Relacje

Nie tylko chrząszcz, czyli co (i kto) brzmi w Szczebrzeszynie (dokończenie)

Czwartego dnia miałam się urwać z festiwalu dość wcześnie. Bo obowiązki, bo autobus, który odjeżdżał po południu, bo coś tam. A jednak siła przyciągania wydarzenia i samego miasta okazała się zbyt duża – wyjechałam do domu dopiero następnego dnia rano.
„W literaturze nie ma już teraz epiki, bo jej rolę przejęły seriale” – taką opinią, zaczerpniętą podobno od Jacka Dukaja, rozpoczęła się dyskusja o czytelnictwie z udziałem Agaty Pieniążek z wydawnictwa Znak oraz Justyny Sobolewskiej i Michała Nogasia. Bo tytuł Dlaczego powieści są coraz dłuższe? nadany temu spotkaniu w programie festiwalu był nie tyle tematem, ile punktem wyjścia do luźnej, ale również dzięki temu ciekawej rozmowy – także z publicznością – o tym, co (i jak) czytamy, a co (i jak) w Polsce wydajemy (za dużo, za szybko, w brzydkich okładkach) i dlaczego właśnie tak. Być może coraz dłuższe powieści interesują nas (a chyba tak jest, skoro je kupujemy), bo pozwalają nam zatonąć w fabule, wsiąknąć w świat bohaterów, pożyć ich życiem dłużej niż tylko przez chwilę. A z drugiej strony – trochę się tych grubych książek boimy, bo mogą nas nie wciągnąć. Do tego całkiem prawdopodobne, że zabraknie nam na nie czasu, a przecież chcielibyśmy dotrzeć do końca każdego wątku. Sprawdzamy więc, co na ich temat mają do powiedzenia inni, a zwłaszcza ci, z których zdaniem szczególnie się liczymy. Wbrew pozorom, jak wynikało z wypowiedzi słuchaczy, nie zawsze największym zaufaniem darzymy recenzentów internetowych, chociaż o to (i nie tylko o to) można by się spierać. Jako bardziej wiarygodne wskazywano recenzje prasowe i (a jakże!) audycję Z najwyższej półki, prowadzoną przez Michała Nogasia.

Debata trochę się przeciągnęła. A tłum gęstniał. Zaraz potem miały się bowiem odbyć dwa duże spotkania autorskie: ze Szczepanem Twardochem oraz z Olgą Tokarczuk i Janem Henrikiem Swahnem.

Szczepan Twardoch mówił sporo o Królu, czyli nowej powieści, która ma się ukazać jeszcze w tym roku. To książka o Warszawie z drugiej połowy lat trzydziestych, konkretniej – o warszawskich Żydach, najkonkretniej – o bokserze, postaci z półświatka wzorowanej na Tacie Tasiemce, działaczu niepodległościowym, gangsterze, „królu Warszawy”. Rok 1937, w którym toczy się akcja, był czasem bardzo burzliwym: na większości uczelni istniały już getta ławkowe dla studentów żydowskich, prawicowa część sanacji zaczynała flirtować z młodymi nacjonalistami, w polityce wrzało. W gazetach reprezentujących różne środowiska te same wydarzenia opisywano w skrajnie odmienny sposób – na przykład wybryki antysemickie w ONR-owskim „ABC” przedstawiono jako „żydowskie awantury”, w żydowskim „Naszym Przeglądzie” opisano je jako pogrom, a w „Życiu Warszawy” ograniczono się do suchej, zwięzłej notatki. Sam Twardoch stwierdził, że trudno mu poddać współczesność fabularyzacji – brakuje historii, która mogłaby stanowić tworzywo dramatu egzystencjalnego, zawsze coś brzmiałoby w takiej opowieści fałszywie. Zapewne nieco podobną, dystansującą funkcję pełni też zmiana perspektywy z ludzkiej na zwierzęcą – autor wyjaśniał, że dzięki niej nie zżywa się z bohaterem, nie ulega pokusie usprawiedliwiania go, upiększania historii.

Ile wspólnego mają Nowe Ateny Benedykta Chmielowskiego z Wikipedią, a Elżbieta Drużbacka, osiemnastowieczna poetka, z polskim feminizmem? Według Olgi Tokarczuk całkiem sporo. Zarówno Drużbacka, jak i ksiądz Chmielowski odgrywają też istotną rolę w Księgach Jakubowych, wokół których krążyła dyskusja na spotkaniu z pisarką i Janem Henrikiem Swahnem, który tłumaczy jej prozę na język szwedzki (Księgi Jakubowe w jego przekładzie były zresztą w Szwecji jedną z najwyżej ocenianych książek minionego roku). Zdaniem autorki historia frankistów była jednym z takich tematów, które domagały się opracowania nie tylko historycznego, lecz także literackiego, nie sądziła jednak, że to jej przyjdzie się z nią mierzyć; długo nad nią krążyła, zanim się do niej zabrała. Nie spodziewała się też, że ta książka spotka się z tak dużym odzewem – przypuszczała, że będzie raczej publikacją dla osób już obeznanych z tematyką. Stało się inaczej: Księgi Jakubowe przyciągnęły zarówno stałych czytelników Olgi Tokarczuk, jak i osoby spoza tego grona. Już po wydaniu książka zyskała też nowy, bardzo współczesny kontekst – bywa odczytywana jako głos w sprawie uchodźców. A zespół pod kierownictwem Eweliny Marciniak przygotował na jej podstawie spektakl, który po przerwie wakacyjnej wraca na deski warszawskiego Teatru Powszechnego (http://www.powszechny.com/spektakle/ksiegi-jakubowe,s946.html).

A wieczorem na rynku odbył się koncert Zbigniewa Wodeckiego i zespołu Mitch & Mitch – wydarzenie, które przyciągnęło jedną z najliczniejszych publiczności podczas całego festiwalu. Przygotowywanie sprzętu, ustawianie sceny i próby trwały od samego rana (pani, u której mieszkałam, mówiła potem, że coś zaczęło się dziać już około piątej). Artyści promowali piosenki z nowej płyty 1976: A Space Odyssey, jeszcze niezbyt dobrze znane publiczności, więc z jednej strony świeże, nieograne, ale z drugiej – niekoniecznie porywające. Sama słuchałam tego koncertu z balkonu (miałam szczęście mieszkać dokładnie na wprost rynku!) z zaciekawieniem, chociaż bez szczególnego zaangażowania.

Wiele mnie w Szczebrzeszynie ominęło: debata o Leśmianie, spotkania z Mariuszem Szczygłem, Zygmuntem Miłoszewskim, Joanną Mueller czy – tego żałuję chyba najbardziej – Michałem Książkiem (autorem na przykład znakomitego Jakucka). Monodram o Janie Karskim. Dyskusje o czasopismach literackich, nieczytaniu poezji i promowaniu czytelnictwa przez biblioteki. Stało się tak trochę dlatego, że rozmaite obowiązki goniły, więc nie mogłam zostać do końca, a trochę dlatego, że dane mi było przeżyć jeszcze więcej niż festiwal, na który się wybrałam. Przegadać wszystkie trzy wieczory (przeciągające się zawsze do nocy) z dopiero co poznaną współlokatorką, a czasem również z niezwykłą starszą panią, która nas obie do siebie przyjęła. Zostać ugoszczoną herbatą, pierogami i plackami z cukinii. Dać się wyciągnąć na wycieczkę do pobliskiego Zamościa. A choćby i powłóczyć się po mieście – w pojedynkę, na wyczucie, nawet jeśli czasem mnie ono zawodziło.

Pięknie było. Tak po prostu.

Studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Sprząta (na portalu, a czasem również gdzie indziej). Tu zetrze przecinek, tam dostawi brakującą literę, ówdzie zrobi przemeblowanie w zdaniu albo rozwiesi cudzysłów. Kiedyś studiowała ukrainistykę, ale jej przeszło. Została jej stamtąd sympatia do dwudziestowiecznej literatury ukraińskiej.

    Zostaw odpowiedź

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    0 %