Nordisk kino

Produkcje Nordisk Filmu

Monika Jasek

Źródło grafiki: "Nordisk Films" by mr172 is licensed under CC BY-NC-SA 2.0

Nie przepadam za listopadem. Nie lubię tych długich, ponurych wieczorów ani atmosfery przemijania, ani ogólnie wyczuwalnego smutku. Denerwuje mnie także bezsensowna przedświąteczna gorączka sklepowa – ledwo co zapalimy znicze na grobach bliskich, a za chwilę na każdej wystawie sklepowej pojawia się Święty Mikołaj z reniferami. By nie zwracać większej uwagi na listopad, spędzam czas na oglądaniu filmów. Pomyślałam, że cykl Nordisk kino świetnie komponuje się z Nordisk Filmem. Do dzieła!

Na początek kilka słów wprowadzenia. Nordisk Film to skandynawska wytwórnia filmowa założona przez Olego Olsena w 1906 roku w Valby (dzielnicy Kopenhagi – po dziś dzień tu znajduje się główna siedziba firmy). Co ciekawe – jest to jedna z pierwszych wytwórni filmowych na świecie. NF wspiera filmowców na różnych etapach prac. W 1996 roku wytwórnia nawiązała współpracę z Egmontem, nordycką grupą medialną. Z NF wyszło już mnóstwo produkcji, tym razem podzielę się z Wami tytułami, które ostatnio najbardziej przypadły mi do gustu.

1. Winni (tyt. oryg. Den skyldige), reż. Gustav Möller, Dania 2018. Wyst. Jakob Cedergren, Jessica Dinage, Omar Shargawi.

Show jednej postaci. Wystarczy w miarę pobieżnie prześledzić filmowe kariery Colina Farrella czy Toma Hardy’ego, by skojarzyć schemat – 90-minutowy film o facecie rozmawiającym przez komórkę. Wygląda na odgrzewany kotlet, lecz mimo wszystko to całkiem niezła produkcja. Bohater, Asger Holm, to policjant pracujący w 112. Spotykamy go, gdy niecierpliwie oczekuje końca swojej zmiany. Bez mrugnięcia okiem pomaga potrzebującym i udziela porad bezczelnym, wulgarnym telefonującym. W pewnym momencie dzwoni kobieta z informacją, że została porwana i uwięziona w samochodzie, który zmierza w nieznanym kierunku. Gdy połączenie urywa się znienacka, rozpoczyna się właściwa część akcji. Jednocześnie reżyser nienachalnie zwraca uwagę widza na bohatera – zabandażowany palec, odbieranie telefonu od dociekliwej dziennikarki i niespokojne zachowanie Holma. Zaczynamy więc zauważać, że funkcjonariusz chyba ma coś za uszami.

Ze względu na ograniczenie obrazu do zamkniętej przestrzeni dyspozytorni i jednego bohatera reżyser musiał przede wszystkim skupić się na dobrych dialogach. Oglądając, zdajemy sobie sprawę, jak ciekawy można zrobić film, operując jedynie dialogiem. Reżyser zdaje się na naszą wyobraźnię i podsuwa tylko różne dźwięki oraz stymulanty: płacz kobiety, głos przerażonego dziecka, rozmowa z mężczyzną. Zostajemy uwięzieni wraz z Holmem i to, czego nie dostrzegamy na ekranie, widzimy oczami wyobraźni. Napięcie rodzi więc to, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Sam Jabob Cedergren, odtwórca głównej roli, dźwiga na barkach ciężar opowieści – dzięki mieszaniu irytacji oraz chęci pomocy, poczucia winy oraz obowiązku, profesjonalizmu oraz strachu tworzy wielowymiarową postać, dla której cała sytuacja to także okazja do spowiedzi i przewartościowania niektórych spraw.

Reżyser daje nam produkcję wychwalającą niewidzialnych bohaterów, jakimi są pracownicy 112, ale też historię o władzy i trudach podejmowania decyzji. Jednocześnie wskazuje na to, że wydawane sądy mogą mieć różne konsekwencje – ratując jedno życie, możemy zniszczyć drugie.

2. Festen, reż. Thomas Vinterberg, Dania, Szwecja, 1998. Wyst. Ulrich Thomsen, Henning Moritzen, Thomas Bo Larsen.

Festen trochę kojarzy mi się z literackim odkryciem tego roku, jakim jest dla mnie Helga Flatland, autorka Współczesnej rodziny. W trakcie przyjęcia rodzinnego na jaw wychodzą długo skrywane sekrety, które – rzecz jasna – szokują przynajmniej większość bohaterów. Tyle tylko, że reżyser Vinterberg wyznaje raczej zasadę „albo grubo, albo wcale”. Helge, znany i lubiany właściciel pensjonatu, dobry mąż oraz przykładny ojciec czwórki dzieci, okazuje się wilkiem w owczej skórze. Nie wiem, co jest gorsze – to, że kilkanaście lat wykorzystywał seksualnie dwójkę swoich dzieci, czy to, że robił to za cichym przyzwoleniem żony.

Wykorzystywane dzieci nie są w stanie prowadzić normalnego życia. Linda decyduje się na samobójstwo, nie znalazłszy ratunku dla siebie, a jej brat bliźniak Christian, załamany śmiercią ukochanej siostry i niemogący nawiązać zdrowej relacji z kobietą, podczas urodzin ojca postanawia zapoznać szacowne grono gości z rodzinnymi tajemnicami. Wydaje się, że reakcja powinna być jedyna słuszna – potępiamy kata, pomagamy ofiarom. Ale Vinterberg wybiera na bohaterów ludzi z wyższych sfer, którym łatwiej przychodzi udawanie, że takie brudne sprawy ich nie dotyczą, niż stawienie czoła sytuacji. Christiana odrzuca nawet jego brat.

Warto wspomnieć też o tym, że Festen zostało nakręcone zgodnie z zasadami manifestu Dogmy 95, podpisanej przez duńskich artystów (m.in. Vinterberga i Larsa von Triera) 13 marca 1995 roku. Najważniejszą ideą Dogmy było oczyszczenie produkcji ze wszelkich zbędnych efektów specjalnych, tak aby nie przysłaniały właściwej istoty obrazu. Poza tym powstało także 10 zasad, wśród których zawarto np. zakaz korzystania ze statywów i używania filtrów czy przyrządów optycznych. Zatem nie uświadczymy w Festen niczego ponad film nakręcony z „ręki”, zaskakujący właściwie brakiem ścieżki dźwiękowej – jedyna muzyka jest tworzona przez bohaterów, którzy decydują się coś zagrać. Akcja dzieje się „tu i teraz”, a to wszystko sprawia, że widz czuje się niejako jednym z bohaterów filmu.

3. Biały labirynt (tyt. oryg. Smilla’s Sense of Snow), reż. Bille August, Dania, Niemcy, Szwecja 1997. Wyst. Julia Ormond, Gabriel Byrne, Richard Harris.

Niezwykle klimatyczny dreszczowiec. Osobiście polecam do seansu kocyk – ilość śniegu przedstawiona w filmie zmroziła nawet mnie, zimowe dziecko. Przed laty Biały labirynt zaliczył totalną klapę, to fakt, ale mimo to uważam, że warto dać szansę tej produkcji. Ma swoje mankamenty, lecz trudno znaleźć film ich pozbawiony.

Główną bohaterką jest Smilla – młoda naukowiec glacjolog. Mieszka w Danii, lecz pochodzi z Grenlandii – podobnie jak jej owdowiała sąsiadka, która nie stroni od alkoholu, i jej sześcioletni synek. Choć Smilla na początku jest niechętna dziecku, nawiązuje się między nimi przyjaźń. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Smilla po powrocie z pracy odkrywa w śniegu ciało małego przyjaciela. Policja utrzymuje, że doszło do nieszczęśliwego wypadku: chłopiec spadł z wysokiego dachu podczas zabawy. Kobieta jednak nie daje wiary tym słowom. Po pierwsze – potrafi odczytywać ślady na śniegu jak nikt inny, a po drugie – sześciolatek cierpiał na paniczny lęk wysokości, na pewno więc nie poszedłby pobawić się na dachu. Smilla rozpoczyna śledztwo na własną rękę i dokonuje niezwykłych odkryć.

Moim głównym zarzutem jest to, że akcja filmu jest nieco rozwlekła – niektóre sceny są przeciągane, co sprawia, że chwilami wieje nudą. Rozwiązanie zagadki może także nie do końca przypaść do gustu osobom, które lubią klasyczne dreszczowce. Tym razem to dobra produkcja dla fanów Stranger Things. Zastanawiałam się, co sądzę o połączeniu lekkiego sci-fi z dreszczowcem, ale po namyśle daję temu szansę. Zaskoczyło mnie to, nie spodziewałam się takiego rozwiązania. Mamy też tutaj świetne kreacje aktorskie, zwłaszcza przepięknej Julii Ormond. Dech w piersiach zapierają również bezkresne krajobrazy Grenlandii – nie sposób nie westchnąć z zachwytu nad pięknem świata, mimo że polecam wejście pod kocyk.

4. Wojna (tyt. oryg. Krigen), reż. Tobias Lindholm, Dania, Francja 2015. Wyst. Pilou Asbæk, Tuva Novotny, Søren Malling.

Duński kandydat do Oscara w kategorii nieanglojęzycznej w 2016 roku. Nazwisko reżysera powinno być wam już znane – w ostatnim zestawieniu pojawiło się Polowanie, jeden z moich ulubionych filmów skandynawskich. Scenariusz obu filmów napisał Lindholm – w Wojnie udowadnia, że nadal jest w formie.

Czy wojskowa misja w Afganistanie miała sens? No właśnie, to samo pytanie nurtowało Lindholma, który w swoim obrazie po stronie oskarżonego umiejscawia wojnę. Nie zależało mu na stworzeniu czegoś, w czym główną rolę odegra typowy, pokazowy proces, w którym winni i ofiary są znani, a wydanie wyroku to jedynie kwestia czasu. Reżyser idzie o krok dalej, przedstawiając nam historię żołnierza Clausa Michaela Pedersena, dowodzącego duńskim oddziałem w Afganistanie. Na pierwszy plan wysuwają się dylematy moralne: jak daleko można posunąć się w walce o własne życie i jak cienka jest granica między taką właśnie walką a celowym atakiem? na ile ktoś, kto nigdy nie znalazł się w sytuacji zagrożenia, może oceniać tych, którzy zostali postawieni w skrajnie krytycznej sytuacji? Akcja rozwija się nieśpiesznie – i chwała Lindholmowi za to. Mamy czas, aby dokładnie zapoznać się z bohaterami, poznać ich motywy oraz dramaty.

Nie każdy potrafi wykorzystać milczenie na ekranie. Lindholm wie, kiedy zagrać ciszą, by przekazać więcej niż niepotrzebnym dialogiem. Pochwała należy się także zdolnemu Pilou Asbækowi (uwaga, fani Gry o tron!), który zbudował przekonującą postać z krwi i kości, znajdującą się na życiowym rozdrożu – z jednej strony walczy o przetrwanie, z drugiej – musi sam rozliczyć się z własnych przewinień.

5. Znikasz (tyt. oryg. Du forsvinder), reż. Peter Schønau Fog, Dania 2017. Wyst. Trine Dyrholm, Nikolaj Lie Kaas, Michael Nyqvist.

Szaleję za Nikolajem Liem Kaasem, a od czasu obejrzenia Królowej kier – również za Trine Dyrholm. Znikasz to jednak na tyle dziwny i nierówny film, że wahałam się przez pewien czas, czy w ogóle go tutaj umieszczać. Wygrało chyba uwielbienie dla Nikolaja, wcielającego się w postać sympatycznego dyrektora, który nagle zmienia się w niestabilnego furiata. Wszystkiemu winny jest guz mózgu, lecz fakty są, jakie są – Frederik Halling zostaje oskarżony o doprowadzenie szkoły na skraj bankructwa. Rozpoczyna się proces, podczas którego ma zapaść decyzja, czy chory mężczyzna może odpowiadać za swoje czyny.

Rozprawa sądowa służy reżyserowi do opowiedzenia historii bohatera, którą co prawda należy skleić z różnych fragmentów pojawiających się na ekranie. Film stawia ciekawe pytanie o to, czy porządek życia jest wyłącznie iluzją, czy jednak czymś więcej. Co dziwne, najbliżsi dyrektora wcale nie piętnują jego dziwnego zachowania, a nawet wolą bardziej mroczną wersję Frederika.

Mimo że film teoretycznie powinien świetnie się wpisać w mój gust (już znacie moje słabości!), ta produkcja nie jest zbyt udana. Delikatna, sentymentalna muzyka ma budować nastrój, ale raczej sprawia, że film staje się nijaki i dość płaski. Z jednej strony zostajemy wrzuceni w wir tragedii, ale jednocześnie wszystkie istotne kwestie, o których powinien pomyśleć widz (czy istnieje wolna wola, co świadczy o charakterze człowieka i czy da się go sprowadzić do procesów chemicznych), są podane na tacy i nie wymagają żadnego wysiłku intelektualnego. Wplatanie naukowego żargonu w dialogi dało efekt komiczny i nie do końca rozumiem tego sens. Moje neurony są zmieszane.

Moja krótka lista to zaledwie nieśmiały wstęp do pełnego zestawienia filmów NF. Pomyślałam, że warto wspomnieć o filmach nieco starszych albo zapomnianych, zamiast promować wyłącznie znane tytuły, jak np. Dom, który zbudował Jack czy Młodość Astrid. Mam nadzieję, że udało mi się Was zachęcić do sprawdzenia, co do zaoferowania ma Nordisk Film – coś czuję, że niektóre tytuły mogą was zaskoczyć. Ha det!


Monika Jasek

Polonistka z wykształcenia, skandynawistka w przyszłości. Miłośniczka nauki, jedzenia, filmów oraz seriali. Wielbicielka literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastycznej, a zwłaszcza dystopii. Zakochana w Norwegii i norweskim, ogląda, słucha i czyta wszystko, co powstało w kraju nad fiordami. Darzy miłością pieski i świnki morskie. Po godzinach nieśmiały cukiernik. Tylko myśli, czego można by się jeszcze nauczyć. Zastępca redaktor naczelnej tego przybytku.