Lorem ipsum

Niewiele do powiedzenia. Czyli o tym, jak pojechałem się przejechać

Źródło grafiki: Michał Ciemniewski
16 lipca roku pańskiego 2019 wstałem o 5 rano, zjadłem lekkie śniadanie, zaczepiłem wypakowane sakwy na rower i popedałowałem na zachód. Równo miesiąc później przekroczyłem granicę niemiecko-francuską w Saarbrücken. Przez ten miesiąc nie wydarzyło się nic, co można by przedstawić jako niesamowitą historię. Naprawdę!
W annałach komedii polskiej zapisała się scena z motocyklistą, który tłumacząc się z nadmiernej prędkości, mówi, że po prostu lubi zapierdalać. Powtórzę po nim te wiekopomne słowa. Lubię zapierdalać. I robię to codziennie. Rowerem do tyry, rowerem po zakupy, rowerem do kogoś i rowerem do nikogo – ot tak, żeby pojeździć. Gdybym miał możliwość trzymania roweru w mieszkaniu, pewnie jeździłbym nim do kibla.

Za to nie lubię pracy. I potrzebowałem motywacji, żeby swoją rzucić. Najlepiej takiej w rodzaju wyzwań stawianych sobie przez sfrustrowanych chłopców w okolicach trzydziestki. Podróż rowerem w пиздец wydawała się idealnie to założenie spełniać. Przejechać się, ale tak fest! Nie dookoła trzepaka, tylko robiąc grube kilometry przed siebie, za góry i lasy. Do Francji na przykład. No bo niby czemu nie? Bez wielkich zwiedzaniowych ambicji. Po prostu przekroczyć granicę, powiedzieć komuś „bonjour”, a potem wracać. I tak właśnie zrobiłem. I było niesamowicie. Polecam. To tyle. Dobranoc, dzieci. Już po wieczorynce. Wujek nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czemu było niesamowicie.

Mity, legendy, cała literatura, potem filmy, a dziś także namnażające się jak wirus blogi podróżnicze przedstawiają dalekie, samotne wyprawy jako rodzaj nieomal mistycznego doświadczenia zmieniającego nasze życie. Jako próbę, po której zyskuje się nadludzką moc czy mądrość – jak w Bohaterze o tysiącu twarzy Campbella. Każdy słuchacz chce uszczknąć coś z tej tajemnicy dla siebie. Liznąć niesamowitości oblepiającej podróżnika po drodze wraz z pyłem i brudem. Czujemy potrzebę partycypowania w takim przeżyciu, stąd nawet najbardziej sceptyczni wobec wypraw i zaprzysięgli domatorzy muszą zadać ten zestaw pytań: Jak było? Kogo spotkałeś? Bałeś się? Co robiłeś? Ciężko było?

Problem w tym, że pomiędzy Cyklopem a syrenami Odyseusz miesiącami żeglował i nie robił wiele więcej ponad to, co robili żeglarze wyprawiający się jedynie na połów. Gdyby Homer nie wyręczył go w opowieści, pewnie powiedziałby, że widział dużo wody, że czasem wiało, a innym razem nie wiało. Podobnie ja w tej chwili przypominam sobie głównie to, że ciężko jechało się pod wiatr, a po drodze mijałem wiele miejscowości. O.

Słuchając takiej relacji, ktoś może pomyśleć, że moja wycieczka była równie wyjątkowa, co przejażdżka po buły do Biedronki. Tak. Tak właśnie było. Bo cała ta długa droga to w rzeczywistości niezliczone krótkie odcinki. Pokonywałem trasy, które tysiące mijanych przeze mnie osób pokonuje codziennie. Z Mazewa do Opiesina po śrutę dla kurczaków. Z Nowego Polichna do Starego Polichna po kwit z urzędu. Z Hettstedt do Meisbergu odwiedzić dziadka Güntera. Nawet na długiej trasie, powiedzmy z Poznania do Neunkirchen, lawetą po używanego volkswagena od Niemca, co płakał, jak sprzedawał, nie dzieje się zazwyczaj nic ciekawego. Na tych drogach mało jest przygód, mało niebezpieczeństw. Po prostu się jedzie. I ja po prostu jechałem, rozkoszując się samym faktem, że robię to, co lubię. Wybrałem długą trasę, bo mogłem. I dlatego, że dobrze się czuję sam ze sobą. Lecz szczerze mówiąc, odległość nie miała tak wielkiego znaczenia. Tego samego rodzaju spełnienia doświadczam nawet na krótkich dystansach. Upraszczając – Bałtyk robi większe wrażenie niż pompowany basenik. Ale satysfakcja z umoczenia dupy w upalny dzień jest taka sama.

Tylko kto chciałby słuchać, gdybym zamiast ponad 1800 km przejechał 30? Mógłbym się wybrać na jednodniową wycieczkę. Też z namiotem. Też żarłbym kebaby po drodze. Też myłbym się pod kranem na stacji. Też złapałbym kleszcza w lesie. Też oglądałbym piękne widoki i też biesiadowałbym z tirowcami na postoju. Na nikim nie zrobiłoby to wrażenia. Dopiero odległość uwypukla te wszystkie rzeczy. Biwakowanie urasta do survivalu, kleszcz zyskuje rozmiary niedźwiedzia, a kierowcy ciężarówek są jak nomadowie z Baśni tysiąca i jednej nocy. Każdy, kto pytał o moje wrażenia po powrocie, podświadomie domagał się bajki. A ja nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Szedłem więc na łatwiznę i opowiadałem tych kilka błahych historyjek, które tak naprawdę stanowią jedynie maleńki wycinek doświadczenia podróży.

Nieopowiedziane pozostaje wszystko to, co kryje się pod stwierdzeniem „było fajnie”. To, co realizuje się w mikrodoświadczeniach. Tysiące bodźców wszelkiego rodzaju odbieranych na każdym kilometrze. Są zbyt drobne, zbyt sypkie, by skleić z nich narrację. Niczego nie zwiedzałem, nie trafiałem na freaków-profetów, nikt mnie nie gonił i ja nie goniłem nikogo, więc nie będzie z tego książki. Chyba że rozpiszę się na dwieście stron o słodyczy piekących mięśni. Albo poświęcę cały rozdział temu, że pod górę wjeżdża się ciężko, a zjeżdża się z niej łatwo. Utrwalę medytacje nad zwijaniem śpiwora. Ułożę długi poemat o mielonym z ziemniakami zjedzonym w barze mlecznym w Koninie. Powstanie bajka o asfalcie i legenda o polnej drodze. Zrobię bohaterów z meszek wpadających w oczy i nadam imię każdemu ogniwu w łańcuchu rowerowym. To właśnie takie drobiazgi przypominały mi, że jadę. Oddzielały ruch od spoczynku.

Buddysta zapewne porównałby to do medytacji, a ja chętnie bym się z tym zgodził. Medytację i samotną podróż łączy nie tylko przebywanie z własnym „ja”, ale też trudność w opisaniu płynącej z tego przyjemności. Satysfakcja rozlewała się na wszystko, sprawiając, że nawet to, co było nieprzyjemne, stawało się przyjemne. Pomylenie zjazdu – cudowne! Joby wykrzyczane na środku piaszczystej drogi, którą nie dało się jechać – ekscytujące! A deszcz przeciekający przez namiot za 45 złotych – balsam! W pewnym momencie miałem nawet dziwne przeświadczenie, że gdybym wpadł pod ciężarówkę, zeskrobywaliby z drogi mój uśmiech. To trudno wytłumaczyć. Ale w sumie, po co to tłumaczyć?



Duże czarne koła (choć trochę inne, niż te rowerowe) znajdziecie też w artykule Roksany Jasińskiej. O podróżach zupełnie odmiennym środkiem transportu, słynnym transatlantykiem MS Batory, przeczytacie w recenzji nowej książki Barbary Caillot i Aleksandry Karkowskiej. Natomiast tekst Moniki Jasek o Tove Jansson przeczytajcie, bo tak, bo dobry.

Michał Ciemniewski

Do niedawna – brzęczący słoikami student kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna – mieszkaniec Krakowa parający się codziennością w krainie obwarzanków. Muzyka jest jedyną rzeczą, wokół której potrafi skoncentrować myśli na dłużej niż pięć minut. Wielki miłośnik popu i jego adwokat z urzędu, broniący tego gatunku przed podłymi oszczerstwami. Jego ulubiona liczba to 100000000, a w przyszłości chce zostać samolotem.