Żywe słowa

Z wizytą w Arkadii. Józef Czechowicz, „Księżyc w Rynku”

1 lipca 1569 król Zygmunt August zaprzysiągł na zamku w Lublinie unię nazwaną od miejsca uchwalenia lubelską. Na jej mocy Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie stały się jednym państwem, Rzecząpospolitą Obojga Narodów. Jej losy związały się z wieloma mitami ważnymi w polskiej kulturze i historii – kresowym, szlacheckim, wielokulturowym czy mitem przedmurza chrześcijaństwa. Dla pewnego poety mitem stało się również miejsce, w którym unia się narodziła.

Lublin, obecnie miasto duże, ale nieco na uboczu kraju, najlepsze swe dni przeżywał w XVI wieku. Wtedy wypadało tam bywać. Dlaczego? Leżał na szlaku Wilno – Kraków, mniej więcej w środku Rzeczypospolitej. Dzięki sprzyjającemu położeniu geograficznemu stał się nie tylko ważnym ośrodkiem handlu, przyciągającym ludzi różnych kultur, lecz także centrum politycznym. Tamtejszy zamek był jedną z rezydencji królewskich, a prócz tego dziewięć lat po słynnej unii Stefan Batory ustanowił miasto jedną z dwóch siedzib trybunału koronnego – czyli najwyższego sądu apelacyjnego, ważnej instytucji państwowej.

Słodki dobrobyt i potęga skończyły się, gdy w połowie XVII wieku w Rzeczypospolitej rozpętały się wojny. Od tamtej pory Lublin łączy w sobie elementy metropolii i uroki prowincji. Z jednej strony to obecnie największe miasto Polski wschodniej, właśnie tam stworzono pierwszy rząd wolnej Polski w 1918 i założono KUL, który przyczynił się do ocalenia wolności nauki w PRL-u. Z drugiej strony jednak pozostaje w cieniu innych ośrodków miejskich, z największą i najbliżej położoną Warszawą na czele.

Odczuł to już w międzywojniu największy piewca grodu nad Bystrzycą Józef Czechowicz, który w 1933 wyjechał do stolicy, by robić tam karierę dziennikarsko-pedagogiczną. Do rodzinnego miasta wrócił we wrześniu 1939 w ramach ewakuacji Polskiego Radia. Zamiast ocalenia znalazł tam śmierć już dziewiątego dnia wojny. Jak głosi legenda, przepowiedział ją sobie w liryku żal.

Prócz słynnych wierszy o mającej się spełnić apokalipsie Czechowicz stworzył jeden z najpiękniejszych poetyckich portretów miasta. Ukazuje Lublin jako baśniową czy mityczną krainę dzieciństwa, stojącą ponad czasem, uniwersalną, wystylizowaną na ciche, urokliwe, przytulne prowincjonalne miasteczko. Wpisuje je w całościową wizję świata, jaką zbudował w swych dziełach. Tadeusz Kłak nazwał ją Między Arkadią a katastrofą. Nietrudno się domyślić, po której stronie sytuuje się gród nad Bystrzycą. To kolejna realizacja mitu o raju, sielance, idealnym kraju łagodności, Wyspach Szczęśliwych, tym razem usytuowanych na Starym Mieście, Wieniawie czy wzgórzu zamkowym. Na ile chronią one mówiącego od dręczących go złych przeczuć?

Księżycu w Rynku, współtworzącym cały tomik poświęcony Lublinowi (Stare kamienie, 1934), poeta nie posługuje się najoczywistszą idylliczną symboliką. Tytułowy księżyc to znak nocy, śmierci, zmienności, niepokoju. Tu jednak budzi pozytywne uczucia, co najmniej zainteresowanie. Mówiący uważnie śledzi jego wędrówkę po niebie tuż nad dachami starych – czyt. swojskich, przytulnych, malowniczych – kamienic lubelskiego rynku (dygresja: w jednej z nich zmarł sam Jan Kochanowski, jej obecny adres to Rynek 2). Zachowuje się jak dziecko: prosi, by zaczekać jeszcze chwilę, aby mógł przyjrzeć się temu fenomenowi. Obcy jest mu światopogląd naukowy – wyobraża sobie, że ciało niebieskie jest przyklejone do nieba i może z niego spaść. Dachy i ściany kamienic pełnią funkcję potencjalnej drabiny, a otoczony nimi plac – miski, w którą wpadnie urokliwy świecący obiekt. Co to? Perła? Lampa? Może silmaril?

Przestrzeń ziemska w pierwszej cząstce wiersza jest bardzo jednolita. Wynika to nie tylko z metafory miski, ukazującej bruk uliczny i budynki jako ten sam byt, lecz także z zestawienia w pierwszym wersie słów o podobnym brzmieniu. Słowotwórczo kamienica pochodzi zresztą od kamienia, to „budynek zbudowany z kamienia”. Mówiący zaznacza, że pionowe zabytki są utworzone z tego samego budulca co podłoże rynku. Po chwili jednak jego wyobraźnia (szybka jak fantazja dziecka) podąża inną ścieżką: miska okazuje się metalowa, gdyż kiedy wpadnie w nią perła księżyca, zabrzęknie.

Miska okazuje się bogato rzeźbiona (jak przystało na późnorenesansowe kamienice!) – jej powierzchnię różnicują zagłębienia nisz, otwory bram i okien. Mogłyby się stać królestwem złowrogich nocnych cieni, przypominających strachy, których obawiają się najmłodsi, ale na szczęście jest zbyt jasno. Dzięki światłu księżyca nie trzeba się bać ciemności i groźnych gier świateł. Znak sił mroku: cień ma urokliwy fiołkowy odcień i – jak oznajmia mówiący – został unieszkodliwiony, złamany. Brak mu mocy, klęczy, czyli przyjmuje postawę zwyciężonego. Noc jest płowa, a więc bardzo jasna, bezpieczna.

Barwie tej odpowiada żółty kolor gwiazd, ściętych niby kłosy zboża. Trwa przecież czas żniw: lipiec. Nad lubelski bruk dociera powiew sielskiej wsi, gdyż niebo nad miastem staje się polem. Gwiazdy lecą nad dachami – czyli wędrują po nieboskłonie – niby kurz na polnych drogach w upalne letnie dni. Zarazem niebo przypomina wodę, a lot gwiezdnego pyłu – wiatr marszczący jej powierzchnię: gwiazdy firmament w złote smugi marszczą [1].

Symbolika trzeciej cząstki wiersza naznaczona jest jednak niepokojem. Choć żniwa obiecują dobrobyt, wiążą się ze śmiercią i jej atrybutami: kosą czy sierpem, a wodę można widzieć jako groźną otchłań. Co więcej, blask gwiazd odbija się w oknach jak wystrzał. Może to po prostu wczesny meteor ze słynnego sierpniowego roju Perseidów? A może raczej znak, że zło i przemoc czuwają, choć na chwilę straciły swą moc? Za tą druga interpretacją przemawia obraz ślepych szyb, biernych, bezsilnych, jakby obojętnych na wystrzały, na szczęście ciche i niegroźne.

Po delikatnym przypomnieniu o niebezpieczeństwie mówiący wraca do obserwacji księżyca. Czwarta cząstka, ostatnia z większych, tworzy więc klamrę z pierwszą. Tym razem świetlistą perłę śledzi nie tylko mówiący, lecz także uosobiona noc, podobnie jak księżyc raczej olśniewająca pięknem niż złowroga i związana z mrokiem. Czeka cierpliwie na wynik podróży ciała niebieskiego – czy wpadnie z brzękiem w misę rynku, jak przewidziano na początku utworu, czy wymknie się z niej, by stoczyć się ze wzgórza staromiejskiego ulicą Grodzką w dół, ku zamkowi.

Księżyc spłatał widzom psikusa i wybrał trzecią drogę: On się srebrliwie rozpływa / w rosie porannej, w zapachu ziół [2]. Traci materialność, rozwiewa się w mgłach łąk na horyzoncie. Zdaje się wybierać naturę, nie – kulturę. Zamiast turlać się niczym piłka po miejskich starych kamieniach, wybiera ponadczasową przyrodę. Zmienia konsystencję – z twardej perły staje się cieczą, podobnie zresztą jak w jednej z wcześniejszych metafor nieboskłon wokół niego. Tracąc niejako istnienie, ustępuje miejsca bliskiemu już porankowi. W cykliczności natury nie ma więc miejsca na panowanie nocy, a księżyc usuwa się wobec większej światłości.

W Czechowiczowym obrazie urokliwe zabytki i wspaniałości nocnego nieba co chwila zmieniają postać. W metaforach płynnie przekształcają się z jednych bytów w drugie. Choć ukazane jako ciche, sielskie, spokojne, niekiedy mienią się iskrą niepokoju. Wszystko – niebo i ziemia, miasto i wieś, natura i kultura – ostatecznie stanowi harmonijną jedność, której oglądanie pokrzepia i oddala na chwilę egzystencjalne obawy. Zachwycają, cieszą oko, uciszają serce. Jak pięknie! [3]

Księżyc w Rynku


Kamienie, kamienice,

ściany ciemne, pochyłe.

Księżyc po stromym dachu toczy się, jest nisko.

Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę –

jak perła

upadnie w rynku miskę –

miska zabrzęknie.
W płowej nocy,

po kątach nisz głębokich,

po bram futrynach i okien

załamany,

bez mocy,

cień fijołkowy uklęknie.
Gwiazdy żółte, które lipcowy żar ściął,

lecą – kurzawą – lecą,

firmament w złote smugi marszczą,

za Trybunałem

na ślepych szybach świecą

cichym wystrzałem.
Noc letnia czeka cierpliwie,

czy księżyc spłynie, zabrzęknie,

czy zejdzie ulicą Grodzką w dół.

On się srebrliwie rozpływa

w rosie porannej, w zapachu ziół.
Jak pięknie!

Tekst za: J. Czechowicz, Księżyc w Rynku, [w:] tenże, F. Arsztajnowa, Stare kamienie, Lublin 1934, s. 9. Uwspółcześniono pisownię wdół.

[1] J. Czechowicz, Księżyc w Rynku, [w:] tenże, F. Arsztajnowa, Stare kamienie, Lublin 1934, s. 9.[2] Tamże.[3] Tamże.

Polonistka i historyk sztuki. Stara się wierzyć w Prawdę, Dobro, Piękno. Kocha fiołki, koty i zachody słońca.

    Zostaw odpowiedź

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    0 %