Wywiady

Svalbard jest zawsze we mnie. Wywiad z Birgerem Amundsenem

Monika Jasek

Źródło grafiki: Monika Jasek

Birger Amundsen, norweski pisarz i dziennikarz, od prawie pół wieku związanym z terenami polarnymi. Pracował jako inżynier w European Space Research Organisation w Ny-Ålesund, był uczestnikiem ekspedycji organizowanych przez Norweski Instytut Polarny, przez dwanaście lat redagował „Svalbardposten”.

Autor reportażu Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie, wydanego ostatnio przez Czarne, oraz wielu innych publikacji o Svalbardzie, zgodził się na krótką rozmowę o książce i północnej Norwegii.

Monika Jasek: Napisałeś, że spotkałeś Haralda po raz pierwszy w 1982 roku. Od tego czasu minęło już prawie czterdzieści lat. Co was najbardziej łączy? Wydaje się przecież, że pochodzicie z dwóch różnych światów.

Birger Amundsen: To, co nas najbardziej łączy, to miłość do Svalbardu. Tak jak zresztą większość miejscowych. Svalbard to archipelag, który niezwykle wpływa na ludzi. W innych tekstach pisałem o nim nawet jako o strefie erogennej. Norwegia jest małym i jednorodnym krajem, więc, chcąc nie chcąc, jesteśmy w jakiś sposób połączeni, zwłaszcza mieszkańcy wybrzeża, zawsze mocno związani z morzem i z rybami. Ludzie z północy łowili ryby, a ci z Bergen – sprzedawali je światu. Bergen właściwie opiera się na tym północnym rybołówstwie. Harald pochodzi właśnie z Bergen, z dzielnicy Laksevåg, ja z kolei urodziłem się w Kjøllefjord na dalekiej północy Norwegii, na południe od Przylądka Północnego. To nieduża miejscowość rybacka, ma niecały tysiąc mieszkańców.

MJ: A co najbardziej cenisz w Haraldzie?

BA: Nieustępliwość w walce z biurokracją, z tym sztywnym światem „papierowych” ludzi. Harald jest bezkompromisowy, uparty i nieustępliwy, a to są niezbędne cechy charakteru, gdy chce się żyć tak jak on.

MJ: Harald spędził większość życia w warunkach dla przeciętnego człowieka skrajnych. Byłbyś w stanie żyć tak jak on?

BA: Styl życia Haralda jest zbyt ekstremalny także dla mnie. Absolutnie nie byłbym w stanie tak funkcjonować. Przede wszystkim – nie jestem myśliwym. Nigdy nie polowałem i nie potrafię zabić nawet małej myszki. A tym bardziej strzelać do reniferów, fok czy ptaków. Nie znaczy to jednak, że jestem wegetarianinem. Jem mięso, ale wolę to, co można kupić w sklepie.

Cenię sobie chwile samotności, ale nigdy nie chciałem być samotny przez lata. Jestem na to mimo wszystko zbyt otwarty i za mocno cenię sobie towarzystwo kobiet.

MJ: Skupmy się teraz na Svalbardzie. Czym różni się życie na północy od życia na południu?

BA: Urodziłem się i wychowałem na północy. To ludzie stąd przyjeżdżali na Spitsbergen, głównie jako myśliwi oraz górnicy. Ci pierwsi pływali na statkach wokół Svalbardu, by polować na niedźwiedzie polarne, foki oraz renifery. Mieszkam od lat w Tromsø, które jest uważane za bramę Arktyki.

MJ: A czy ludzie z północy są inni niż ci z południa?

BA: Zdecydowanie tak. Przede wszystkim ze względu na bliskość morza, które wpływa na kulturę, sposób życia, język, a nawet poczucie humoru. Na północy jest pewien rodzaj związku między ludźmi, zwłaszcza tymi z naprawdę odległych terenów. Wiele w życiu jeździłem po świecie, poznałem sporo różnych osób. Gdy jednak spotyka się kogoś związanego z Arktyką, a zwłaszcza ze Svalbardem, ma się wrażenie, że zna się tę osobę całe życie.

MJ: Byłeś redaktorem „Svalbardposten”, napisałeś wiele książek o tym miejscu. Co Svalbard znaczy dla ciebie? Chciałeś kiedyś żyć gdzie indziej? A może jest coś, czego nie lubisz w Svalbardzie?

BA: Jako dziennikarz i pisarz dużo podróżuję. Zwłaszcza po Meksyku, gdzie przez wiele lat obserwowałem matadorów podczas walk byków. Gdziekolwiek jestem, Svalbard jest zawsze we mnie. Jest coś takiego w Svalbardzie, co trudno opisać. Coś bliskiego i niezwykle emocjonalnego. Porusza mnie to w szczególny sposób. Svalbard to otwartość, bezkres natury, ale też wiele dramatycznych chwil. I ludzie, którzy tam żyją.

Choć największą zaletą Svalbardu jest brak ludzi. Dlatego nie podoba mi się, że coraz bardziej rozwija się tamtejszą turystykę. Nie znaczy to, że jestem przeciwny turystyce jako takiej – chodzi mi raczej o tempo jej rozwoju.

MJ: Rzeczywiście, Svalbard właśnie staje się atrakcją turystyczną. Coraz więcej biur podróży oferuje wycieczki na ten odległy archipelag. Ale to też Spitsbergen oraz tak zwana Arka Noego, czyli Bank Nasion (Svalbard globale frøhvelv), który może pomoże nam odbudować świat, kiedy już go zniszczymy. Jak myślisz, dlaczego północna Norwegia jest aż tak kusząca?

BA: Punktem zwrotnym w historii Svalbardu było otwarcie lotniska w jego stolicy, Longyerabyen, w 1975 roku. Wcześniej dotarcie na archipelag wymagało dużego wysiłku. Latem trzeba było płynąć statkiem, a to było czasochłonne i drogie. Zimą właściwie nie dało się tam dostać. Po 1975 roku podróżować mógł już każdy, kto miał na to ochotę. Arktyka od zawsze kusiła niektórych ludzi. Do teraz (a właściwie do czasu przed pandemią) loty w nawet odległe zakątki północy nie były drogie, więc zawsze znajdowała się jakaś grupa ludzi, którzy chcieli doświadczyć tej niezmienionej natury. I zobaczyć niedźwiedzie polarne, choć nie tylko.

MJ: Globalne ocieplenie to obecnie ogromny problem. Wcześniej czy później ucierpimy z tego powodu, a właściwie to już się dzieje. Jak zmienił się Svalbard przez te lata? Czy coś cię martwi, czy wręcz przeciwnie – zauważasz pozytywne zmiany?

BA: Globalne ocieplenie dotknęło też Svalbard – największą zmianą jest zdecydowanie gwałtowne topnienie lodu morskiego. Gdy pierwszy raz wyruszyłem na wyprawę statkiem podczas lata (a to było ponad czterdzieści lat temu), przebicie się przez ten lód było prawie niemożliwe dla przeciętnej maszyny. Pokrywał olbrzymie powierzchnie. Teraz latem na tych obszarach prawie w ogóle nie ma lodu. Ta zmiana martwi nas wszystkich, tych, którzy kochają polarny świat.

MJ: Nie byłam pewna, gdzie dokładnie leży Svalbard, musiałam to sprawdzić. Można powiedzieć, że to koniec świata! Jakiś czas temu w jednej z książek natknęłam się na zdanie, że Vardø, najdalej wysunięte na północ miasto w Norwegii, to jej koniec, a jednocześnie – początek. Wydało mi się to ciekawą metaforą. Czy w takim razie Svalbard można traktować jako początek świata?

BA: No cóż, świat musi się gdzieś zaczynać, nawet jeśli żyjemy na obracającej się planecie. Ale chyba jestem zbyt mocno zakorzeniony w rzeczywistości, by wikłać się w filozoficzne rozważania o końcu czy początku świata.

Vardø leży na południowy wschód od mojej rodzinnej wsi. A niedaleko niej, na północny wschód, znajduje się Kinnarodden, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt na naszym kontynencie. I choć to dziwne, gdy ruszasz na Svalbard, na północ, Kinnarodden jest na południu. Wszystko jest względne.


Monika Jasek

Polonistka z wykształcenia, skandynawistka w przyszłości. Miłośniczka nauki, jedzenia, filmów oraz seriali. Wielbicielka literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastycznej, a zwłaszcza dystopii. Zakochana w Norwegii i norweskim, ogląda, słucha i czyta wszystko, co powstało w kraju nad fiordami. Darzy miłością pieski i świnki morskie. Po godzinach nieśmiały cukiernik. Tylko myśli, czego można by się jeszcze nauczyć. Zastępca redaktor naczelnej tego przybytku.