Przeczytaliśmy

Jak rodzi się zło

Monika Jasek

Źródło grafiki: Monika Jasek

O Igrzyskach śmierci pisałam pracę licencjacką i magisterską. Przypuszczam, że nie skończyłabym na tym przygody z Katniss, gdyby nie brakło mi odwagi i wytrwałości.  Minęło dziesięć lat od premiery ostatniej części trylogii i okazało się, że czeka nas powrót do Panem. Cofamy się do Dziesiątych Głodowych Igrzysk, w których poznajemy przyszłego prezydenta, Coriolanusa Snowa. I zastanawiamy się, jak się rodzi zło.

Jakiś czas temu usłyszałam, że niedługo na naszym rynku ukaże się kolejna książka z cyklu Igrzysk śmierci, i dopóki jej nie dostałam, przebierałam niecierpliwie nóżkami. Trochę się jej bałam, przecież minęło już dziesięć lat od ostatniego tomu, a poza tym wyznaję zasadę, że trzeba dać odejść bohaterom. Powroty, prequele, spin-offy… nie zawsze się udają.

Dzień dożynek, zbliżają się Dziesiąte Głodowe Igrzyska. Tym razem wyjątkowe, ponieważ organizatorzy postanowili nieco zmienić dotychczasową formułę – trybuci nie będą już zdani wyłącznie na siebie, bo dostaną wsparcie w postaci mentorów, czyli najzdolniejszych uczniów kapitolińskiej Akademii. A wśród nich… tak, młody Corio Snow. Ambitny, jeden z najlepszych wychowanków, snujący wielkie plany na przyszłość… zapominający, że świetność rodu Snowów właściwie wygasła, i że wisi nad nimi groźba eksmisji z rodzinnego penthouse’u. Dlatego właśnie mentoring na igrzyskach to ogromna szansa dla Snowa – zwycięzca otrzyma pełne stypendium, które umożliwi mu studia na Uniwersytecie. A czego mógłby więcej chcieć młody człowiek, aspirujący do roli przyszłego prezydenta?

Na pewno nie trybutki z Dwunastki. Najbiedniejszego dystryktu z końca świata. Na szczęście Lucy Gray jest wyjątkowo utalentowana muzycznie – śpiewem podbija zarówno Kapitol, jak i serce młodego Snowa. Wtedy też Corio zaczyna obmyślać plan, który pomoże przetrwać Lucy Gray jak najdłużej na arenie, a dzięki odrobinie sprytu nawet wygrać Głodowe Igrzyska. Niestety, po pewnym czasie podstęp zostaje wykryty, a Coriolanus Snow ukarany zsyłką do Dwunastki – i to według mnie moment, gdy zachodzi w nim znacząca przemiana.

Ballada różni się od Igrzysk odwróceniem perspektywy, tym razem przyglądamy się mieszkańcom Kapitolu i obserwujemy, jak na nich wpłynęła wojna z Dystryktami. Wcześniej raczej utożsamialiśmy się z uciskanymi mieszkańcami i współczuliśmy, gdy musieli posyłać dzieci na dożynki, a następnie na areny. Można pomyśleć, że dzięki takiemu zabiegowi autorka stara się nam nieco wybielić prezydenta Snowa i pokazać, że sam był pokrzywdzony – w końcu jako dziecko stracił oboje rodziców, był wychowywany przez nie do końca sprawną umysłowo babcię, a na ich utrzymanie ciężko pracowała kuzynka Tigris. Nierzadko chodził głodny, zwykle nie mógł sobie pozwolić na podróż tramwajem ani na eleganckie ubrania. Zostaje z nim zestawiony Sejanus Plinth, chłopak wywodzący się z Drugiego Dystryktu. Plinthowie są jedną z najbogatszych rodzin w Kapitolu, co jednocześnie Snowowi imponuje i go denerwuje. Sejanus, zamiast pławić się w luksusach i korzystać z dóbr zapewnianych przez ojca, do samego końca walczy o wolność i równość dla wszystkich, podobnie też do samego końca czuje się chłopakiem z Dwójki a nie Kapitolu, czego Corio absolutnie nie jest w stanie pojąć.

Nie znaczy to, że młody Snow jest tym samym żądnym krwi potworem, którego znamy z cyklu Igrzyska śmierci. Collins przedstawia nam co prawda trochę napuszonego i przemądrzałego chłopaka, ale potrafi być troskliwy, współczujący, odczuwa strach i nawet kwestionuje rządy Kapitolu, a najważniejsze – zakochuje się w Lucy Gray. To wszystko na początku jeszcze daje nadzieję, że z czasem jego charakter się ukształtuje we właściwy sposób, lecz mimo wszystko podczas lektury czeka się niecierpliwie na jakiś Wielki Wybuch, który go tak diametralnie zmieni. Takowy nie następuje i nie jest to nawet moment wyjazdu do Dwunastki; wtedy jego przemiana po prostu przyspiesza, ale ma miejsce od samego początku. Pozytywne cechy, które na początku mamią czytelnika, są konsekwentnie eliminowane przez jego postępowanie: zbliża się do trybutów nie po to, by im ulżyć w cierpieniu, ale żeby dać się zauważyć, pomaga Sejanusowi, lecz jednocześnie liczy na jakąś nagrodę finansową, kwestionuje ideę igrzysk, ale podsuwa organizatorom kolejne pomysły…

Ballada to trudna wielowarstwowa powieść. Wątek miłosny jest jedynie dodatkiem do fabuły, która głównie się skupia na relacji władza-obywatel oraz na tym, do czego prowadzą rewolucje. Jak łatwo ulegamy podziałom na „nas” i „ich” – lepszych i gorszych, ludzi i podludzi. Mamy szansę zapoznać się z ludźmi z Kapitolu, gdzie każdy ma jakieś doświadczenie wojenne: strata rodziców czy kogoś bliskiego, utrata majątku, głód, choroby… Przygnębiające jest jednak to, że ambitni uczniowie Akademii, patrząc na swoich rówieśników na arenie, widzą w nich tylko potwory, wrogów i podludzi, którzy muszą zasłużyć, by otrzymać przesyłkę z jedzeniem. Collins zmusza nas do postawienia sobie pytania: czy człowiek jest z natury zły? Czy zło wynika z okoliczności, w jakich przyszło nam żyć, z różnych wyborów? Jeśli mamy zły system władzy, to jak wtedy oceniać ludzi, którzy nierzadko starają się po prostu przetrwać? Czy powinno się narażać na niebezpieczeństwo najbliższych, by jednak przeciwstawić się systemowi?

Historia Snowa ma być dla nas lekcją. Przyglądamy się w milczeniu jego czynom, lecz jednocześnie korci nas, by potępiać go za to, co zrobi za sześćdziesiąt lat. Czyta się też ją niespiesznie. Akcji nie można porównać z tym, co mamy w Igrzyskach, ale i tu nie brakuje napięcia. Gratką dla fanów na pewno będą liczne nawiązania do cyklu z Katniss – od przodków bohaterów trylogii po piosenki. Nie jest to też tylko literatura młodzieżowa. Poza rozrywką i lekkim stylem dostarcza nam wystarczająco dużo smutku i powodów do zadumy nad kondycją współczesnego świata. Bo przecież z obserwacji współczesności powstaje dystopia.


autor: Suzanne Collins
tytuł: Ballada ptaków i węży
przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
wydawnictwo: Media Rodzina
miejsce i data wydania: Poznań 2020
liczba stron: 544
format: 135 × 205 mm
oprawa: miękka ze skrzydełkami


Monika Jasek

Polonistka z wykształcenia, skandynawistka w przyszłości. Miłośniczka nauki, jedzenia, filmów oraz seriali. Wielbicielka literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastycznej, a zwłaszcza dystopii. Zakochana w Norwegii i norweskim, ogląda, słucha i czyta wszystko, co powstało w kraju nad fiordami. Darzy miłością pieski i świnki morskie. Po godzinach nieśmiały cukiernik. Tylko myśli, czego można by się jeszcze nauczyć. Zastępca redaktor naczelnej tego przybytku.