Lwy salonowe

42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – SIECZNE, część 2.


TodMachine (Inne Spojrzenie)
PG: Nieudana próba powrotu do ery czarno-białego kina niemego. Niepoważny reżyser naoglądał się Artysty i porwał z motyką na słońce. Zamarzyło mu się zrobić film w duchu niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20. Rażą pretensjonalna fabuła, niski budżet i niedobrana technika realizacji, czyli chamski greenscreen. Dłużyzny w taniej gitarowej oprawie. Wehikuł czasu z kartonów i sreberka, który równie dobrze grupa licealistów mogła nakręcić telefonem.

AK: A ja jednak strony formalnej czy samych efektów czepiać się nie będę. Ten film mimo wszystko wyglądał jak niemieckie klasyki pokroju Gabinetu doktora Caligari, a w moich oczach taniość była zamierzona (jak w przypadku jeszcze jednego filmu na tegorocznym festiwalu, ale o tym później). Klęska reżysera objawia się jednak już w obranej przez niego ścieżce. Jak doskonale widać, panuje ostatnio moda na powroty do przeszłości, hołdy składane zapomnianym technikom czy koncepcjom. Sęk w tym, że część ni w ząb nie przetrwała próby czasu i nie ma tej siły rażenia co kiedyś. Nie ma co bawić się w Park Jurajski i ożywiać niektórych dinozaurów. Ekspresjonistyczne kino nieme jest jednym z nich. To, co kiedyś nadawało dziełu wyrazistości (albo chociaż mniej raziło) – intensywny makijaż, przerysowana gra aktorska, mechaniczne sekwencje, a także niespieszne tempo – teraz ociera się o groteskę lub zwyczajnie nuży odbiorcę. TodMachine jest przykładem filmu aż nadto artystycznego, któremu nie pomaga ani gros kulturowych aluzji, ani ciekawy świat przedstawiony. I chociaż osobiście jestem w stanie to docenić, doskonale zdaję sobie sprawę, że większość, tak jak Paweł, prędzej prychnie podczas seansu, może nawet wyjdzie z sali. No i wykorzystywanie na końcu własnego wiersza jest więcej niż pretensjonalne.

 


Czuwaj
PG: Glińskie kino gatunkowe – jedyne w swoim rodzaju. Reżyser to surowy obserwator, który ma ogromną wrażliwość nastrojoną na młodzież, ale ten film to raczej wezwanie do wychowawców i nauczycieli: ogarnijcie się! Przewraca nauczycielską katedrę palcem u nogi. Powstał solidny thriller, ostra krytyka wychowawczej małostkowości i naiwnego harcerstwa. Plus pytanie, czy Kamienie na szaniec są komuś jeszcze potrzebne.Bo powstańcy już od dawnanie mają wpływu na nikogo. Nieczytelni, zdezaktualizowani i nieobecni na pewno nie zastąpią dorosłych osadzonych w rzeczywistości tu i teraz, którzy potraktują młodzież na poważnie i partnersko. Świeżo na temat zbrodni i kary.

AK: O sile filmu decyduje to, czy wywołuje w widzu emocje. Jeśli autentycznie dotyka cię to, iż opiekun obozu pozostawił swego podopiecznego, aby samodzielnie uporał się z dramatyczną sytuacją, jaką przecież jest śmierć rówieśnika, ba! żeby zajął pozycję autorytetu z całą wiążącą się z tym odpowiedzialnością, to reżyser dobrze wykonał swoją robotę. Czuwaj to naprawdę solidne studium dyktowanego dobrą wolą, ale źle pojętego dążenia do sprawiedliwości. Dobitnie demitologizuje harcerstwo i zadaje istotne pytania o kondycję współczesnej młodzieży, unikając pułapki zbytniego moralizatorstwa czy ideologizacji przekazu. Nawet jeśli można mieć pewne zastrzeżenia do intrygi kryminalnej, wystarczająco dużo jest tu fabularnego „mięsa”, żeby wybaczyć te niedociągnięcia.
 



Wieża. Jasny dzień
PG: My po Wieży… mieliśmy z nią problem, podobnie jak pół Polski. Siedzieliśmy na schodach, grzebaliśmy, myśleliśmy intensywnie i szukaliśmy klucza. Mocna wizja i mocna fonia. No, niewątpliwie objawienie i unikat, bo już sama reżyserka jest mocno ezoteryczna, szuka znaków i gada o wedach. Chciała tym filmem „zrobić woltę gatunkową”, która na końcu się rozsypie. Zaangażuje, przetworzy, a potem uwolni widza. Zaprasza do dyskusji „o czym to właściwie jest”, ta miejscami oniryczna „obyczajówa”, która przechodzi w „arthouse”, do dyskusji o potrzebie kontroli i o opozycji natura – kultura. Katolicyzm wymięka, robi miejsce siłom przyrody. Nieokiełznane rodzi lęk i stwarza zagrożenie. A na końcu przychodzi spokój, którego nie daje kontrola. Piękne to.

AK: Oj tak, mocno zastanawiająca ta łamigłówka symboli. Odnosi się wrażenie, że to sekcja Inne Spojrzenia wdarła się do Konkursu Głównego. I to jak! Jagoda Szelc brutalnie wyrywa nas z bezpiecznej ostoi cywilizacji, konwenansów, chrześcijańskich wartości i rzuca na głęboką wodę. Oczywiście strategia ta zdałaby się na nic, gdyby nie aktorski popis jednej osoby – Małgorzaty Szczerbowskiej, której Kaja jest jak wieszczka nie z tej ziemi, alienuje się swoim zachowaniem (ukradkowe jedzenie śmieci), bezpośredniością (jakby zupełnie nie miała zahamowań), sposobem bycia. Nie daje się łatwo zrozumieć, odczytać: jest jak szyfr, który pragniemy złamać (a może raczej niewygodna zagadka wymagająca rozwiązania) W kontakcie z nią udziela nam się podskórny niepokój głównej bohaterki, siostry Kai, podsycany przez subtelną ścieżkę dźwiękową. Linearna opowieść, która zaczyna się zwyczajnie, jak dobrze nam znane historie rodzin z problemami, ale to iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa trwa jedynie do pewnego momentu. Potem widz zdany jest na własne zdolności interpretacyjne.



Cicha noc
PG: Kino zakorzenione w Polsce, gęste, do rzeczy i aktualne. Podpisuję się pod nim obiema rękami, nie ma w nim krzty fałszu. To jest prawdziwy artystyczny patriotyzm:krytyczny, empatyczny i współczujący. Brawurowo zagrany (Dawid Ogrodnik!) – w tę historię wchodzi się jak w masło i zostaje w niej do samego końca. Bo na biednej polskiej wsi nic nikogo nie czeka, nie ma co estetyzować. Brud, smród i ubóstwo, a główny bohater ma odwagę zawalczyć o lepsze jutro za granicą, tylko najpierw musi rozliczyć się ze swoim pochodzeniem. Film o trudach emigracji i powrotów, o trupach w szafie, które nie wypuszczą flaszki z rąk.Znakomite, trochę nasze własne Grona gniewu.

AK: Dla mnie film w swym autentyzmie jest jednak dość bolesny. Rozlicza się z polską współczesnością w duchu Smarzowskiego, choć z wrażliwością zupełnie innego rodzaju i w mniej druzgoczący, bezwzględny sposób. Brawa dla Ogrodnika, bo wykreował bohatera, któremu prawdziwie się współczuje oraz kibicuje jego staraniom. Co prawda wolty fabularne dla mnie akurat były dość przewidywalne, ale w gruncie rzeczy nie o to w filmach tego rodzaju chodzi, prawda? Jedno jest pewne: nikomu bym nie życzył takich świąt jak w Cichej nocy




Sztuka kochania
PG: Podczas spotkania po projekcji operator Sztuki… Michał Sobociński zaznaczył, że pogodne kadry, długie ujęcia i „płynącą” narrację założył sobie na samym początku. Użył do tego celu dwóch obiektywów. Dwóch, a nie jednego, bo producent naciskał. Powstała rzecz bardzo ładna, rzeczywiście, jak piszą, skrojona pod masowego widza. Muzycznie znakomita –współpraca Marii Sadowskiej z Radzimirem Dębskim pieści uszy i leży na filmie jak ulał. Gra Boczarskiej jest warsztatowo poprawna, charakterystyczna, ale jakoś kłuje w oczy. Jakby nie ta aktorka, zły rejestr dla narzędzi, którymi dysponuje. Zbyt tabloidowa do takiej roli, na szczęście razi jedynie miejscami. Krzysztof Rak napisał świetną historię o trójkącie. Całe życie Michaliny Wisłockiej naznaczyła właśnie ta figura geometryczna. Mimo że skutecznie pouczała innych, jak kochać, a sama też bardzo kochała,nie była szczęśliwa. Zawsze sama. Stały i stoją za nią Polki, ale w mieszkaniu towarzyszyły jej cisza i ból – konsekwencje życiowych wyborów. Bożena Dykiel ze łzami w oczach dziękowała reżyserce za ten portret. Dobre kino feministyczne.

AK: Nie słyszałem wcześniej o Michalinie Wisłockiej, nie znam się na kamerach, a ksywka Jimek była mi do tej pory nieznana. Dlatego też odbieram ten film jako przeciętny widz i jako takiemu właśnie przeciętnemu widzowi oglądało mi się Sztukę kochania po prostu wyśmienicie. Rozbawiła mnie, wzruszyła, porwała wizualnie i urzekła muzycznie. Grze aktorskiej Boczarskiej nie mam do zarzucenia absolutnie nic, nie wydała mi się „tabloidowa”. Ciekawą kreację stworzył też Eryk Lubos (swoją drogą, na spotkaniu z twórcami pojawił się niepostrzeżenie i równie niepostrzeżenie z niego znikł, jakby oddając prym kobietom, odpowiadającym w głównej mierze za to dzieło), a także – o dziwo – Borys Szyc, który na planie musiał się bawić znakomicie. Nie oszukujmy się, nie jest to obraz wybitny, ale nad wyraz przyjemny w odbiorze, a przy tym ważny, bo poruszający temat, który pomimo starań Wisłockiej wciąż pozostaje tabu. Miejmy nadzieję, że zarówno film Sadowskiej, jak i wznowienia tytułowej książki ocalą tę charyzmatyczną postać od zapomnienia.  




Pokot
PG: Na spotkaniu z ekipą Tokarczuk musiała postawić towarzystwo do pionu, żeby sprowadzić dyskusję na temat filmu na właściwe tory. Tak, jest o wspólnocie cierpienia. Tak, jest o odwecie, bo to polski western z kobietą po pięćdziesiątce w roli głównej. Postaci są wyraziste, narracja i zdjęcia klimatyczne, bardzo nasze, a muzyka podkreśla aurę. Bardzo dobry film, wkłada kij w mrowisko i potrząsa widzem. Przypomina o tym, że istnieje coś takiego jak nieposłuszeństwo obywatelskie i można nie godzić się na obowiązujące prawo, które dopuszcza przemoc, a wręcz sadyzm wobec innej czującej istoty i mord na niej. Pyta o granice.Słowa klucze to: człowiek – zwierzę, drapieżnik – ofiara, wzajemność, zamiana ról i wspólnota lub odszczepieństwo, izolacja jednostki odmiennej od stada.Historia/histeria astrolożki, która stara się nauczyć innych obcego języka wrażliwości i empatii na wyższym szczeblu, na poziomie międzygatunkowym i pozaludzkim.

AK: Doceniam piękne zdjęcia ośnieżonych Bieszczad, doceniam kreacje aktorskie (z Agnieszką Mandat i Jakubem Gierszałem na czele), doceniam zamysł i – częściowo – przekaz. Ale cóż z tego, kiedy całość, podlana gęstym sosem ideologicznym, zdaje się tak silnie programowa oraz moralizatorska, że psuje to przyjemność odbioru. Nie wiem, czy tak jest też w książce, ale za dużo tu czerni i bieli, za dużo niezbyt subtelnej krytyki systemu, religii. Intryga kryminalna wydaje się zbyt oczywista, a zakończenie – banalne, wręcz usprawiedliwiające radykalizm działań… no, chyba że… ale o tym, dlaczego można mieć co do finału pewne wątpliwości, lepiej się już przekonać samemu (zajrzałem pobieżnie do powieści i tam chyba sprawa została postawiona jasno). Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest słaby film, warsztat Holland to klasa sama w sobie, scenariusz też ma sporo mocnych punktów (tylko ta ostatnia zbrodnia, ech…), po prostu granica między historią a poglądami twórczyń została nieco zachwiana. Oscara raczej nie przewiduję.



Pomiędzy słowami
PG: Estetyka rodem z audiowizualnych materiałów Diora. Film męski, elegancki i bardzo smaczny. Stylowo i z klasą. Chyra, Gierszał (dynamika na linii ojciec – syn) i operator dają solidny popis. Obraz ma znakomite tempo, są w nim powietrze, przestrzeń do namysłu, oszczędność słowna i fotograficzny kunszt. Zupełnie inaczej niż inne filmy porusza problem migracji, obcości i wykluczania. Można go zderzyć z Cichą nocą, ale Pomiędzy słowami stawia pytania szerzej, ogólniej, szkatułkowo. Pyta o tożsamość. Każdy z nas jest obcym, Innym, w jakimś kontekście. Czarni wśród białych, biały wśród czarnych, Polak wśród Niemców, imigrant afrykański naprzeciw polskiego. Mimo założeń zawartych w Deklaracji praw człowieka status jednostki zmienia się w zależności od punktu widzenia i siedzenia.

AK: Bardzo kameralny to film, niemalże jak spektakl na dwóch aktorów. I to działa, bo aktorzy są w stanie zrobić więcej niż tylko udźwignąć ciężar tego rodzaju wiwisekcyjnej atencji. Prosta historia, prosta konkluzja, ale często właśnie w prostocie siła. Mimo to nie będę krył, że mnie akurat tempo momentami przeszkadzało, a w końcówce przekaz stracił nieco impet. Daleko mi zatem do zachwytów, podziw dla Gierszała i Chyry jednak pozostaje, a tak nadużywana czarno-biała stylistyka sprawdza się tutaj nad wyraz dobrze. 




Reakcja łańcuchowa
PG: Szczeniacki produkcyjniak. Reżyser chciał zrobić film o efekcie motyla. Zrobił. Tyle. Pretensjonalne refleksje na temat życia z perspektywy pokolenia Czarnobyla (rocznik 1986; twórcy wysuwają tezę, że w Polsce takie pokolenie w ogóle istnieje). Pod koniec zostaje wygłoszony monolog o tym, że za komuny ludzie mieli nadzieję na lepsze czasy, a teraz nie mają, więc życie jest do dupy i takie już zostanie. Nie ma o co walczyć. Mimo to bohaterowie walczą i przegrywają: główny bohater przegrywa swoje bitwy o wolność osobistą na terytorium życia rodzinnego, a główna bohaterka przegrywa z depresją. Młodzi ludzie uginają się pod ciężarem osobistych dramatów, co skutkuje taką właśnie niby-katastrofą nuklearną: jeden zły rodzic pośrednio rujnuje życie trojgu młodym ludziom. Film jest poprawny: bardzo ładne zdjęcia, zgrabna postprodukcja, ale całość wyszła niedojrzale i nieprzemyślanie na poziomie założeń formalnych. Tej historii znacznie lepiej przysłużyłby się krótki metraż. AK:Miałka fabuła, nietrafiona metafora pchająca do przodu całą historię, nijakie aktorstwo, może z jednym wyjątkiem. Niewiele więcej można w sumie o Reakcji łańcuchowej powiedzieć. To pusty, prymitywny, pełen nihilizmu pseudotraktat o trzydziestoparoletnich donkiszotach. Dołujące zakończenie nie robi ambitnego filmu. Jedna ze słabszych tegorocznych propozycji.



Najlepszy
PG: Wciągająca, rozrywkowa opowieść o walce z nałogiem, o współczesnym herosie; o tym, że toczymy małe wielkie wojny, wewnętrzne, codziennie. Portret autorytetu, rzetelnego punktu odniesienia, którego zabrakło harcerzom na obozie w Czuwaj. (W tym roku festiwal stawia pytania i sam znakomicie sobie na nie odpowiada!) Genialny lejtmotyw z lustrem, metaforą walki z id. Krzepi, poucza, inspiruje. Zgrabnie zbudowana narracja i solidna realizacja, również pod względem muzycznym. Za kilkanaście lat Palkowskiego będziemy po rękach całować za to, że swoim biograficznym portfolio (dobrze, że w tym siedzi) tworzy galerię wiarygodnych i potrzebnych bohaterów narodowych, lecząc tym samym nasze kompleksy i dostarczając ludzkich wzorców.

AK: Najlepszy robi wrażenie w równym stopniu co Bogowie i to godne podziwu osiągnięcie, bo utrzymać artystyczną formę wcale nie jest łatwo. Oryginalnie mówi o walce z samym sobą, słabościami, zwątpieniem, uzależnieniem. O zwycięstwie zasłużonym, bo zdecydowanie niełatwym. Interpretacja Gierszała sprawia, że Jerzemu Górskiemu nie sposób nie kibicować. Po prostu nadzwyczaj dobre kino z życia wzięte.  




Człowiek z magicznym pudełkiem
PG: Romantyczna dystopia ze stylistycznym twistem. Świetny jest ten Bodo Kox, dostarcza artystycznej rozrywki i uszlachetnia banał. Zadaje pytania o pamięć i świadomość, o kierunek zmian w relacjach międzyludzkich i kulturze. Czuć tu również wyraźną krytykę aktualnej pogody politycznej: film przestrzega, prowokuje i przypomina Orwella. Miejscami tandetny, ale nie można odmówić mu bardzo przyjemnej, nieco teatralnej estetyki. Wzruszający muzycznie, przyzwoity aktorsko.

AK: Drugi po Twoim Vincencie film festiwalowy, na który najbardziej czekałem. Głównie dlatego, że Bodo Kox idealnie wpisuje się w moje gusta i klimaty, stylistyką swoich dzieł pociąga za odpowiednie sznurki – łącząc realizm z fantastyką, twórcze nawiązania z inwencją autorską(kto nie widział jeszcze Dziewczyny z szafy, niech koniecznie to nadrobi!). Dlatego nie sposób się dziwić, że od pewnego momentu oglądałem jego drugi pełen metraż w całkowitym zachwycie, z szerokim uśmiechem na twarzy. Niełatwo jest nakręcić dobre polskie SF, a co dopiero dystopię (ograniczone efekty specjalne, ryzyko zbyt nachalnej krytyki obecnej sceny politycznej – z oboma zarzutami spotkałem się zresztą w rozmowach ze znajomymi, którzy również ten film widzieli), ale tutaj to się udaje, bo reżyser zna się na swoim fachu oraz umie w odpowiedni sposób wykorzystać konwencję. Dlatego ową tandetę i pstrokatą ekstrawagancję strojów (folia, lateks, hipnotyczne wzory) ja postrzegam jako deklarację nieprzemijającej mody na kicz, bo przecież wszystko może stać się w odpowiednich okolicznościach wyznacznikiem szyku. Totalitarny obraz władzy oraz system ugruntowanego na religii postrzegam nie jako cios wymierzony w konkretną partię, ale jako logiczne wyolbrzymienie tendencji obecnych od dawien dawna, podyktowane naszymi polskimi skłonnościami. Wbrew temu, co wynikało ze zwiastuna, dominującej roli nie odgrywają tutaj cytaty kulturowe – to raczej tło, rodzaj popularnych ostatnimi czasy eastereggów, stanowiących kolejny dowód na to, że reżyser stara się przenieść amerykańskie wzorce na lokalny grunt. Ale nawet gdyby wyłączyć to wszystko, film Koxa byłby po prostu ciekawie opowiedzianym romansem przekraczającym granice czasu i przestrzeni, z sympatycznym everymanem w roli głównej. Imponuje wizualnie, muzycznie (szczególnie przy jednej scenie, w której nieszablonowo wykorzystano utwór Maanamu, miałem ciarki), konceptualnie. Gorąco polecam!

Doktorant na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, anglista i tłumacz. Uważa, że najważniejsze są drobiazgi oraz że dzień bez kubka zielonej herbaty to dzień stracony.

    Zostaw odpowiedź

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    0 %