów z domowo-weekendowej strefy bezpieczeństwa, jak i miejscowych w stosunku do przyjezdnych, którzy nowego miejsca zamieszkania nie chcą traktować jak swojego miejsca na ziemi.


Agnieszka Szypulska

Studentka kulturoznawstwa i gospodarki przestrzennej. Słucha ulicy i ogląda ludzi. Tropi narracje, zwłaszcza te miejskie. Lubi opowiadać niestworzone historie o warszawskich zakątkach i robi to zawodowo. Szybko się zakochuje - w miejscach, książkach i fikcyjnych mężczyznach.