Obejrzeliśmy

Nie zamrażać powtórnie

Paweł Gładysz Antoni Kaja

Czasem po obejrzeniu filmu warto pozwolić emocjom opaść. Nasza początkowa rezerwa wobec filmu świeżo po projekcji później nieco stopniała, choć to częściowa odwilż. Po wyjściu z kina mieliśmy więcej pytań niż odpowiedzi, a kontynuacja nowego czytania Królowej śniegu wydała nam się całkowicie zbędna, podyktowana korporacyjną chciwością. Nie można za to odmówić Krainie lodu II poetyckiego wdzięku, nie sposób nie docenić brzmienia melodii i pokazu wizualnych fajerwerków! Disney rzuca na widza urok, a przy tym konsekwentnie kontynuuje zgłębianie historii nieoczywistych, malowanych wszystkimi odcieniami z wyjątkiem czerni i bieli.

Wraz z królową Arendelle, jej siostrą, chłopakiem siostry oraz sympatycznym bałwankiem i nie mniej sympatycznym reniferem udajemy się w ekspedycję na północ, aby wyjaśnić rodzinne tajemnice, przed którymi rodzice skutecznie ochronili swoje córki. Czyj głos wzywa Elsę w nieznane? Co spotkało króla i królową na morzu? Od jak dawna pradawną puszczę spowija gęsta mgła? Dlaczego gest przyjaźni wykonany przez dziadka bohaterek spotkał się z wybuchem wrogości? Kto pierwszy rzucił kamień? Kto zażegna spór? Wyruszamy w nieznane. Prawda może zaboleć.

I mimo że po ekranie hasa wesoły bałwanek (który ponownie burzy czwartą ścianę w iście kalamburycznym stylu), dorośli rozpoznają na ekranie tematy wcale niewesołe. Jest w tej opowieści kontynuacja wątku nietolerancji i lęku wobec Innego, mieszkającego za granicą – tym razem sięgająca głębiej, bolesna, bo rodzinna; jest zagadnienie męskiej wrażliwości zakopanej pod zaspami samczości, która topnieje na skutek matrymonialnego impasu; jest dekonstrukcja mitu baśniowego króla; jest mierzenie się z depresją, upadkiem po stracie najbliższej osoby; jest też – a może przede wszystkim – rozliczenie pokoleniowe w wymiarze etycznym, etnicznym i ekologicznym. Jak widzicie, podczas projekcji nie zawsze będzie miło.

Natomiast czystą przyjemnością jest patrzenie na obłędne popisy cyfrowej hydro- i pirotechniki. W pierwszym odcinku głównym tematem starań grafików i programistów był lód, śnieg oraz tkaniny. Nie zapomnimy wrażeń, które towarzyszyły obserwacji realizmu, z jakim udało się odziać ciała bohaterów i pałacowe okna; zaskoczył nas układ fałd i zmarszczek na sukniach i zasłonach. Tu mamy do czynienia z zapierającymi dech w piersiach wizualizacjami ogromnych mas wody i języków różowego ognia. Szczególnie oddanie tego pierwszego żywiołu stanowi nie byle jakie wyzwanie, o czym wspominano często chociażby przy okazji chwalonego pod tym względem Dobrego dinozaura. Warto pójść na film choćby ze względu na ten animowany spektakl sił natury. Oraz dla kolejnego gadziego słodziaka w menażerii Disneya (aż dziw, że tak mało z nim jak na razie merchandise’u, ale w końcu ciężko wygrać z Baby Yodą).

Z uwagi na nasze akademickie korzenie – ale po prawdzie to i na recenzencką rzetelność, bo w tej kwestii należy upatrywać naszych chłodnych zachwytów – nie możemy nie zwrócić uwagi na tłumaczenia piosenek, które budują przecież kręgosłup każdego disnejowskiego musicalu, wprowadzają broadwayowski rozmach. Znakomity Michał Wojnarowski, odpowiedzialny choćby za popisy w oryginalnej Mary Poppins oraz Kubusiu i przyjaciołach, zaskakująco wiernie przełożył teksty i napisał je piękną polszczyzną. Zaskakująco, ponieważ niełatwo zachować treść wers w wers, gdy równy priorytet nadajemy formie dopasowanej do choreografii ruchów warg i gestów postaci. Pamiętajmy też, że polski jest znacznie mniej obły niż angielski.

Zastąpienie słów „into the unknown” słowami „chcę uwierzyć snom” w filmowym szlagierze wzbudza jednak słuszne kontrowersje i stanowi jedynie przykład nieuniknionego, jak się zdaje, kompromisu translatorskiego (Wojnarowski potrzebował w refrenie samogłoski, a mistyka snów nie jest w opowieści bezzasadna). Podany przykład stanowi wierzchołek góry lodowej. W skali całego filmu drobne ubytki semantyczne powodują, że w polskim dubbingu klarowna jak kryształ lodu treść utworów staje się odrobinę mętna: umykają tropy i wskazówki prowadzące bohaterki do pełnej samoakceptacji. Wrażenie to utrudnia zrozumienie całokształtu subtelnej baśni… na którą i tak chętnie wybralibyśmy się ponownie, tyle że najlepiej w oryginale.

Jakkolwiek rzetelny, przekład wpłynął też na melodykę wykonań, które nie wpadają przez to w ucho do tego stopnia, co wałkowane latami przez dzieciaki (i nie tylko) hity z oryginału. Niektóre bronią się samą konwencją (wyśmienita parodia rockowych ballad miłosnych w wykonaniu Kristoffa) bądź ładunkiem emocjonalnym (poruszająca kołysanka, która stanowi zarazem kluczowy element ogólnego soundtracku i wskazówkę interpretacyjną do całości fabuły). Nie można tego jednak powiedzieć o wszystkich piosenkach, a przecież w musicalowej produkcji muzyka stanowi meritum.

W rezultacie otrzymujemy produkt całkiem przyjemny, nie najgorszy jeżeli chodzi o sequele, w przepięknym opakowaniu, ale już nie pierwszej świeżości. Czasem nie ma co przesadzać z mrożonkami. Rzadko kiedy za drugim razem smakują tak samo.


tytuł: Kraina lodu II

reżyseria: Jennifer Lee, Chris Buck

reżyser dubbingu polskiego: Wojciech Paszkowski

scenariusz: Allison Schroeder

obsada: Kristen Bell, Idina Menzel, Josh Gad, Jonathan Groff

czas trwania: 1 godz. 43 min.

data polskiej premiery: 22 listopada 2019

gatunek: przygodowy

dystrybutor: The Walt Disney Company Polska

Film obejrzeliśmy dzięki współpracy z kinem Helios

Jeśli po projekcji poczujecie się zmęczeni melodramatycznym musicalem, ale animowany śnieg skutecznie rozbudził w Was głód muzycznych wrażeń, Roksana Jasińska spieszy z pomocą. A jeśli to śniegu Wam mało i zaostrzył Wam się apetyt na Skandynawię, warto poczytać, co ma do powiedzenia Monika Jasek, a następnie obejrzeć coś z zupełnie innej beczki solonych śledzi z wód arktycznych.


Paweł Gładysz

Student biologii na Uniwersytecie Gdańskim, anglista i tłumacz. Scenarzysta samouk i obserwator kultury popularnej. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.




Antoni Kaja

Student filologii angielskiej na Uniwersytecie Gdańskim, humanista duchem. W wolnych chwilach pochłania nałogowo książki, obserwuje zakręcone losy fikcyjnych bohaterów telewizyjnych i ucieka w światy wyobraźni (z powrotami bywają problemy). Pisarz amator, fanatyk Doktora Who, wielbiciel postmodernizmu, metafikcji oraz czarnego humoru. Odczuwa niezdrową fascynację szaleństwem i postaciami pokroju Hannibala Lectera. Uważa, że w życiu człowieka najważniejsza jest pasja.