Przeczytaliśmy

Niewinność jest cechą ofiar

Monika Jasek
Od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że nie będę się zamykać w ulubionych gatunkach literackich, więc wyciągam ręce po coś innego niż literatura skandynawska, reportaż i powieści magiczne dla młodszych czytelników. Wyciągnęłam je także po Ani złego słowa Uzodinmy Iweali, bo skusiła mnie zapowiedź powieści o inności, samotności i imigracji. Na tylnej stronie widnieje obietnica, że najnowszy utwór Iweali wyciśnie (w końcu) łzy. Podjęłam ochoczo to wyzwanie – łzy wyciskają mi jedynie cierpiące pieski. Czegoś – nie tylko piesków – zabrakło, bo historia nie wycisnęła ze mnie nic. 
Głównym bohaterem jest Niru, syn nigeryjskich imigrantów, który – mogłoby się wydawać – prowadzi niemalże idealne życie. Na jego American Dream składają się: piękny dom na waszyngtońskich przedmieściach, świetne wyniki sportowe, przyjęcie do Harvardu w pierwszej turze, znajomi i śliczna dziewczyna u boku… Z tym, że Niru jest czarnoskóry. W dodatku to chrześcijanin. A dokładniej – jest czarnym chrześcijańskim gejem. Ponieważ tematyka LGBT wzbudza ostatnio mnóstwo emocji, pomyślałam, że taka mieszanka powinna być iście wybuchowa.

Mówię to z bólem serca – ale wiecie, jak to jest, gdy oczekujecie nadzwyczajnego efektu po fajerwerku, a on gaśnie po sekundzie? No właśnie.

Spodziewałam się – zgodnie z zapowiedzią – czegoś rewelacyjnego. Do połowy byłam nawet zachwycona powieścią, ale później zachwyt najpierw się zmniejszył, a potem gdzieś uciekł. Akcja jest na tyle wartka, że czyta się naprawdę szybko; można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że odzwierciedla nasze postrzeganie Ameryki jako szybkiej, dzikiej, intensywnej. Nie do końca jednak przekonuje mnie brak wydzielenia partii dialogowych – wszystkie kwestie mówione są wplecione w główny tekst, więc czasami miałam problem, żeby rozróżnić, kto mówi do kogo albo kiedy ktoś faktycznie coś powiedział. Dziwi mnie także niezwykła zbieżność z książką Nazywam się Stephen Florida, którą niedawno recenzowałam – przez pierwsze 50 stron miałam wrażenie, że rytm narracji jest mi znajomy. Dopiero później przypomniałam sobie o tej powieści wydanej również przez Wydawnictwo Poznańskie, lecz nie rozwiązałam swojej zagadki – różni autorzy, różni tłumacze. Być może to czysty przypadek, ale niestety bardzo mi to zgrzytało i czasami mnie dekoncentrowało.

Dlaczego jednak podobała mi się połowa powieści? Lubię utwory, w których nie ma przesadnie powolnego wstępu, by mieć pewność, że czytelnik już zdążył zarejestrować wszystkich bohaterów i zapamiętać ich imiona. Dzięki narracji pierwszoosobowej jesteśmy w stanie wniknąć w myśli Niru, który do pewnego momentu jest naszym przewodnikiem. Świetne jest połączenie jego wrażliwości z typową gruboskórnością dojrzewających chłopców, a najbardziej przypadła mi do gustu walka, którą codziennie ze sobą toczył. Nie moją intencją jest ocenianie kwestii religijnych, lecz zdecydowanie ważnym problemem jest ukazanie osoby wierzącej, która zaczyna rozumieć, że jest homoseksualna i żadne modły nie dadzą temu rady. Pod fasadą rodzinki bez skazy kryje się problematyczny ojciec, któremu pomimo niezwykle tragicznego dzieciństwa w Nigerii udaje się uciec do lepszego świata i zapewnić inne życie własnym dzieciom. Gdy lepiej poznajemy bohatera i jego rodzinę, okazuje się, że jedynie pozornie są idealni. Ojciec, któremu udaje się zbiec z Nigerii, nie zapomina o tragicznych, wojennych doświadczeniach w ojczyźnie. W Stanach Zjednoczonych udaje mu się zapewnić swoim najbliższym lepsze życie, lecz jednocześnie jest niezwykle wymagający. Jego ukochanym synkiem jest starszy brat Niru, student medycyny, a sam nastolatek jest traktowany po macoszemu – aż wychodzi na jaw, że jest gejem. Wtedy głowa rodziny bierze wszystko w swoje ręce i Niru trafia na terapię leczniczą u zaprzyjaźnionego pastora w Nigerii.

I mniej więcej w tym momencie nastąpił u mnie spadek zainteresowania. Podróż do Nigerii ma w sobie coś dzikiego i niepokojącego zarazem, choć typowo katolickie podejście, że należy wytępić grzeszne myśli, nawet nie zaskakuje. Zadziwia za to zepsucie świetnie zarysowanej fabuły – czekałam tak niecierpliwie, co się będzie działo dalej, jak rozwinie się akcja i jak bardzo ucierpi nasz bohater, że prawie uderzyłam głową w okno w autobusie, gdy doczytałam do końca. Fakt, nie jestem czarna i nie mieszkam w Ameryce, więc nie znam realiów, ale mimo wszystko zakończenie historii Niru (co nie jest równoznaczne z końcem powieści) wydaje mi się trochę przesadzone, bez polotu i zrobione na odwal – pomyślcie, co się może przytrafić czarnemu w Stanach, a pewnie traficie na właściwą odpowiedź.

Mam wrażenie, że trzy ważne kwestie społeczne – religia, homofobia oraz rasizm – trochę przerosły autora, który zaplanował sobie powieść średnich rozmiarów i brakło mu miejsca na godne pociągnięcie akcji. Te wątki ostatecznie są potraktowane ogólnikowo, raczej lekko dotknięte niż właściwie poprowadzone. Wielka szkoda, bo ich szersza analiza dałaby faktycznie utwór aspirujący do wybitnych. Żałuję, ponieważ rzadko się pisze o wierzących homoseksualistach – raczej jesteśmy zalewani kościelnymi insynuacjami o ich grzechach oraz szkodliwości. Tym pierwszym rzadziej oddaje się głos – choć autor próbował przedstawić rozdarcie Niru między tym, kim był, a wiarą katolicką, wyszło co najwyżej poprawnie. Bez większych fajerwerków niestety.

Ani złego słowa zapowiadało się świetnie. Autor nieźle się odnajduje w realiach życia nastolatków, które kręci się wokół imprez, zawodów sportowych, kasy rodziców i typowania przyszłych uczelni. Niru odnajdywał się w tym średnio – niby brał w tym wszystkim udział, niby piękna Meredith wychodziła z siebie, żeby w końcu zwrócił na nią uwagę, ale to nie do końca było to. Podobnie jest z ostatecznym efektem powieści – mam mieszane uczucia i jestem rozdarta, bo z jednej strony historia Niru mnie zasmucała i bolała, ale z drugiej – czuję się trochę rozczarowana, że to wszystko się skończyło, zanim na dobre się zaczęło.


autor: Uzodinma Iweala

tytuł: Ani złego słowa

przekład: Piotr Tarczyński

wydawnictwo: Poznańskie

miejsce i data wydania: Poznań 2019

liczba stron: 270

format: 140 x 210 mm

okładka: twarda 


Monika Jasek

Polonistka z wykształcenia, skandynawistka w przyszłości. Miłośniczka nauki, jedzenia, filmów oraz seriali. Wielbicielka literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastycznej, a zwłaszcza dystopii. Zakochana w Norwegii i norweskim, ogląda, słucha i czyta wszystko, co powstało w kraju nad fiordami. Darzy miłością pieski i świnki morskie. Po godzinach nieśmiały cukiernik. Tylko myśli, czego można by się jeszcze nauczyć. Zastępca redaktor naczelnej tego przybytku.