Przeczytaliśmy

Po jedenaste: uciekaj!

Monika Jasek

Źródło grafiki: Monika Jasek

W marcu, gdy ogłoszono narodową kwarantannę, mogłam trochę odpocząć. Przestałam tracić tyle czasu na dojazdy do pracy, na lekcje i do domu, przez co zazwyczaj jestem tak zmęczona, że niewiele robię poza weekendem. Skoro już odpoczęłam, zaczęłam oglądać seriale. Zachęcona niezłym trailerem, skusiłam się na Unorthodox na Netfliksie. Dowiedziałam się, że powstał na podstawie książki, i wtedy pomyślałam: „może kiedyś”. Właśnie ją przeczytałam i tak zapoczątkowałam kolejny temat miesiąca.

Sam serial nie jest idealny – nie uświadczycie tu wartkiej akcji. Tempo jest nieśpieszne, prawie leniwe, lecz cały czas wyczuwalna jest atmosfera niepokoju. Esther Shapiro mieszka w jednym z najlepszych miast, Nowym Jorku. Pełno w nim atrakcji, możliwości, miejscówek i różnorodności. Wydawać by się mogło – marzenie! Nastolatka nie ma jednak o tym bladego pojęcia. Nie rozwija pasji, nie chodzi na imprezy, nie korzysta z życia. Mieszka bowiem we wspólnocie chasydzkich Żydów w Williamsburgu. Jednej z najbardziej ortodoksyjnych społeczności. Uczy się więc pilnie, jak być dobrą żoną i matką, ufając w złudne zapewnienia starszych kobiet, że to jedyne marzenie każdego dziewczęcia. Po jakimś czasie Esther zaczyna rozumieć, że różni się od reszty nastolatek, ale jeszcze nie rozumie, w czym rzecz.

A chodzi o chęć bycia wolną.

Odkrywa to już po ślubie, gdy zachodzi w ciążę. Nie chce wychowywać dziecka w takim świecie.

Decyduje się na radykalny krok, jakim jest ucieczka do Berlina, gdzie mieszka jej wyklęta przez społeczność matka. Nie ma z nią kontaktu od lat, więc właściwie jest to skok na głęboką wodę – Esther ucieka ze znanej sobie rzeczywistości, wkraczając w nową, której absolutnie nie rozumie. To dwustronne zderzenie światów, bowiem ona nie jest w stanie zrozumieć, jak ludzie mogą zachwycać się Berlinem (wiadomo, Holocaust), a już kąpać się w jeziorze, które sąsiaduje z dawną siedzibą hitlerowców?! Europejczycy nie pozostają jej dłużni: jak w XXI wieku można żyć w tak opresyjnej wspólnocie?

Esther uczy się wszystkiego na nowo. Odkrywa miasto i jego nocne życie, które niesie ze sobą dreszczyk emocji, ale przede wszystkim dużo swobody: w końcu może wyjść tam, gdzie ma ochotę, o tej porze, o której chce, i z takim towarzystwem, jakie jej pasuje. I nikt jej za to nie zgani. Otwiera się na ludzi, relacje oraz samą siebie: poznaje swoje pragnienia, pozwala wybrzmieć emocjom. Dąży do tego, czego ona sama pragnie.

Shira Haas, odtwórczyni roli Esther, wypada świetnie. Gra, używając minimalistycznych środków wyrazu, jest oszczędna w gestach, z których każdy jest wyważony i odpowiedni do sytuacji. To wystarczy, aby przekazać wszystko, co przeżywa bohaterka.

Ogromnym plusem serialu jest dbałość o szczegółowe ukazanie społeczności Ester. Chociażby fryzury, sposób zachowania się oraz ubioru, dialogi w jidysz. Duże wrażenie robią obrzędy żydowskie, m.in. zaślubiny. To, co nie znalazło się w serialu, możemy obejrzeć w dodatkowym odcinku, krótkim dokumencie z planu produkcji.

Wspólnota, w której wychowała się bohaterka, postawiła sobie za cel odbudowanie narodu, który stracił sześć milionów istnień w trakcie wojny. Kobiety w tej społeczności sprowadzane są do roli rodzicielek, których wartość wzrasta wraz z liczbą potomstwa. Traktowane są przedmiotowo, nie czują się w ogóle pełnoprawnymi jednostkami. Rządzi nimi mąż, a one się dostosowują. Esther udało się z tego świata wyrwać, podobnie jak Deborah Feldman – autorce książki, na podstawie której powstał serial.

Lata 90. XX wieku, Brooklyn w Nowym Jorku, Deborah jest nastolatką. Już wiemy, że choć mieszka w Wielkim Jabłku, otacza ją religijne więzienie. By wypożyczyć (nielegalnie) książki, musi po kryjomu udać się do biblioteki. Oczywiście nie tej najbliższej, bo ktoś może ją rozpoznać, tylko kilka przecznic dalej, a i tak wchodzi tam z duszą na ramieniu. Nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać.

Deborah czyta „zakazane” książki pod kołdrą i chowa je pod materacem. Jest najlepsza z angielskiego w klasie, mimo że większość dziewcząt prawie nie zna tego języka (mieszkając w Nowym Jorku!). Wie, że jest inna, nie chce takiego życia. Uważa, że poradzi sobie z przyszłym mężem. Aż do nocy poślubnej, kiedy to przychodzi i konieczność spełnienia obowiązku małżeńskiego. Wraz ze ślubem pojawia się też teściowa, która czujnym okiem obserwuje każdy jej ruch.

Deborah od początku jest na straconej pozycji, bowiem nie pochodzi z najlepszej rodziny, mimo że jej dziadek jest jedną z najbardziej szanowanych osób we wspólnocie. Nie wiem, co dla niej jest gorsze – matka, która uciekła za granicę i wyrzekła się wiary, czy ojciec, wiecznie roztargniony, dziecko uwięzione w ciele mężczyzny? Wszyscy o tym wiedzą i małżeństwo dla niej to niemalże dar z niebios. Tak jak zaznaczyłam, tylko do czasu nocy poślubnej.

Zazwyczaj dla dziewcząt jest to pierwsze zetknięcie z nagością (brzmi to paradoksalnie, lecz o istnieniu pochwy nastolatki dowiadują się… podczas nauk przedmałżeńskich – Deborah była przerażona!), a pierwsze zbliżenia ani nie budują relacji między małżonkami, ani nie przynoszą przyjemności. Za wszelkie małżeńskie niepowodzenia obwiniane są kobiety. Mąż autorki posłusznie żali się rodzicom, że coś z tą Deborah nie tak, bo nie zaszła jeszcze w ciążę… Teściowa wkracza do akcji – i niemalże sypialni – i sprawdza codziennie, czy „to” w końcu się udało. Kobieta jest obecna w życiu młodych zarówno w sferze seksualnej, jak i codziennej.

Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów to trudna lektura. Autorka wpuszcza nas do swojego świata, dzieląc się wspomnieniami zarówno z czasu dorastania, jak i z późniejszych lat. Poznajemy zwyczaje obowiązujące we wspólnocie chasydzkiej, tradycje oraz rytuały, a nawet sposoby przygotowania posiłków na święta. Nie brakuje pojęć w jidysz, które – ku mojemu rozczarowaniu – nie zawsze są należycie tłumaczone. Czasami to jednak przeszkadza. Razem z autorką wkraczamy w świat ortodoksów, który zostaje odarty z tajemnic. Jest to emocjonalna podróż, ponieważ niejednokrotnie łapiemy się za głowę, że takie praktyki są jeszcze możliwe, że nadal – mimo wszystko – można tak traktować ludzi.

Deborah Feldman żyła w świecie, który gardził zachodnią kulturą, uważając ją za przejaw zła oraz wszelkiego zepsucia. Może hipokryzja tworzących go ludzi wynika z troski o odbudowę narodu, a może to czysta obłuda. Wydaje się, że niewiele osób zauważa problemy niszczące od środka wspólnotę: pedofilię, molestowanie, krzywdzenie dziewcząt… A życie w Nowym Jorku nie gwarantuje szansy na ratunek.

Gdy opublikowano wspomnienia autorki, została ona oskarżona o przerysowanie i działanie na szkodę wspólnoty. Uważano, że niektóre wątki podrasowała, a wręcz wymyśliła, by jej książka lepiej się sprzedała. Unorthodox nie ma sensu jednak oceniać w tych kategoriach. To uniwersalna opowieść o religijnym osaczeniu. O tym, że kobietę sprowadza się jedynie do roli rodzicielki, ogranicza jej prawa i wolność, narzucając wartości wspólnoty. Że małżeństwo w takiej społeczności to tylko aranżowana przez rodziny polityczna transakcja, przynosząca korzyści obu stronom.

Książka i serial diametralnie się różnią. Są to dwie osobne historie, które mają pewne punkty wspólne, lecz życiowe doświadczenia Deborah Feldman były jedynie inspiracją dla historii Ester Shapiro. Na początku trochę mnie to zaskoczyło, potem zrozumiałam, że to była lepsza decyzja. Przeniesienie książki Deborah na mały ekran nie sprzedałoby się tak dobrze – jej historia jest oczywiście porażająca i cały czas dopingujemy jej, aby wyrwała się z tego środowiska (mimo że przecież wiemy, że się to udało), ale jest konsekwentna, brakuje w niej niepewności i poszukiwania swojej drogi, co znowu jest ważnym motywem w serialu. Esther, uciekając od męża, nie wie, czego szuka. Chce tylko odnaleźć matkę, lecz dopiero w Berlinie uczy się życia z dala od kontroli najbliższych, odkrywa samą siebie i pozwala sobie na próby i błędy.

I książka, i serial traktują jednak o tym samym – o religijnym zniewoleniu, gdy pod przykrywką troski o naród odbiera się wszelkie prawa kobietom. Najsmutniejsze jest dla mnie to, że najczęściej kontrolę nad kobietami sprawują kobiety: matki, babki, ciotki, teściowe… w takim świecie trudno mówić o kobiecej solidarności czy zrozumieniu.

W tych warunkach aż prosi się o dodanie ostatniego przykazania – po jedenaste: uciekaj!


autor: Deborah Feldman
tytuł: Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów
przekład: Kamila Slawinski
wydawnictwo: Poradnia K
miejsce i data wydania: Warszawa 2020
liczba stron: 375
format: 135 × 205 mm
oprawa: miękka


Monika Jasek

Polonistka z wykształcenia, skandynawistka w przyszłości. Miłośniczka nauki, jedzenia, filmów oraz seriali. Wielbicielka literatury dziecięcej, młodzieżowej i fantastycznej, a zwłaszcza dystopii. Zakochana w Norwegii i norweskim, ogląda, słucha i czyta wszystko, co powstało w kraju nad fiordami. Darzy miłością pieski i świnki morskie. Po godzinach nieśmiały cukiernik. Tylko myśli, czego można by się jeszcze nauczyć. Zastępca redaktor naczelnej tego przybytku.